Artykuł
Dwa bałwochwalstwa w Polsce niebezpieczne
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01
DWA BAŁWOCHWALSTWA W POLSCE NIEBEZPIECZNE

Pierwodruk: „Przegląd Poznański; pismo sześciotygodniowe”, 1849 T.9. Przedruk: J. Koźmian, Dwa bałwochwalstwa, Kraków 2008.

 

 

Ktokolwiek szeregu pewników umysłowych do sfery osobistego poznania nie ograniczył, przystać musi na konieczność rzeczywiście istniejących a bezwzględnych zasad porządku moralnego w świecie. Pierwszą podstawą tego porządku jest prawo Boże, które już przed przyjściem Chrystusa rozum przyrodzony u pogan odgadywał, a które od objawienia przechowuje się tradycyjnie u chrześcijan. Prawo Boże, o ile stosuje się je do rzeczy doczesnych, stanowi kodeks moralny, gdzie wszystkie cnoty wypływają ze źródła miłości Boga i miłości bliźniego. Nie wskazuje ono żadnych kształtów, nie wywiązuje się w żadne naprzód wyznaczone następstwa: tylko ożywczym tchnieniem miłości harmonizuje wszystkie objawy wolnej woli ludzkiej, tylko wzmacniającym pojęciem obowiązku bodźca czynności człowieczej dodaje. Ustawy ziemskie przemijają, organizmy czasowe marnieją; prawo Boże nigdy się nie zmienia, i jest zawsze ogniskiem, wkoło którego krystalizują się wszystkie organizmy tworzące się na nowo. Dopóki tkwi w jakim organizmie, daje mu balsamiczną nieskazitelność. Skoro duma ludzka zastąpiła je jakim rozumowym systematem, wszystek się zaraz psuje i rozprzęga.

Możemy przeto powiedzieć, że wszelkie społeczeństwo stoi na zachowaniu praw boskich i ustaw ludzkich oraz na koniecznej zależności ustaw ludzkich od praw boskich. Jest to zresztą przyrodzony stosunek wszystkich rzeczy ludzkich do rzeczy boskich. Jeśli się rzeczy ludzkie stawia wyżej jak boskie, albo obok boskich, jeśli się je w niewłaściwą sferę przenosi, popełnia się bałwochwalstwo, które niczym innym nie jest, jeno oddawaniem przedmiotom stworzonym czci przynależnej Stwórcy. Prawo boskie naznacza cel wyższy i rozkazuje człowiekowi dążyć do tego celu drogą ofiary i zasługi; wszelkie bałwochwalstwo jest sobie samemu celem. Prawo boskie uświęca przewagę duszy nad ciałem i ku temu powściągliwość zaleca; bałwochwalstwo sprowadza najczęściej rozkiełznanie dzikich i ślepych namiętności. Prawo boskie uczy, co jest godziwe a co niegodziwe, co słuszne a co niesłuszne; wszelkiemu bałwochwalstwu brak moralnego pewnika. Prawo boskie podaje nam kryterium zabezpieczające nasze sumienie; bałwochwalstwo rzuca umysł w niepewności, obawy i zwątpienia, i sąd o rzeczach na łup przypadkowości zostawia. Płodność i trwałość względną daje tylko prawo Boże; bałwochwalstwo, nawet zwycięskie, zaród śmierci w sobie nosi.

We wszystkich kierunkach myśli i uczuć ludzkich napotyka się bałwochwalstwo; albowiem za bałwochwalstwo uważać należy wszystko to, co sprawia, że człowiek zapomina o własnym swoim przeznaczeniu i o pierwszych warunkach społeczeństwa. Zresztą bałwochwalstwo nie zawsze jest zupełne, nie zawsze wyraźne, nie zawsze cześć prawdy wyłącza. W jakiejkolwiek przecież mierze, czy pojedynczy człowiek, czy całe społeczeństwa w nie wpadają, łamią przyrodzony porządek i narażają się na zboczenia a niebezpieczeństwa nieuchronne.

Nie będziemy się zatrzymywać nad tymi pierwszymi zasadami; postawiliśmy je dlatego jedynie, by główną myśl naszą objaśnić. Właściwie chodzi nam o zastosowanie w chwili obecnej, o pożytek dzisiejszy, ku czemu należy zejść z wysokości wielkich teorii w szranki szczegółowych i przemijających przejawów.

We wszystkich wiekach istniały bałwochwalstwa, nie dziw że są i teraz; nigdy może tylko nie napotykało się tyle bałwochwalstw świeckich, ile za naszych czasów. Mamy bałwochwalstwa naukowe, bałwochwalstwa polityczne, bałwochwalstwa towarzyskie, nawet bałwochwalstwa patriotyczne; mamy też bałwochwalstwa całych klas społeczeństwa i gorsze jeszcze – osobiste. Ludzie, którzy nie chcą czcić Boga, którzy w religii upokorzenie dla umysłu ludzkiego upatrują, czczą ideę, czczą systemat, czczą namiętności do znaczenia idei wyniesione. Bliżej rzecz trudną do sformułowania jakkolwiek prawdziwą oznaczając, powiemy, że widzieliśmy i widzimy bałwochwalstwo państwa (Staat) u filozofów niemieckich i doktrynerów francuskich, bałwochwalstwo tradycji historycznej u książąt niemieckich, bałwochwalstwo rzeczypospolitej na zachodzie, w części i u nas, bałwochwalstwo despotyzmu na wschodzie, bałwochwalstwo Włoch u Giobertiego[1] i jego naśladowców, że nie wspomnimy bałwochwalstw niższego rzędu. Nie będziemy się dzisiaj z wszystkimi bałwochwalstwami rozprawiać, powzięliśmy zamiar ograniczyć się tylko do tych, które w ojczyźnie naszej napotykamy, a mianowicie do dwóch bałwochwalstw, nie mających z sobą koniecznego związku, rzadko zgodnych, niekiedy nawet występujących jedno przeciw drugiemu, ale bodaj równie niebezpiecznych; nazwiemy je: bałwochwalstwem rewolucji i bałwochwalstwem słowiańskiej idei.

Na wstępie zaraz przyznać nam wypada, że oba, jeśli się nie dadzą usprawiedliwić, dadzą się w wielkiej mierze wytłumaczyć nieszczęśliwym położeniem kraju. Źle się dzieje w szerokiej ojczyźnie polskiej: tam gwałt gniecie, tu podstępna nienawiść sidła zastawia; wszędzie nam pola, wszędzie słońca zawzięty nieprzyjaciel odmawia; jakże nie mają ludzie gorętsi chwytać się każdej nadziei wróżącej wywrócenie potwornego porządku rzeczy, podawać ucha na wszelkie obietnice i wezwania zapowiadające, że tęsknie a wiernie oczekiwana godzina oswobodzenia zaraz uderzy?

Nie można przecież na ślepo w nieoznaczone rzucać się kierunki, nie można, z niecierpliwości albo przez zemstę, ręki do nieobrachowanych i niepewnych przedsięwzięć przykładać. Pojedynczym osobom przebacza się obłęd rozpaczy, nawet samobójstwo litościwe uszanowanie nieraz budzi; narodom jednak nie wolno torem niedołężnych ludzi postępować. Narody istnieją na mocy zasad i praw, których najmądrzejsza zawziętość nie zdoła żywotnej siły pozbawić. Wśród najcięższych nawet prób posiadają one sposoby bronienia swego wewnętrznego życia i w żadnym razie do wybierania między samobójstwem a poniewierką znaglone być nie mogą. Losy każdego narodu zależą od niego samego. Jeśli by który próby wytrzymać nie zdołał i upadł pod naciskiem nieszczęść, znaczyłoby to tylko, że pierwej jeszcze, nim go burza zewnętrzna powaliła, uległ wewnętrznemu zniszczeniu, niby odwieczne drzewo, którego rdzeń spróchniał, i które nie jest dłużej w stanie żywić gałązek i zielonością je okrywać. Nigdy atoli do tej ostateczności nie przychodzi. Że siła żywotna narodów ma niezmierną, większą jak wszelkie obrachowania potęgę, tego uczą nas dzieje, uczy doświadczenie. Nieraz też słyszeliśmy powtarzaną uwagę, iż narody chrześcijańskie nie umierają. Wszakże choćbyśmy to wszystko pominęli, w najprostszych i najdostępniejszych dla zdrowego rozsądku pobudkach zaspokojenie znajdziemy. Każdy z nas napotkał w życiu jakiego strapionego człowieka utyskującego, że więcej nędzy, więcej niepowodzeń, więcej goryczy, niż ich w życiu doświadczył, nie zniesie; tymczasem przyjdą nań nowe klęski, klęski większe, zupełniejsze; ciężkie brzemię przygniecie go – przygniecie, ale nie złamie; wytrzyma on wszystko, bo dusza ludzka elastyczną jest na cierpienie, i jeszcze się doczeka przyjaznej godziny boskich pociech i ludzkich pomyślności. Tak i w narodach nieszczęśliwych częstokroć odzywają się głosy, że już niepodobna więcej przeciwności cierpieć i że jedynym hasłem, które ratuje cześć zagrożoną, jest owo straszne zapytanie Hamleta: „być albo nie być”. Są to tylko głosy niecierpliwości. Wiele razy mówiono i pisano w Polsce, jako już powódź nieszczęść najwyżej wezbrała i jako każdy nowy ucisk niepowrotną zagładę sprowadzi; wielekroć w imię konieczności patriotycznej do przedwczesnych wysileń kraj wzywano. Przyszły zawody, przyszły większe jeszcze klęski, często próżnymi usiłowaniami wywołane, a naród przez to nie upadł; przeciwnie, jasną jest rzeczą, że wśród nieustającej niedoli do większej jeszcze pełności przekonania o swoich prawach, do silniejszej ufności w ostateczne zwycięstwo swojej dobrej sprawy doszedł.

Należy przeto odganiać daleko pokusy drażliwości powszedniej, ile razy o losach kraju głośno się wyrzeka. Nie namiętności, ale sumienia, doświadczenia i nauki radzić się powinniśmy. Zapewne polityka, a do tego jeszcze polityka ludów uciemiężonych, nie jest chłodną filozoficzną spekulacją; przecież jak wszystko, co się opiera na warunkach ludzkiej roztropności, ona równie, a może więcej jeszcze, spokojnej rozwagi obowiązku co uniesień ślepego zapału wymaga.

W naszych czasach, z winy ludzi oświeconych w Polsce, z których jedni idą za przekonaniem, drudzy łatwość albo słabość i w ogóle brak ścisłych zasad pokazują, a inni jeszcze dają się powodować byle jakiej obawie, sprawa narodowa zawisła chwilowo na europejskiej pochyłości rewolucyjnej. Kierunek rewolucyjny nęci dziś wszystkimi powabami jaskrawej nowości, wszystkimi obietnicami hojnego niedoświadczenia. Zdaje się nieraz, jakoby gnał nas w tę strunę pęd niecofniony. Próżno opierać się potokowi, wołają głosy przyjaciół i przeciwników. Ach! Niezawodnie, gorzkie jest i niewdzięczne posłannictwo tych, co się poczuwają do powinności ostrzegania i wstrzymywania: słowa ich giną pośród namiętnej wrzawy albo gniew budzą, zdarza się też, że je biorą – co najboleśniejsze dla ludzi kochających ojczyznę całym sercem – za oznakę obojętności; a jednak sumiennego przekonania uciszać się nie godzi, i kiedy przeczucia zawodów, czekających w przyszłości tylu rodaków, tkwią w duszy i z wolna nabierają siły podobnej do owej, która niegdyś z piersi Kasandry żałosne przepowiednie wyrywała, zamknąć ich w sumieniu trudno. Cóż by to zresztą była za miłość kraju i ziomków, miłość, która by nie dawała odwagi do powiedzenia prawdy, choć przykrej i twardej?

Ubóstwiono tedy u nas rewolucję, postawiono ją w rzędzie świętości i czcić ją każą ludzie myśli i ludzie oręża. Dawniej rewolucja znaczyła w Polsce to samo, co powstanie narodowe, teraz wyraz przybrał obszerniejsze znaczenie, do wyższej wzrósł potęgi.

Dla znacznej liczby naszych pisarzy politycznych świat dzisiejszy dzieli się na dwa obozy. Z jednej strony, mówią oni, stoją rewolucjoniści, z drugiej reakcjoniści. Do pierwszych należy przyszłość, drudzy silą się rozpaczliwie, ale silą się na próżno, by powstrzymać nieodzowny bieg wypadków. Nie wolno, wołają oni, być neutralnym, nie wolno być obojętnym pośród dwóch ostateczności; kto nie chce rewolucji, jest jawnym albo skrytym stronnikiem reakcji, reakcję mimo swojej wiedzy albo przez pomyłkę popiera. Wedle nich toczy się znów stara walka złego i dobrego: Ormuz i Ahriman[2] poszli w zapasy. Ormuz zwycięży, Ormuz musi zwyciężyć, to konieczność historyczna wedle prawa postępu.

Między bezwzględnymi stronnikami rewolucji musimy rozróżnić rewolucjonistów socjalnych i rewolucjonistów politycznych.

Rewolucjoniści socjalni (mówimy tu o takich, którzy szczerze w socjalizm wierzą, a nie o politykach używających socjalizmu jako środek działania na masy) spodziewają się zupełnej przemiany stosunków ludzkich. Zasady towarzyskie zdają się im niedostateczne, zużyte. Marzą o hiperborejskiej przyszłości, o społeczeństwie, z którego by nędza wygnaną była i w którym by każdy człowiek, do jak największego rozwinięcia umysłowego i cielesnego przychodząc, mógł zarazem wszystkie swoje wyższe i niższe popędy bez więzów konwencjonalnych jakkolwiek rozumnie zaspokajać. Zapewne są stopnie, są różnice, są odcienie między socjalistami. Wszyscy oni jednak w pewnej mierze obiecują raj na ziemi. Przyjście tej wielkiej szczęśliwości tak się im nieuchronne, tak konieczne wydaje, porównanie spodziewanych doskonałości z dzisiejszymi nędzami trapiącymi społeczeństwo takim ich wstrętem, takim oburzeniem napełnia, że gotowi wszystko przedsięwziąć, byleby tylko co prędzej dostać się do zaczarowanych krain snów swoich, do owego nowego El Dorado, równie w ponęty złudzeń strojnego jak dawne. Nie odpychają wstrząśnień gwałtownych, krwi rozlewu, środków skrytych. Dlaczegóż by nie mieli żądać od ludzkości wysilenia i ofiary, oni, którzy wierzą, że to ją prędzej do wielkiego celu doprowadzi? Wedle nich budowa towarzyska w Europie jest spróchniałą: cóż szkodzi, że ją wicher obali, pierwej, nim by się sama rozleciała belka po belce i słup po słupie? Mówimy tu o socjalistach tak, jak się pokazali w początkach najnowszych wstrząśnień europejskich, wtedy, kiedy niespodziane wypadki napełniły ich otuchą, że się urzeczywistniają teorie, które byli wprzód poukładali, a pokusa władzy w związki i przymierza politycznie ich pociągnęła. Teraz niektórzy z mistrzów przekonali się, że czas socjalizmu jeszcze nie nadszedł i oto nawracają na drogi zgodniejsze z zasadami i uczuciami, jakie dawniej głosili, drogi przekonania i spokojnej propagandy. Choć w dzisiejszych czasach wszędzie coś ustąpiono, wszędzie coś przyznano socjalizmowi, prawdziwy socjalizm mało ma w Polsce wyznawców. Miana socjalizmu, a bardziej jeszcze komunizmu, używają ci i owi dlatego, że w nich nową a zupełniejszą rewolucyjną nazwę widzą; o spodziewanych następstwach wywłaszczenia marzą ludzie grubych instynktów; wszakże rzadko kto jest ciekawy nauki socjalnej, rzadko kto na wysokości jej syntezy dostać się próbuje.

Wszędzie za to widzimy u nas rewolucjonistów politycznych. Napotyka się ich w życiu czynnym i w piśmiennictwie, w pierwszym szeregu żołnierzy radykalizmu europejskiego, tudzież w biurach dzienników narodowych i obcych. Dla rewolucjonistów politycznych dzisiejsze społeczeństwo europejskie także żadnego prawa istnienia nie ma; oczekują oni w całym świecie, a zatem i w Polsce, zupełnych odmian i dlatego lekceważą warunki jakiegokolwiek porządku towarzyskiego. O sposoby się nie pytają, tak jak zawsze są gotowi poświęcić powszednie szczęście ludzi dla wyższego celu ludzkości. Oburzają się też na wszelkie umiarkowania równie u nas, jak i za granicą, a wszelką oględność za zdradę poczytują. Utworzyli sobie odrębny język na wzór cudzoziemskiej radykalnej frazeologii, język dobry tylko na oddanie wrażeń gniewu i oburzenia, a jeśli używają pięknych starych wyrazów z pięknej starej ojców mowy, to inne w nie wszczepili znaczenie. Wołają ciągle: lud, miłość, braterstwo, a rozumieją pod tym groźbę lub wyłączność w ojczyźnie. Pieśni czystego natchnienia lekceważą, im trzeba gryzącej ironii i bezbożnego zuchwalstwa, żeby uniesieniu swemu pofolgowali. Z jakimże naciskiem powtarzają szalony wiersz o duchu – wiecznym rewolucjoniście, korzystającym z ruin! To godło zniszczenia szczególny ma dla nich urok. Widząc, jak lada rozruch biorą w opiekę, jak lada hałas uliczny do wielkich wynoszą rozmiarów, jak trwonią swoje współczucia, można by myśleć, że chcą rewolucji dla rewolucji i że wybrawszy powołanie krytyki, już na zawsze uczynili się niezdolnymi do zawodu robót organicznych. Nie dziw, że niesłychane wypadki z roku 1848, które jak gdyby dla upokorzenia dumy ludzkiej omyliły wszystkie wróżby rozumu i doświadczenia i wytrącając świat z kolei regularnego postępu historycznego, urzeczywistniły na chwilę najbujniejsze oczekiwania marzycieli politycznych, musiały dodać otuchy ludziom nie uznającym reguły dla umysłu a panowania spragnionym. Każdy nowator mógł myśleć w minionym roku, że jego czasy nadeszły. Ale odtąd nie brakło rozczarowań, które przypomniały, że warunki istnienia rzeczy ludzkich są zawsze te same; nie brakło faktów dowodzących, że nic się nagle, per saltum nie zmienia. Nauczyli się czego nasi rewolucjoniści polityczni? Bynajmniej. Ich wypadki cieszą albo gniewają, ale nigdy nie uczą. Powiedzieć do nich: zastanówcie się, sprawa, z którą wiążecie świętą sprawę niepodległości ojczyzny, upada dla braku idei, braku siły, a nawet braku odwagi. – To głos reakcji – odrzekną – jutro wszyscy zobaczą, że nasze zwycięstwo. Przychodzi jutro – gdzieś małe powstanie wybuchło –zaraz radość, zaraz tryumf, zaraz wszystkie oczekiwania wezbrane. Pojutrze nowa zmiana, powstanie owo upadło – mniejsza o to, głoszą nasi politycy, będzie rychło nowe, ogólne. – Kiedy? – Na przyszły rok. – A jeśli na przyszły rok nie wybuchnie? – To wybuchnie za pięć, dziesięć lat. I żyją w tym oczekiwaniu niezachwiani niczym, nieprzekonani niczym, i pracują z całą usilnością, by losy Polski spleść z losami rewolucji, i otwierają wrota kosmopolityzmowi, który uważamy za jedno z największych niebezpieczeństw dla naszej narodowości, za zarazę mogącą zepsuć jej soki żywotne. Tymczasem agitacja bez reguły i granicy zniechęca umysły, ciągłe porażki sieją zwątpienie pomiędzy ludźmi słabymi, którym nikt nie zaleca czystej podstawy obowiązku polskiego, a wszyscy obietnice wygranej powtarzają; w końcu strach przed anarchią wydaje chwiejące się umysły na łup despotyzmowi. Przypuśćmy, że rewolucja radykalna, czerwona, jak ją nazywają, zwycięży; być to może prędzej czy później; czy atoli zwycięży na długo? Nie. Brak jej zasad, brak instynktów organicznych, brak religijnego namaszczenia. Obali wiele, zakłóci na lata, ale nic nie stworzy i jeśli towarzystwa nie zgubi albo oświaty nie narazi, wycieńczywszy Europę, konieczną w niej srogą dyktaturę uczyni. Oni inaczej myślą, im się zdaje, że byle by rewolucja zwyciężyła, to się później wszystko do równowagi i w pewien ład ułoży; mają nadzieję, że ci sami, co dziś obalają, kiedyś do budowania wziąć się będą mogli. Nie wiedzą, iż zasady, jakie głoszą ich zagraniczni sprzymierzeńcy, sposoby, do jakich nawykli, na żaden porządny organizm nie pozwalają. Weźmy historię, w niej znajdziemy, że nawet wtedy, kiedy naród jaki przyjmuje rewolucję, sprawców jej co prędzej od kierowania rzeczą publiczną usuwa. Gdyby nas zagadnęli niektórzy z rewolucjonistów, ludzie dobrej wiary i szczerych chęci: zarzut bałwochwalstwa dziwnie brzmi w naszych uszach, bo o niczym innym nie myślimy, tylko o urzeczywistnieniu chrześcijaństwa na świecie – odrzeklibyśmy: zgoda, wy życzycie sobie chrześcijaństwa; zastanówcie się przecież: czy może nauka stojąca na miłości, szczerości, sile przekonania, urzeczywistnić się koleją krwawych czynów, podstępnych knowań jednych stronnictw przeciw drugim i bezustannych odwoływań się do siły materialnej? Jacyż to są wreszcie ludzie, których w całej Europie popieracie? Chrystus Pan powiedział: „Strzeżcie się pilnie fałszywych proroków, którzy do was przychodzą w odzieniu owczym, a wewnątrz są wilkami drapieżnymi. Z owoców ich poznacie ich. Czyż zbierają z ciernia jagody winne, albo z ostu figi? Tak wszelkie dobre drzewo owoce dobre rodzi; a złe drzewo owoce złe rodzi. Nie może drzewo dobre owoców złych rodzić, ani drzewo złe owoców dobrych rodzić. Wszelkie drzewo, które nie rodzi owocu dobrego, będzie wycięte i w ogień wrzucone. A przeto z owoców ich poznacie ich”. Wyrazy te nie ulegają podwójnym tłumaczeniom.

Niezawodnie, wszystkie gwałtowne chęci, wszystkie bezwzględne mniemania z jednego u największej liczby ogniska, to jest z ogniska miłości ojczyzny wychodzą; to woda zamącona w swoim biegu, ale z czystego płynąca źródła, Bardzo jest ograniczona liczba scudzoziemczałych w sercu Polaków; niezmierna większość, jeśli się skłania ku ludziom i rzeczom obcym, to dlatego, że ci ludzie i te rzeczy zdają się nieprzyjaciołom Polski grozić; jeśli znienawidziła porządek europejski, spokój i bezpieczeństwo ogólne, to dlatego, że wszystko to stanęło w przeciwieństwie do sprawy narodowej. Są zresztą pociągi, którym się bardzo trudno w naszym smutnym położeniu oprzeć. W równym stopniu przymioty, co wady i słabości; równie rycerska skwapliwość, jak też nieznajomość zasad polityki i nieumiejętność historii, wydają Polaków na pokusy ruchu, zmiany, hałasu i fantazji.

Mówiliśmy o ludziach ślepo zapamiętałych; są inni, co się rachują z sumieniem własnym i nie odpychają nauki doświadczenia, a jednak sprawy narodowej od sprawy rewolucji europejskiej oddzielić nie śmieją. W kraju własnym, w Polsce, rozumieją potrzebę ładu, umiarkowania, poważnej pracy, uszanowania dla tradycji historycznej, mają ochotę szanować zasługę i zdolność, pokazują wstręt do niewypróbowanych teorii, przystają na oczywistą prawdę, że się tylko dobrymi i szlachetnymi środkami do wysokich celów dochodzi; więcej powiemy, częstokroć zdają się rozumieć, że nie należy mieszać sprawy rewolucyjnej z zadaniem niepodległości, że dosyć będzie czasu po zwycięstwie stosunki narodowe urządzić, oraz, że skwapliwość do zmian radykalnych przed powstaniem albo w chwili powstania – ile razy te zmiany nie są koniecznością oczywistą wywołane – prędzej dzieli niźli łączy umysły i raczej dowodzi niecierpliwej ambicji, niźli czystego patriotyzmu. Takie wysokie w polskich sprawach zajmowali nieraz i zajmują stanowisko. U siebie chcą roztropności, tylko zagranicą popierają wszystkie najradykalniejsze zboczenia, wszystkie gwałtowności stronnictw ostatecznych i niedojrzałe awanturników próby. We Francji ledwie, że się od nagiego socjalizmu odwracają, stają za to po stronie rzeczypospolitej czerwonej i każde usiłowanie towarzystwa broniącego się od anarchii i ruiny, bez względu na jakiekolwiek kryterium moralności, reakcją nazywają. Wraz z najgwałtowniejszymi radykalistami potępiają tam mężów wysokich umysłem i charakterem (zapominają, że niejeden z nich rzeczywiste prawo do uszanowania przez Polaków posiada), a wielbią zaimprowizowanych ludzi stanu, których wir zdarzeń przypadkowo w górę wyniósł i z których w ich oczach tylu już dla nieudolności, albo dla małej wartości moralnej, bodaj niepowrotnie ze sceny zeszło. We Włoszech wzięli w opiekę Mazziniego[3], Garibaldiego[4], Avezzanę[5], marzycieli albo burzliwców, którzy sprawę niepodległości ojczyzny poświęcili interesowi stronnictwa lub chęci panowania i zamiast skupić wszystkie siły włoskie przeciw jednemu wspólnemu nieprzyjacielowi, kraj na długie lata rozdarli. Papieża potępiają ślepo, nieostrożnie, przyklaskując wszystkim niesprawiedliwościom jego nieprzyjaciół, rozpowszechniając najdziwaczniejsze o nim pogłoski, niepomni, że przez to zakłócają polskie sumienia i osłabiają u Polaków wiarę, dla której tyle razy uszanowanie oświadczali. W Niemczech byliby skorzy do sojuszu ze stronnictwami skrajnymi, gdyby ich wszystkie niemieckie niesprawiedliwości, a może i bliższa wiadomość o rzeczywistym stanie tego kraju, do pewnej ostrożności, do pewnego zastanowienia nie nakłaniały. Kiedy mówimy tu o ludziach i o wyobrażeniach, mamy głównie na widoku ludzi i wyobrażenia w Poznańskiem, gdzie przy wolności druku wszystkie zdania na jaw wychodzą. W innych częściach Polski napotyka się zapewne te same lub podobne opinie, ale nie ma jak z nimi się spierać. Otóż w Poznańskiem nie brak pewnego doświadczenia w rzeczach niemieckich; roztropniejsi wiedzą tutaj, ile pod zasłoną wielkiej idei jedności Niemiec, dwustronnych fałszów i niedołęstwa się mieści. Inaczej się ma z dalszymi państwami. Mało kto zna Francję i Włochy, mało kto w sądach o nich umie się wznieść nad sądy radykalnych dzienników niemieckich albo nad stanowisko jakiego stronniczego pisma francuskiego ze wszystkimi tego pisma namiętnościami i uprzedzeniami.

Chciałoby się wierzyć, że nasi umiarkowańsi ludzie polityczni dlatego zdrowo o rzeczach krajowych piszą i mówią, że rzeczy te znają z bliska; pokazują zaś ślepą gwałtowność co się tyczy obcych, dlatego, że się w nich jasno nie umieją rozpatrzyć. Wolimy tak myśleć niż mniemać, że poświęcają zdanie o sprawach zagranicznych na okup za rozsądek, jaki w sprawach ojczystych zachowują, i że się tą przesadą od niepopularności bronią. Bądź co bądź jednak, i na tej drodze bałamucą się umysły, budzą się fałszywe oczekiwania, utrzymuje się gorączkowa drażliwość umysłów i co najgorsza, pojedynczy ludzie na zboczenia się sprowadzają. Z żalem wielokroć widzieliśmy, jak zacni i roztropni skądinąd pisarze nie umieli wobec nastających po sobie wypadków ani zdania postawić, ani spokojnej wstrzemięźliwości zachować.

A przecież jeśli kiedy, to teraz, wśród zmiennych objawów ogólnego europejskiego wstrząśnienia, które długo jeszcze Europą miotać będzie, i nieraz w trudnej ostateczności wyboru kierowników sprawy narodowej postawi, trzeba mieć zasady wyraźne, i zdanie nie uparte, nie dumne i nieugięte, ale śmiałe, pewne i z zasadami zgodne. Inaczej sąd nasz, a często i nasze postępowanie, zależeć będzie od przypadkowości, od urojeń własnych i cudzych, od omyłek spowodowanych łatwowiernością albo fałszywym obrachowaniem, od drażnień i rozjątrzeń, jakich się dziś uchronić niepodobna, a co najgorsza – od mizernej obawy, żeby przyszłość nie zawstydziła przewidzeń naszego umysłu. Kiedy mówimy o zasadach, rozumiemy przez to zasady prostej moralności. To samo jest godziwe u nas, co jest godziwe zagranicą, i na odwrót. Jakimże prawem chcielibyśmy u siebie porządku i zgody, kiedy gdzie indziej bierzemy obronę wszelkiej anarchii i wszelkich stronniczych gwałtów i wyłączności?

Bałwochwalstwo rewolucji i podział dowolny dzisiejszych stronnictw politycznych na rewolucyjne i reakcyjne sprowadzą w następstwie przekonanie, że wszelkiej rewolucji służyć się godzi. Nie jest to przesadzony wniosek. Prawda, odezwały się głosy niektóre przeciw zawiązywaniu legionów polskich w Wielkim Księstwie Badeńskim, ale tam chodziło o Niemców, którzy nas wielekroć zrazili; przeciw legionom w Rzymie, przeciw dziwacznej gotowości, z jaką pewna liczba Polaków poszła służyć zawzięcie wyłącznemu i bezbożnemu radykalizmowi włoskiemu, nikt się nie oświadczył. Te współczucia włoskie są bardzo smutną z wielu powodów rzeczą. Dowodzą one między innymi, że pomimo pozornego uszanowania dla religii, panują jeszcze w naszych sferach umysłowych z jednej strony niewiadomość rzeczy katolickich, z drugiej uprzedzenia i niechęci przez wychowanie niemieckie i przez wpływ niemieckiej nauki nagromadzone.

Ponieważ uważamy za święty obowiązek, aby każdy gorliwy patriota prosto i jasno, a zgodnie z zasadami przez siebie wyznawanymi, zdanie o rozwijających się wypadkach wypowiadał i razem wskazywał drogi, jakie mu się najprawdziwszymi a najbezpieczniejszymi dla narodowej sprawy wydają – odprawiwszy się z krytyką bałwochwalstwa rewolucyjnego, stawiamy z naszej strony, a raczej powtarzamy, kilka pojęć zasadniczych i kilka wniosków praktycznych.

Socjalizm możemy pominąć; wiele już w naszym piśmie było o nim mowy. Co się tyczy rewolucyjnych ruchów dzisiejszych, widzimy konieczną potrzebę aby oddzielić w nich zadanie przemiany stosunków wewnętrznych państw od zadania niepodległości pojedynczych narodowości, a to raz dla istotnej ich różnicy, po wtóre – by dobitniej myśl naszą wyrazić.

Rewolucję, tak jak wojnę, uważamy za rzecz wyjątkową w społeczeństwie; w imię zasad chrześcijańskich nie można jej bezwarunkowo zatwierdzić, tak, jak nie można jej bezwarunkowo potępić. Rewolucja jest złem często koniecznym. Jeden z największych doktorów chrześcijańskich, święty Tomasz z Akwinu[6], mówi:

 „Regimen tyrannicum non est justum, quia non ordinatur ad bonum commune, sed ad bonum privatum regentis. Ed ideo perturbatio hujus regiminis non habet rationem seditionis; nisi forte quando sic inordinate perturbatur tyranni regimen, quod multitudo subjecta majus detrimentum patitur et perturbatione consequenti quam ex tyranni regimine” (Summa 22, kw. XLII, art. 11, ad 3)[7].

Chodzi więc tylko o to, żeby były słuszne powody do rewolucji i żeby rewolucja większej szkody niż pożytku nie sprowadziła. Nie tu miejsce bliżej rozpatrywać, jakie są oznaki, jakie warunki uczciwych rewolucji, dość powiedzieć, że sąd nasz w tej mierze zależeć powinien od kryterium zasad moralnych, którymi rzeczy i ludzi próbować musimy. Skądinąd każdy naród jest sędzią konieczności i stosowności gwałtownych przemian, jakie się u niego zdarzają. Ludziom innego narodu nie może być wolno w te sprawy się mieszać. Nie mają oni ani dostatecznej znajomości, ani dostatecznego wyczucia potrzeb cudzych, nie mają także bezinteresowności, która by dawała rękojmię prostoty i szczerości w zamiarach. Prawda, narody chrześcijańskie są do pewnego stopnia solidarne jedne z drugimi, tak dalece, że przemiany towarzyskie pociągają w swoje koło pojedyncze ludy bez względu na różnice narodowości; i to prawda, że między stronnictwami mniej więcej jedne wyznającymi wyobrażenia zachodzi jakiś naturalny związek; ale jest rzeczą oczywistą, że właśnie dlatego, iż nie ma ogólnej równowagi położenia politycznego; dalej, iż pomimo wspólnej religijnej oświaty, wielkie rodowe i historyczne spostrzegać się wszędzie dają różnice; dalej jeszcze, iż wyprzedzać czasów nie należy; w końcu przez wzgląd, iż tylko ten ma prawo na odmianę pracować, kto równie podlega karze za omyłki lub niesumienność, jak korzysta z nagrody za pomyślny obrót zdarzeń – słuszniejsze jest, roztropniejsze i ze wszystkimi zasadami zgodniejsze, by do spraw wewnętrznych obcego narodu się nie mieszać. Stronnictwa w krajach prawdziwie wolnych nigdy nie przypuszczają do swoich robót cudzoziemców. W Anglii i w Ameryce wdanie się obcych oburzenie tylko wywołuje. My chcemy, żeby polska opinia publiczna, głośno i śmiało wyrażona, zabroniła Polakom wszelkiego udziału w rzeczach obcych. Ani w Rzymie, ani w Palermo, ani w Paryżu, ani w Badeńskiem, ani nawet w Berlinie i w Wiedniu nie ma pola działania dla Polaków. Ile razy tam występują, czy do walki ulicznej, czy na plac boju, to choć myślą niezawodnie, że sprawie ojczyzny służą – mylą się, błądzą, i jeśli nie klęski materialne, to moralne ciosy na sprawę narodową przywodzą.

Inaczej się ma w kwestii narodowości. Wszystkie narodowości idą z Bożego ustanowienia i do istnienia niepodległego, a wszechwładnego losami swymi zarządu prawo posiadają. Wolno nam samym w porze stosownej za broń uchwycić, wolno nam też pomagać ruchom narodowym obcym, szczególniej, kiedy te ruchy przeciw naszym bezpośrednim nieprzyjaciołom są wymierzone; gotowość nasza w tym względzie od warunków zwyczajnej moralności i od warunków roztropności zależy.

Zawsze zachowujemy mniemanie, że pożyteczniej jest dla sprawy miejscowych pilnować obowiązków, codzienną obywatelską odrabiać robotę, aniżeli biec za odgłosem sławy wojennej i wspomnieniami legionów drażniąc umysły, od powszedniej najrzeczywistszej czynności je odwodzić. Kraj się osłabia i wycieńcza ciągłymi emigracjami, jałowieje w nim powoli umysł publiczny i rozprzęga się siła moralna. Wszakże naturalną jest rzeczą, że Polacy walczyli lub walczą w Lombardii, w Piemoncie, a szczególniej na Węgrzech. Nic słuszniejszego jak to, że wojna węgierska budzi w Polsce najżywsze współczucie. Zapewne żałujemy, że Kossuth[8] do ostateczności rzeczy popchnął, że los narodu zuchwale na jedną kartę postawił; bardziej życzymy, niż spodziewamy się wygranej Węgrów; oświadczamy wszakże przekonanie, iż wedle praw boskich i ludzkich, szlachetny ten naród ma dziś za sobą słuszność i jeżeli upadnie, gwałt dokonany na nim połączonymi siłami dwóch zbrodniczych mocarstw nowe tylko pomsty i nowe oddziałania na świecie wywoła.

Bałwochwalstwa narodowości nie chcemy, równie jak i innych bałwochwalstw; to nam przecież nie przeszkadza w postawieniu obowiązku narodowości najwyżej między ziemskimi obowiązkami. Powiedzieliśmy kiedyś, że epokę naszą uważamy za czas, w którym pojedyncze narodowości powszechnie uznane zostaną; nadziei tej nie tracimy, przeciwnie, to, co się dzieje na świecie, zaufanie nasze wzmacnia tylko i powiększa. Rozmaite są zdania co do zmian towarzyskich, wszyscy ludzie szlachetni za narodowościami się oświadczają. Nawet zawzięte uchwały sejmu frankfurckiego pokazują, jakie jest ich znaczenie rzeczywiste.

Wytłumaczyliśmy myśl naszą co do bałwochwalstwa rewolucji, z kolei przechodzimy do wyłożenia, co rozumiemy przez bałwochwalstwo Słowiańszczyzny.

Wszystkie europejskie narodowości ożywiły się, że nie powiemy – ocknęły, w przeciągu stu lat ostatnich. Jakie były tego powody, nie tu miejsce rozbierać, dość, że widzimy wszędzie odznaczające się wyraźniej granice narodowości pojedynczych, a to nie wedle politycznych konieczności lub politycznych umów, ale wedle siły żywotnej, jaką każda z nich zachowała, także wedle myśli Bożej, co spowodowała różnice narodowe. Fakt ten nie dowodzi gorszych między ludami usposobień, nie dowodzi chęci rozerwania węzłów przez wspólność oświaty zawiązanych, raczej pokazuje, że w chwili ściślejszego zbliżania się jednych ludów z drugimi, w chwili, kiedy Opatrzność mnoży środki ku porozumieniu się wzajemnemu, tak, że czas i przestrzeń krótszymi się niejako stają, każdy lud chce wystąpić samoistnie i ku temu wewnątrz o znajomość siebie i przeświadczenie o swoim posłannictwie, a zewnątrz o prawdziwą niepodległość się stara.

Nie tylko narody istniejące jako takie zażądały powszechnego uznania praw swoich, upomniały się także o nie plemiona całe, bez względu na to, czy się już ich pojedyncze ludy zeszły w narody, czy też jeszcze wyższych swoich przeznaczeń oczekują. Tak Słowianie, którzy dotąd nie byli się policzyli i jakoby zapomnieli przez ciąg wieków, że ich wspólność pochodzenia i wspólność interesu łączy, razem wobec zdumionej Europy zaczęli głośno o przyszłości osiemdziesięciomilionowego szczepu swojego radzić.

Krótki przeciąg czasu oddziela nas od pierwszych całego narodu słowiańskiego początków. Któż nie wie, że kiedy Herder[9] swoje sławne dzieło lat temu siedemdziesiąt pisał i w prorockim niejako zapale wielkie przeznaczenie Słowian zapowiadał, zaledwo między Słowianami czeskimi świtało owo odrodzenie literackie, które miało później całe plemię ogarnąć i poruszyć.

Sięgnijmy w przeszłość dla lepszego zrozumienia kolei objawów słowiańskiego życia.

Były w Słowiańszczyźnie trzy narody: Czechy, Polska i Moskwa. Z tych Czechy, zrazu czynne w swojej cywilizacyjnej misji, później po ciężkich z zaborem niemieckim walkach zeszły całkiem z widowni. Polska, która miała także wyraźne powołanie, bardzo długo rozumiała je względem Rusi i względem Moskwy (w tej stronie zrobiła niezmiernie wiele), Słowiańszczyźnie w ogóle nie dość się zasłużyła. Widzimy, że od epoki pierwszych Piastów zrzekła się ona opieki nad Słowianami między Odrą i Elbą mieszkającymi i nie tylko, że nic nie przedsięwzięła, by zasłonić od Niemców te nieszczęśliwe szczątki wielkiego słowiańskiego ruchu na zachód, ale nawet o cierpieniach i długim pobratymców swoich męczeństwie nie starała się dowiedzieć. Za Jagiellonów, w owej wspaniałej epoce siły moralnej i materialnej potęgi, polski rozum polityczny wznosił się chwilami na pewną wysokość w pojmowaniu stosunków kraju do Słowiańszczyzny. Z jednej strony Jagiellonowie, choć skorzy do wszelkich uczciwych unii, choć połączeniu się Polski z Czechami przeciw Niemcom życzliwi, uchronili się od bałwochwalstwa słowiańskiej idei przez to, że się nie dali wplątać w wojny husytów; z drugiej, sprawy Słowian naddunajskich wielekroć w interesie chrześcijaństwa i cywilizacji załatwić zdołali. Z tym wszystkim nie było w Polsce pojęcia prawdziwej słowiańskiej polityki; mianowicie, nie umiała Polska objąć spuścizny po państwie wschodnim, i o tyle tylko wchodziła w stosunki z owymi naddunajskimi krajami, których bohaterskie walki i cierpienia dziś dopiero ze wspaniałych tamtejszych pieśni narodowych poznaliśmy, o ile ją do tego nagliło niebezpieczeństwo ze strony Turków. Po Batorym[10] zapomnieli zupełnie Polacy o Słowiańszczyźnie, tak dalece, że nawet ocknięcie się zamiłowania do dziejów narodowych za Stanisława Augusta[11] w niczym się nie przyczyniło, aby ich uwagę w tę stronę zwrócić.

Dla Polski różnica religii stanowiła nad Dunajem trudność niezmierną; Rosji jedność wyznania wszystkie drogi mogła otworzyć i otworzyła. Rosja jednakże dopiero za Katarzyny II[12] zrozumiała ważność schizmatyckiej słowiańskiej wspólności. W ciągłe walki z państwem tureckim – wpierw z konieczności, potem przez ambicję – wciągnięta, odezwała się Katarzyna, gotowa do współczucia jednoplemieńców tego samego obrządku, i aż po brzegi Adriatyku wpływem swoim sięgnęła. Bądź co bądź, Katarzyna pojmowała tylko interes polityczny; myśli ogólnosłowiańskiej, dobrej woli dla całego plemienia nie miała.

Jak wspomnieliśmy, dopiero z końcem przeszłego wieku pojawił się prawdziwy ruch słowiański w Czechach, gdzie raz przemoc, drugi raz podstępna polityka niemiecka tak długo pracowały nad wytępieniem śladów wielkiej przeszłości i nad scudzoziemczeniem całego ludu. Po wszystkie wieki będą Słowianie wspominać z uszanowaniem nazwiska Franciszka Kinskýego[13], Pelcla[14] i Dobrovskýego[15]. Dali oni hasło usiłowaniom, które do dziś dnia nie weszły jeszcze na kolej właściwą (takie przynajmniej jest nasze przekonanie), które nieraz błąkały się bezowocnie, ale które niezawodnie do wielkich następstw doprowadzą.

Od owej chwili wszystko zaczęło sprzyjać rozwinięciu ogólnej myśli słowiańskiej, równie wojny Rosji i Austrii z Napoleonem[16], jak zwycięstwa i rządy Francuzów w Ilirii i Dalmacji, równie powstanie Greków i walki Rosjan z Turkami, jak rewolucja listopadowa a nawet smutne jej następstwa.

Rosja w obecnym stuleciu zdała się na koniec pojmować, co znaczy rozbudzenie się życia u Słowian. Skoro tylko zwyciężyła Polskę, obróciła się do ludów słowiańskich, by za ten czyn krwawy w imię ogólnego interesu Słowiańszczyzny rozgrzeszenie otrzymać. Zapał słowiański był już wtedy zwolenników Słowiańszczyzny do bałwochwalstwa doprowadził. Wyrzekali się Czesi albo zapominali obowiązków, jakie na nich katolicka przeszłość i cywilizacja łacińska wkładały, chętniej odnawiali pamiątki husyckich bezprawiów, niż pamiątki świętych, cywilizacyjnych zasług swojego narodu względem Polski i Słowiańszczyzny. W Panteonie swoim stawiali nie tylko posąg Žižki[17], ale także posągi Husa[18] i Hieronima z Pragi[19]. Žižkę obwoływali swoim bohaterem dlatego tylko, że nienawiść narodową przeciw Niemcom najlepiej wyobrażał. Inni Słowianie, nie bacząc na to, że się prawdziwa wielkość cnotą próbuje, przyklaskiwali owemu poecie, który raj słowiański nieszlachetnymi postaciami zapełniał. Jedni byli niewierni swojej historycznej idei, drudzy zapominali uczciwych natchnień, cóż dziwnego, że nadzieje swoje w stronę Rosji zwrócili? Panslawizm rosyjski pociągnął wiele wyższych umysłów i stało się, że uczeni prascy, że poeci z Zagrzebia i z Karłowic, bez sromu podali ręce odstępcom narodowej sprawy w Warszawie i w innych częściach Polski. Całą przeszłość katolicką Polski i Czech, wszystkie zabytki oświaty zachodniej, poświęcono wyłącznej słowiańskiej, jakkolwiek nieoznaczonej dążności. Tak panslawizm rosyjski otoczył się urokiem nauki, wspomnień poetyckich, mściwych namiętności, wielkich nadziei na przyszłość i, co najniebezpieczniejsze, urokiem potęgi. Ale oburzyły się na bałwochwalcze dążenia wszystkie prostotą szlachetne umysły, oburzyła się sumienna nauka w Wiedniu i w samejże Pradze. Obojętność religijna utorowała była drogę panslawizmowi, gorliwość katolicka przepaść u jej kresu będącą odsłoniła. Z drugiej strony, gwałty dokonane na unitach, nieszczęścia Polski, nieustająca zawziętość przeciw wszelkiej wolności, postęp demoralizacji w krajach zajętych przez Rosjan zastraszyły uczciwych ludzi. Wielu spostrzegło się, że religii, cnoty, tradycji historycznej, współczucia dla cierpiących, przywiązania do wolności nie godzi się poświęcać idei bezwzględnej. Skądinąd sama Rosja wstrzymała się w swoim podziemnym działaniu. Rządcy Rosji, sercem Niemcy i więcej sprawami obecnymi zachodu, jak przyszłością wielkich idei na wschodzie zajęci, zachwiali się z obawy, żeby ich systemat panslawizmu na rewolucyjne drogi nie wprowadził. Panslawizm rosyjski stracił na sile.

Dziś dwa obozy między zwolennikami słowiańskiej myśli coraz wyraźniej się oddzielają. Jedni Słowianie albo sprzyjają Rosji, albo też by się bez wstrętu na jej stronę przechylili; drudzy rozróżniają w Słowiańszczyźnie kierunek wolności od kierunku niewoli, kierunek zmartwiałych form i niepłodnych dzieł mongolskich od kierunku żywego i twórczego rozwijania się zachodniego. Bądź co bądź, ogólnie dużo jeszcze niepewności, dużo niejasności w pierwszych pojęciach, w rzeczywistych robotach, w próbach i w chęciach panuje. Nic dojrzałego, nic trwałego, nic bezpiecznego oczu naszych nie uderza. Nie było dotąd i nie ma w chwili obecnej porozumienia co do najważniejszych rzeczy. Od lat kilku nie znają się pomiędzy sobą uczeni słowiańscy; nie znają się, już nie powiemy całe narody, ale ludzie bardziej oświeceni w pojedynczych narodach. Nawet przeszłoroczny zjazd w Pradze, który się pod przeważnym wpływem rewolucji paryskiej odbył, i na którym prawdziwi słowiańscy pracownicy ustąpili pola rewolucjonistom, zbliżenia wzajemnego nie sprowadził. A jednak wymagalności położenia coraz się zwiększają. Dawniej, kiedy myśl słowiańska osłaniała się wspaniałymi ogólnikami, mało kto pytał ją o wnioski praktyczne; teraz, wśród przemian z bliska obchodzących kraje słowiańskie, mają wszyscy prawo pytać o zdanie wyraźne i o wskazówkę działania. Czy jest sposób zaspokojenia sumienia swojego w tej mierze? – Nie, bynajmniej. Dzienniki słowiańskie co chwila zmieniają mowę, co chwila zmieniają punkt widzenia słowiańscy politycy. Po rewolucji lutowej czas jakiś cała Słowiańszczyzna sprzyjała niby rewolucyjnym wyobrażeniom, potem przemogło współczucie dla Austrii, a jeszcze bardziej dla rodziny cesarskiej; teraz w Pradze i w Zagrzebiu pokazuje się nieukontentowanie. Kto nam zaręczy, że w razie przegranej Węgrów znowu się Słowianie do Moskali nie obrócą? Postępowaniem Słowian raz przypadkowość, drugi raz ślepy popęd sympatii lub antypatii, to znowu przebiegłość polityczna zdają się kierować. Zasad stałych dopatrzyć się u nich niepodobna. Co tylko zawsze przemaga, to jakiś bałwochwalczy egoizm słowiański. Kiedy polityka austriacka poduszczyła Rusinów halickich przeciw Polakom, nie znalazł się ani jeden głos u Słowian, który by to dzieło nienawiści należycie ocenił i Rusinów w imię najświętszych interesów do zgody wezwał. Widzieliśmy też pogwałcenie prawdy i słuszności, a zatem bałwochwalstwo, w zawziętości przeciw walczącym w Lombardii Włochom; widzimy je w nieubłaganej nienawiści przeciw winnym pierwej, ale dziś gotowym do wszelkich zadośćuczynień Węgrom. Skądinąd niemowlęctwo polityczne Słowian jest takie, że najczęściej służą oni za narzędzie wrogom Słowiańszczyzny, i że lada błyskotnej obietnicy uwieść się dają. Czyż nie uwierzyli w przeszłym roku, że państwo austriackie, niemieckie ze wszystkich swoich tradycji i z całego składu rządowego, zamieni się w słowiańskie? Co tu powodów do zastanowienia i do wstrzemięźliwości politycznej!

Liga Słowiańska w Pradze wydała do Polaków w dniu 18 listopada zeszłego roku odezwę, w której czytamy: „Po odwiecznych nieszczęściach ziem naszych, skinął Bóg wszechmocny; i Słowianin, męczennik wśród narodów, powstał, aby odzyskać należną sobie spuściznę, a stargawszy więzy, zaszczepił na ziemi panowanie wolności, równości i braterstwa; swoboda, jeśli ma być niepłonną, musi się na prawdzie zasadzać. Biada każdemu z nas, potomność takiego przeklnie, który by w chwili stanowczej nie odpowiedział wezwaniu, nie stając pod chorągwią wolności swojego plemienia. Bracia Polacy! Od wielu już lat na sztandarach waszych święte to hasło połyska; na dźwięk niebiański tego troistego hasła z głębi północy biegliście przelewać krew pod Piramidami w Egipcie, wśród śnieżnych stepów Moskwy, u stóp Apeninu i za Pirenejami. Pożal się Boże! Świat was okłamywał, a krew synów i braci waszych lała się po wszystkich stronach świata, a lała daremno. Poznajcież Słowianie, poznajcie nas, a przekonacie się, że prawy Czech był i jest wiernym swej braci; że Słowianin w obrzydzeniu ma jarzmo, bo od wieków je dźwigał; jak śmierci nienawidzi poddaństwa, a we krwi własnej tak długo się nurzał, póki się nie wyzwolił na wolność.

Wy zaś dotąd, mając na względzie tylko zbawienie drogiej matki ojczyzny, nie chcieliście nas poznać ani zrozumieć; tymczasem przeciwnicy niecili miedzy nami nieufność. Dotąd chodziliście tylko wyłącznymi drogami, i jaki z tego zysk? Tysiące ofiar prawych synów Polski w nic się rozwiało jak dym w powietrzu.

Bracia Polacy! Świat was okłamywał; ale brat nie okłamie brata. Dalej więc, w imię wspólnej wolności, którą my wszyscy jak jeden mąż zdobywać a rozkrzewiać mamy; w imię męczenników waszych, co poginęli na pobojowiskach, na rusztowaniach, w głębi więzień; w imię skrwawionej, rozszarpanej matki waszej Polski, zaklinamy was słowem bratnim: nie odpychajcie ręki, którą wam Czech podaje, nie gardźcie głosem, którym was wzywa Słowianin, abyście się przyznali do jednej słowiańskiej rodziny. Stańcież więc pod chorągwią, którą Słowianin rozwinął w walce o wolność krwi swej i rodu. Wolność wszystkim – to nasze godło! Panowanie despotów minęło już i nie wróci; brat nie może już panować nad bratem, naród nad narodem. Słowianin, wyzwoleniec nowej epoki, dotąd męczennik, teraz apostoł, stanie się obrońcą prawej wolności ludów. Bracia Polacy! Takie jest nasze hasło, taki cel. Nie strońcież więc od nas Czechów, Morawian, Słowaków, nie strońcież od Serbów, Ilirów i Rusinów, ale owszem zaprzyjaźnijcie się z bracią nie poznaną do tej chwili, z bracią, która nigdy nie przestała wam życzyć i kochać was. Zgodą, jednością a porozumieniem braterskim ród Słowian zakwitnie; nam zbawienie, wam ojczyzna. Polska jak perła zajaśnieje w wieńcu niepodległych ziemi słowiańskich, stanie się apostołem wolności na wschodzie. Polacy, dajcie nam braterstwo. Prawdą i miłością zdobędziemy udzielne dziedzictwo nasze, a wolność, równość i braterstwo będą nam prawdą i czynem”.

Wymowna jest i słuszna w tym dokumencie krytyka postępowania Polaków, ale cóż nam radzą nasi pobratymcy, jakież drogi czynności naszej otwierają? Wzywają nas do sojuszu, żadnej rzeczywistej podstawy przymierzu nie naznaczając. Synowie tej samej co my oświaty, synowie tego samego co my Kościoła, nie wspominają ani o tradycjach przeszłości łacińskiej ani o wierze katolickiej. Gdzież droga porozumienia się bliskiego, gdzie zasady, do których byśmy się odnieść mogli? Darmo, my w każdym okresie odezwy, wśród pospolitych liberalnych ogólników, widzimy bałwochwalczą cześć idei słowiańskiej i nic więcej. Jest mowa o jedności słowiańskiej, o chorągwi słowiańskiej, są wielkie obietnice, a żadnych rękojmi. Zresztą to dla nas rzecz nienowa. We wszystkich niemal publikacjach słowiańskich napotykaliśmy i napotykamy ten sam brak prostej myśli i dokładnego oznaczenia [...]. Idący się bić z Madziarami pisze do „Gazety Polskiej”: „Nigdzie nie szukamy zbawienia, tylko w Słowiańszczyźnie i w plemionach bratnich”. Dla niego wszystko się już mieści w wyrazie „Słowiańszczyzna”. Nie wystarcza to przecież ludziom szukającym jasno oznaczonych i prosto wypowiedzianych obowiązków, bojącym się ubóstwienia rzeczy ziemskich i ślepe uniesienie za niegodne istot rozumem obdarzonych uważającym.

Nasze zdanie w kwestii ogólnej słowiańskiej tak formułujemy. Jest mniej więcej osiemdziesiąt milionów Słowian. Między nimi z postępem czasu trzy się (wedle pojęć, jakie wszyscy przywiązujemy do wyraźnie oznaczonych narodowości) niepodległe narody utworzyły. Polacy, Czesi i Moskale stanowią owe trzy ogniska. Inne słowiańskie ludy nie miały dotąd prawdziwej niepodległości i nie dążyły do niej wytrwale, może by jej nawet jeszcze wziąć nie mogły, albo nie chciały. Fakt istnieje, chodzi teraz o oznaczenie, jakie pierwiastki powołały trzy narody słowiańskie do życia i sprawiły, że one tylko wśród licznej słowiańskiej rzeszy piastowały albo piastują posłannictwo jakieś i złe lub dobre zasady wyobrażają. Dwa są pierwiastki, których wpływ uznać tutaj należy, mianowicie łaciński obrządek i cywilizację Zachodu z jednej, schizmę i zepsutą oświatę bizantyńską z drugiej strony. Możemy usunąć na bok Czechów, którzy od dawna czynnie nie występowali, i których dzisiejsza, jakkolwiek świetna i pełna zasługi robota jeszcze owoców religijnych i politycznych nie wydała. Tym sposobem zostają w Słowiańszczyźnie dwie chorągwie i dwa obozy, chorągiew i obóz polski naprzeciw chorągwi i obozu rosyjskiego, chorągwie i obozy, które odpowiadają dwóm myślom, o jakich wspomnieliśmy wyżej. Myśli te, wyznaczające dwa bieguny w Słowiańszczyźnie, są sobie jawnie przeciwnie. Wszyscy Słowianie prędzej czy później będą musieli między nimi wybór uczynić. Nie ma sojuszu, nie ma pośredniej drogi między schizmą a oświatą łacińską. Nawet unicki obrządek, jakkolwiek szanowny i jakkolwiek zupełne uznanie Kościoła posiadający, nie może połączyć wszystkich Słowian. Chyba zupełna z dwóch stron obojętność dla religii, obyczajów, języka i tradycji historycznej sprowadzić by chwilowo zgodę zdołała. Pamiętajmy wszakże, że obojętność ogólna jest cechą rozprzężenia i śmierci. Bywają indywidua obojętne, ale nie napotykamy obojętnych, silnie przy tym żyjących narodów. Cóż by tam ludzi łączyło i kierowało do wyższych a wspólnych przeznaczeń? Powtarzamy, jeden z dwóch pierwiastków musi zwyciężyć.

My wierzymy, że zwycięży pierwiastek zachodni, i chcemy, żeby Polska śmiało stanęła przy znakach, które ma obowiązek nosić. Tę rzeczywistą prawdę stawiamy wobec Słowian, wzywając ich, by się nad nią zechcieli zastanowić. Nie Polska ma utonąć w Słowiańszczyźnie, ani przejść do Słowiańszczyzny, ona, która już wyrobiła myśl swoją narodową i odebrała wyraźne posłannictwo; ale Słowianie powinni uznać powołanie Polski. Dopiero na zasadzie, którą wyobraża Polska, a która wszelkiemu szlachetnemu postępowi sprzyja, gmach słowiański da się wznieść wspaniale i bezpiecznie. Nie ma w tym nic poniżającego dla Słowian, ile że Polska nie o dumne przewodnictwo polityczne, ale o moralne apostolstwo, o moralny ster upomnieć się będzie musiała. Dla uniknięcia nieporozumienia tłumaczymy, że zdanie nasze nie przeszkadza nam pragnąć jak najszerszej w katolickich krajach tolerancji dla schizmatyków. Zawsze ufamy sposobom miłości, zawsze na siły przekonania, nie na przemoc liczymy. Dotąd schizma niezmiernie w świecie słowiańskim przeważa. Ma ona pięćdziesiąt pięć milionów przeciwko dwudziestu czterem. Siły dwóch zastępów są bardzo nierówne, to prawda, ale pamiętajmy, że duch cywilizacji zachodniej przeniknął między Małorusinów, Bułgarów, Serbów i Ilirów. Wreszcie w ciągu wieków nie potęga materialna, ale wiara w powołanie swoje i wierność myśli, której się służyć powinno, zwycięstwo dają.

W Polsce idea słowiańska jest rzeczą fantazji, rzeczą uczucia albo rzeczą rozumowania, zaś na wszystkich tych szczeblach swego rozwinięcia popaść może, jeśli już nie popadła, w bałwochwalstwo.

Od dawna pośród nas słychać przepowiednie wielkich losów dla Słowiańszczyzny i następnie zbawienia Polski przez Słowiańszczyznę. Od Mickiewicza[20] do autora Ojcze Nasz[21] nie brakło nam w tej mierze świetnych wróżb i uroczych obietnic. Wielcy pisarze zaręczają, że się już żywotność ras romańskiej i germańskiej wyczerpała i że Słowianie, lud młody i świeży, losy Europy w ręce uchwycą. Są tacy, co wyobrażenia socjalne połączyli z wyobrażeniami o przyszłości słowiańskiej i marzą o raju na ziemi w epoce, w której Słowianie staną na czele oświaty i na szczycie potęgi. Wszystko to jest świetną fantazją, bałwochwalstwo jawnie przynoszącą. Jakoż pisarze, o których mówimy, odsuwając na bok prawo zasługi i przyjście epoki słowiańskiej wskazując jako konieczność historyczną, także obiecując raj na ziemi, wszelkie pojęcia moralne gwałcą. My nie przeczymy wcale podobieństwu nastania tej słowiańskiej epoki, tylko fatalizm z dziejów ludzkości wyganiamy. Oprócz tego, ze stanowiska zdrowego rozsądku oświadczamy zdanie, że żywotność ras zachodnich nie wyczerpała się jeszcze na tyle, by Słowianie, którzy ani umysłowo, ani obyczajowo wyżej od nich nie stoją, mieli je w bliskiej epoce prześcignąć. Więcej zasług dla ludzkości, pełniejszych myśli, czystszych natchnień i wyraźniejszego kierunku potrzeba, zanim się świt słowiańskich przeznaczeń w światło dzienne wyrani.

Gwałtowniej jak fantazja porywa często Polaków, nas samych nieraz nakłania w stronę Słowiańszczyzny uczucie. Ile razy wspomnimy na tylowieczne krzywdy doświadczane od Niemców, na zawziętość i fałszywość, jakimi odpłacili nieroztropne dobrodziejstwa, na zbrodnie, jakich się na Polsce od sześciu wieków pod osłoną religii, polityki, nauki nawet, dopuszczają; ile razy przywiedziemy sobie na pamięć nieszczęsne dzieje lat ostatnich i staną nam przed oczyma krwawiące dotąd rany w Galicji, albo bezwstydne gwałty w Poznańskiem dokonane; ile razy napotkamy oszczerstwa miotane z zajadłą zręcznością przeciw skrępowanej ojczyźnie polskiej, oburzenie i chęć odwetu serce nasze przepełnia. Ile razy znowu puścimy wzrokiem po polach krwią i potem ojców naszych użyźnionych, w które się teraz wróg zawzięty worał, i pomyślimy sobie, że niwy nasze dla obcych obfite żniwa rodzą, że biegi wód naszych obcy przemysł ułatwiają, że nasze lasy pod obcą padają siekierą, że place miast naszych cudzoziemska czynność hańbi, że mowa nawet obca, że obcy obyczaj wdzierają się do nie zawsze dobrze strzeżonych domowych ognisk naszych, w końcu, że najdroższymi pamiątkami naszymi rozporządza nieprzyjaciel – niespokojny gniew do gwałtownych nagli nas postanowień. Słysząc swobodne śpiewy włościan wielkopolskich w kościele i w polu, słysząc ich ochocze okrzyki weselne, patrząc na stare zwyczaje, które tak wiernie przechowali, nieraz się siebie żałośnie pytamy, czy długo jeszcze zdołają oni oprzeć się złym wpływom, i radzi byśmy znaleźć prędki sposób ratunku, i radzi byśmy się pocieszyć bliską nadzieją. Sposób, choć niepewny, nadzieję bliską, choć nieuzasadnioną, przedstawia nam kierunek słowiański. Wszakże bronić się w miejscu przede wszystkim wypada. Wiary wytrwałej w obowiązek, usilnej pracy potrzeba, żeby nie ustać w czynnościach wśród niepewnych szczęścia kolei, a obowiązek i czynność powszednia innych pobudek niż poetyczne nadzieje potrzebują. Słowiańszczyzna może nam pomóc, może wyratować w danych okolicznościach, wszakże tylko na siebie liczyć nam wolno. Zresztą bałwochwalstwem jest oczekiwać zbawienia od jakiejś idei, która się w ciągłe obowiązki nie wywiązuje.

Wielu ludzi pomiędzy najroztropniejszymi, zastanawiając się nad tym, że jakaś historyczna fatalność zdaje się gnać Niemców na Słowiańszczyznę, i że zalew germański posuwa się od dziesięciu wieków na wschód, ciągle, uparcie, jak ów piasek nadmorski, o którym Wajdelota Wallenrodowi mówił, oraz będąc zaprzątniętymi uczciwą troskliwością o losy narodu, przyszło do wniosku, że niepodobna inaczej, jak popchnięciem plemienia na plemię, zagrożonych siedzib uratować. Tacy zwykle powołują się z dumą na braterską pomoc osiemdziesięciomilionowego szczepu i wnosząc o zmianę dotychczasowej polskiej polityki zagranicznej, słowiańską politykę na miejsce francuskiej zalecają. Wszystko to ma rozumne pozory, ale i tu kończy się na bałwochwalstwie. Przysłowie utrzymuje, że kto wiarę straci, ten w zabobon wpada; otóż ludzie, o których mowa, nie ufają w sprawiedliwość Bożą i w Opatrzność, nie ufają w wewnętrzną siłę sprawy naszej świętej, a spodziewają się niepodobnego dzisiaj poruszenia plemion całych. Bałwochwalcza cześć liczebnej potęgi ani na stanowisku moralnych pojęć, ani na stanowisku historycznym usprawiedliwić się nie da. Zanim by ten lud osiemdziesięciomilionowy jedną myśl w pierś przyjął, zanim by się w jednej sprawie poruszył, ileż by złego germańska działalność miała czasu przysporzyć! Bezpieczniej polegać na dobrze oznaczonym obowiązku i na własnej pracy, bezpieczniej liczyć na prostą kolej wypadków, które już zaczęły niegodziwości karać i Niemcom rozwiązanie społeczne, a zatem niemoc wewnętrzną i zewnętrzną, zapowiadają, bezpieczniej wytrwałość aż do chwili wielkich a uczciwych przemian, jakich Opatrzność w świecie zawsze dokonywa, zalecać, niż powierzać się niepodobnym do ziszczenia oczekiwaniom. Co się tyczy polityki zagranicznej, utrzymujemy, raz: że instynkt narodowy nie błądził w stronę Francji się obracając, i że tylko za daleko i za ślepo zapuszczali się w tym kierunku Polacy; po wtóre: że narody podbite właściwej polityki zagranicznej mieć nie mogą, Francja, bądź co bądź, ma szczerą przychylność dla Polski, i nie z prostego interesu jak niektórzy Niemcy, ale z interesu oświaty i wolności jej odrodzeniu sprzyja, żeby zaś przyjąć słowiańską politykę, trzeba by było wprzód, aby w Słowiańszczyźnie jakaś idea stanęła, rozpoczęła się jakaś robota prawdziwie polityczna. Skądinąd, wyzwolenie uciemiężonego kraju od tak różnych wpływów i kombinacji zależeć może, że niepodobna w tej mierze zamknąć się w ograniczonej sferze działania. Na nic się tu nie przydadzą systematy; lada wydarzenie je obala. Patrzmy, co się koło nas dzieje. Węgierskie wypadki już zachwiały zdaniem wielu stronników słowiańskiej idei, zwycięstwo Węgrów wszystkich by ich pociągnęło, i słusznie. Nie systematów polityki zagranicznej, ale rozumu politycznego, by porę upatrzyć, ale roztropności w działaniu nam potrzeba.

Wszystkie te zresztą wyobrażenia, czy się na fantazji, czy na uczuciu, czy na rozumowej podstawie opierają, są czymś więcej jak teorią oderwaną; wywiązują się one i wywiązywać się muszą w obowiązki. Z każdej idei przyjętej obowiązki płyną. Kto jest rewolucjonistą w całym znaczeniu tego wyrazu, służy chętnie wszelkiej rewolucji; kto jest zwolennikiem idei słowiańskiej, jej służyć z wyłącznością, często namiętnie będzie.

Tak dalece jest to prawdą, że w logicznym następstwie słowiańskich uczuć i myśli dwa się kierunki słowiańskie, tj. kierunek rosyjski i kierunek austriacki, w Polsce pojawiły.

Panslawistów rosyjskich od wielu lat mamy u siebie, a kiedy mówimy o Polakach panslawistach, nie rozumiemy bynajmniej pod tą nazwą ludzi idących ślepo za niskimi natchnieniami interesu własnego, ale takich, którzy zdają sobie i chcą innym zdać sprawę z przekonań objawionych, jakiekolwiek zresztą pobudki interesu, dumy, czy fałszywie rozumianego obowiązku nimi kierują. Najmniej szlachetną między nimi kategorię stanowią uczeni, którzy ugrzęźli w kolei służalstwa naukowego. Smutna to jest rzecz, że nie zawsze nauka z zacnością moralną w parze idzie; wszakże po wszystkie czasy byli ludzie, którzy nie nauce dla niej samej, ale przez naukę – swoim osobistym widokom służyli. Są inni, którzy trzymają stronę Rosji dlatego, że zajmują w niej jakieś położenie urzędowe albo towarzyskie, czasem z powodu pociągów lub wstrętów politycznych. Takim wygodnie jest kryć mniej szlachetne powody za systematem jakimś, za wyrozumowaną koniecznością. Zawszeć to piękniej służyć idei, niż egoizmowi lub przywidzeniom własnym. Są i tacy między panslawistami, którzy fałszywie obowiązek zrozumieli i myślą, że mają powołanie, by jedne świętości kosztem drugich ratować. Opętała ich duma albo strach ogarnął, zwątpili o sprawiedliwości Bożej, zwątpili o losach doczesnych ojczyzny, a myślą, że się poświęcają dla ziomków i wzajem sobie obywatelskie korony przyznają. W ostatnich znowu czasach, szczególniej od epoki owej strasznej rzezi galicyjskiej, zemsta i żałość skłoniły wiele umysłów ku Rosji. Takie uczucia owładnęły autora Lettre d’un gentilhomme polonais[22] i ogromną liczbę rodaków naszych w Galicji. Wszyscy oni omylili się, wszyscy zgrzeszyli przeciw wierze i nadziei, wszyscy, rzucając się w ostateczność, narazili stanowisko czystej narodowej roboty, ale ich przynajmniej zrozumieć i wytłumaczyć można. Niektórzy Polacy z Galicji i z Księstwa Poznańskiego życzyliby sobie, żeby Rosja zagarnęła te prowincje, raz, by je obronić od Niemców, po wtóre z przekonania, że lepiej jest całemu narodowi jedne losy dzielić. W tym zdaniu, które zresztą biernie się tylko objawia i obowiązków nie stawia, niezawodnie coś prawdy się mieści. Może lepiej by było, żeby się tak stało, byle byśmy w żadnym razie Rosji przeciw zachodowi nie pomagali. Wypada też wspomnieć i o takich, którzy przez bezbożną niespokojność o odgadnięcie przyszłości zapuścili się w dalekie kombinacje historyczne i polityczne i doszli do wniosku, że Polska ma paść ofiarą dlatego, by się za jej pośrednictwem ucywilizowała Rosja, tak, jak się Rzym przez Grecję ucywilizował. Ci, co wyszukują tych konieczności, nie sprawie kraju, nie idei jakiejkolwiek, ale swojej miłości własnej służą.

Rosja dotychczas nie korzystała z tego wszystkiego. Nie dowierza ona polskim współczuciom. Ośmielała i ośmiela służalstwo naukowe, wszystkim odstępstwom wrota na oścież otwiera, ale nie robi żadnego kroku ku ludziom, którzy do niej z samoistnym zdaniem albo z warunkami przychodzą. A jakżeż wielkim jest niebezpieczeństwo w wyobrażeniach rosyjskiego panslawizmu w Polsce! Znoszą one pojęcie obowiązku narodowego, odbierają smak do powszednich obywatelskich czynności, ułatwiają drogę wszystkim nikczemnościom i niby stan przejścia zaprowadzają. Rosja posunęła się ku Europie, rozciągnęła opiekę swoją na państwo austriackie, ciąży nad całą Słowiańszczyzną, jeśli Węgrów pokona, zagrozi oświacie zachodniej i wszelkiej prawdziwej wolności. Trzeba się przeto sumiennie zastanawiać nad wyobrażeniami, jakie w kraju naszym obiegają, i pilnować, by fałszywe idee nie doprowadziły do fałszywych pojęć o obowiązkach; nade wszystko należy zalecać zachowanie wierności dla oświaty naszej i Kościoła naszego. Gwiazda wierności prawdziwej zasadzie jaśniej nam drogi postępowania rozświeca, jak te wszystkie meteory jaskrawych paradoksów, które zapalają się jak błyskawica i przelotnie oczy zaćmiwszy, gasną nagle, ludzi w ciemnościach pozostawiając.

Powtarzamy raz jeszcze, że współczucia dla Rosji żadnym sposobem przypuścić nie możemy. Dla nas Rosja wyobraża zasadę wstrętną wszelkiej oświacie, wszelkiej wolności, z konieczności nieprzyjazną wierze naszej; my w Rosji nie niemowlęctwo, zdolne do wychowania i usamowolnienia, ale zepsucie moralne upatrujemy.

Słowiańsko-austriackie między Polakami myśli dopiero się z naturalnej rzeczy kolei, w części z rzeczywistej potrzeby przed rokiem w Galicji wyrodziły. Zdało się niektórym ludziom politycznym, że trzeba koniecznie wybierać między radykalizmem niemieckim a Słowiańszczyzną, i co oczywiste, na stronę Słowiańszczyzny się przechylili. W dzienniku „Czas”, który w pierwszych miesiącach swojego istnienia z talentem słowiańsko-austriackie dążenie popierał, czytaliśmy wykład wszystkich szlachetnych pobudek, jakie mogły podobne wyobrażenia usprawiedliwić. Wszakże od razu poczuliśmy obawę o działanie, które miało na celu „myśl naszą i ducha naszego przenieść w nowy czas przyszły(list w numerze 11 „Czasu”); albo „interes narodu połączyć ze sprawą współplemienników naszych w państwie austriackim” (okólnik pana Helcla[23]). Obawa nasza powiększyła się jeszcze, kiedy za wstąpieniem na tron nowego cesarza, zaczęli obywatele galicyjscy podpisywać adres, który przyszłość Polski od losów dynastii austriackiej zależną niejako czynił. Kiedy indziej adres ten rozebraliśmy, tu tylko powtórzymy, że nie wolno żadnej części Polski ze swego jedynie stanowiska sprawy krajowej postrzegać, i że bądź co bądź, zbrodnia w Galicji dokonana, wykopała między Polakami a dynastią austriacką przepaść, której w uczciwy sposób niepodobna zapełnić na tyle, by się szczere porozumienie stało podobnym.

Dobrze zrozumiany interes prowincji może w danym razie wstrzymać Galicjan od opozycji przeciw rządowi, ale nigdy zaufania, nigdy oddania się nie nakaże. Nam się zdaje, że nie było i nie ma żadnej konieczności dla Galicjan, by wybierać między radykalizmem niemieckim a Słowianami austriackimi. Kiedy Słowianie austriaccy do jakiejś samoistności dążyć zaczną, wtedy niech im Polacy galicyjscy rękę podadzą: dziś jedni i drudzy byliby tylko narzędziami rządu niemieckiego, który może chwilami sprzyjać innym Słowianom, ale Polaków dlatego, że ich bardzo a niedawno ukrzywdził, nienawidzić tak łatwo nie przestanie, który zresztą w postępowaniu swoim względem Galicji jedynie własnym interesem powodować się zawsze będzie.

Mamy niezawodnie obowiązki względem Słowian i Słowiańszczyzny. Nie darmo jesteśmy Słowianami. Wielorakie a szlachetne względy nakazują nam przychylność dla naszych współplemienników. Wszyscy zresztą czujemy pociąg do ludzi bliskich nam językiem, obyczajami, położeniem geograficznym. Ale trzeba spokojnie rozważyć, jakie są nasze powinności z tej strony. My jesteśmy przekonani, że dopóki Słowianie nie dojdą do zrozumienia, że ich zbawienie znajduje się w myśli, którą Polska piastuje, obowiązki nasze względem nich ograniczają się do przychylnej pomocy w każdym szlachetnym pojedynczym przedsięwzięciu, do bliskich i dobrych wzajemnych stosunków, a szczególniej sumiennych starań, byśmy dostatecznie wszystkich Słowian, do wielkiej rodziny należących, poznali. Dotąd przemaga w Polsce wielka i gorsząca niewiadomość co do rzeczy słowiańskich. Najwięksi stronnicy idei słowiańskiej nie znają Słowiańszczyzny. Otóż utrzymujemy, że przede wszystkim należy się krzątać około oświecania naszego kraju o przeszłych dziejach i dzisiejszych siłach, myślach, uczuciach i potrzebach pobratymców naszych.

Bałwochwalstwa zawsze są niebezpieczne, niebezpieczniejsze jeszcze w czasach takich, jak dzisiejsze. Żyjemy w chwili wielkiego przejścia na świecie. Jakiekolwiek są wypadki codzienne, jakiekolwiek tryumfy lub porażki, nic nie wstrzyma przeobrażenia. Zmieniły się pojęcia, stare instytucje straciły urok, dawne sposoby już więcej nie budzą zaufania. Świat się w boleści przeradza. Nie o zmiany więc chodzi, nawet o kształty zmian oczekiwanych. Mniejsza o to, czy monarchie konstytucyjne, czy rzeczpospolite w Europie nastaną. Ludzi dobrej woli, szczerych, poczciwych ludzi, którzy nie o własnym wyniesieniu ani o interesie stronnictw myślą, ale dbają o to, by cnota i prawda na świecie panowały, nie zewnętrzne formy, nawet nie kombinacje polityczne pociągać mogą. Kto tylko chce, żeby się społeczeństwo dobrze i trwale urządziło, czy może się o co innego kłopotać jak o to, by wszyscy uznali, iż prawo Boże szczerze, prosto, pobożnie rozumiane, a nie żadne bałwochwalstwo, choćby najgłośniejsze i najpiękniejsze, choćby prawem Bożym nazwane, jedyną podstawę bezpieczną dla rzeczy ludzkich stanowi? Godzi się ciągle powtarzać, że jeśli się wiele rzeczy odnowi, żadna z prawd bezwzględnych się nie przeobrazi, żadna nie ulegnie tłumaczeniu lub rozwinięciu, które by odmieniły znaczenie, jakie jej dają od wieków sumienia ludzi uczciwych, prawem objawienia oświecone.

Jeśli czasem zamgli się tak na świecie, że drogi prawdy Bożej, drogi cnoty trudno jest rozpoznać, jeśli namiętności ludzkie taką wrzawą powietrze napełnia, że ucho nie zdoła wśród niej czystych głosów, obwołujących hasło miłości, obowiązku, umiarkowania, usłyszeć – to dlatego jeszcze nie wolno nam myśleć, że nas Pan Bóg opuścił, nie wolno nam, na rozkaz ludzi walczących zawzięcie o rządy świata, w służbę jednego z dwóch ostatecznych zastępów się zaciągać. Poczekajmy cierpliwie, pełniąc dzieła miłości, do których szerokie pole w czasach gwałtów i krwawych zapasów się otwiera, pozostańmy wierni obowiązkom naszym przyrodzonym, obowiązkom religii, oświaty, narodowości – my, Polacy, mamy je wyraźniejsze i prostsze, niż wiele innych ludów, nas ojczyzna uciemiężona i bezinteresowny trud patriotyczny wyłącznie zająć powinien – a przyjdzie czas, kiedy wszyscy ludzie uczciwi będą mogli skutecznie pracować, tak, jak pracuje na wiosnę rolnik, który wie, że siewy jego zaraz się zazielenią.

 



[1] Vincenzo Gioberti (1801-1852), włoski filozof, teolog i polityk; jeden z głównych ideologów neogwelfizmu. Przez pewien czas nadworny kapelan króla Sardynii Karola Alberta, zmuszony do wyjazdu z Piemontu ze względu na swoje przekonania. Uważał, że Włochy powinny się zjednoczyć pod władzą papieża, o czym pisał w książce O moralnym i politycznym prymacie Włochów (1843), która budząc dumę narodową Włochów, zyskała dużą popularność. Gdy okazało się, że papież nie chce wszczynać wojny z Austrią, odciął się od swoich dawniejszych poglądów i stanął na czele rewolucyjnego rządu w Rzymie; już jako republikanin opublikował pracę O odrodzeniu obywatelskim Włoch (1851).

[2] Ormuz i Ahriman – bliskowschodnie bóstwa. Aryman lub Ahriman (staroirańskie Angra Mainju, średnioperskie Ahriman – zły duch,) to bóg ciemności, demonów, otchłani, uosobienie zła, pan ciemności i podziemnego świata w mazdaizmie i zoroastryzmie. Jego przeciwieństwem i antagonistą jest Ahura Mazda (Ormuz).

[3] Giuseppe Mazzini (1805-1872), publicysta, krytyk literacki i prawnik, jeden z przywódców włoskiego ruchu narodowowyzwoleńczego i ideolog jego nurtu republikańsko-demokratycznego. W 1831 założył organizację Młode Włochy; w 1834 wciągnął grupę emigrantów polskich w Szwajcarii do udziału w nieudanej wyprawie na Sabaudię w celu wywołania tam powstania, a potem do organizacji Młoda Europa; od 1837 przebywał w Londynie, od 1848 we Włoszech, gdzie brał udział w walkach pod wodzą G. Garibaldiego, a w 1849 należał do grupy triumwirów Republiki Rzymskiej; po klęsce rewolucji osiadł ponownie w Londynie; po powrocie redagował pismo „Italia del Popolo” i założył w 1853 Partię Czynu; w 1861, nie chcąc złożyć przysięgi na wierność królowi zjednoczonych Włoch, po raz kolejny wyemigrował.

[4] Giuseppe Garibaldi (1807-1882), włoski polityk i wojskowy, działacz i bojownik na rzecz zjednoczenia Włoch, republikanin; walczył w Ameryce Południowej, gdzie utworzył legion włoski („czerwone koszule”), w 1848 walczył z Austriakami w Lombardii, później w Rzymie przeciwko Francuzom; w 1860 zasłynął jako organizator „marszu tysiąca” dążącego do obalenia dynastii Burbonów i włączenia Królestwa Obojga Sycylii do niepodległych Włoch; po wybuchu wojny francusko-niemieckiej walczył po stronie Francji.

[5] Giuseppe Avezzana (1789-1879), włoski polityk i żołnierz, uczestnik rewolucji we Włoszech.

[6] Św. Tomasz z Akwinu (1225 lub 1226-1274), dominikanin, doktor Kościoła, jeden z najwybitniejszych filozofów i teologów chrześcijańskich. W swojej filozofii korzystał w dużej mierze z dorobku Arystotelesa. Główne dzieła: De ente et essentia (1255), Summa contra gentiles (1254-1256), Summa theologiae (1269-1273)

[7] Summa contra gentiles – łac. Suma przeciwko poganom, lub Summa filozoficzna, jedno z głównych dzieł Tomasza z Akwinu, napisane ok. 1264.

[8] Lajos Kossuth (1802-1894), węgierski szlachcic, prawnik, dziennikarz; przywódca rewolucji węgierskiej; uważany za węgierskiego bohatera narodowego. Domagał się całkowitej niezależności Węgier od Austrii. Minister finansów i przewodniczący komisji do spraw wojskowych w pierwszym niezależnym rządzie węgierskim, którego premierem był L. Batthyány; jako wiodąca osobowość rządu zaproponował i przeprowadził liczne reformy, np. uwolnienie chłopstwa z niewolniczego poddaństwa względem szlachty. Po klęsce rewolucji i wojny niepodległościowej walczył wraz z Garibaldim w północnych Włoszech przeciwko Austriakom.

[9] Johann Gottfried von Herder (1744-1803), niemiecki pastor, pisarz i filozof, nazywany twórcą niemieckiej filozofii historycznej, jeden z ojców slawistyki; ujmował dzieje ludzkości na sposób ewolucjonistyczny; autor Myśli o filozofii dziejów (1785-92); jeden z inspiratorów i teoretyków prądu literacko-społecznego określanego mianem „Sturm und Drang” („Burza i napór”).

[10] Stefan Batory (1533-1586), książę siedmiogrodzki od 1571, król Polski i wielki książę litewski od 1576, ożeniony w tym samym roku z Anną Jagiellonką; uważany za jednego z najwybitniejszych polskich królów elekcyjnych. Dążył do skierowania polityki polskiej przeciwko wrogom Siedmiogrodu, tj. austriackim Habsburgom i Turcji. 1578-1582 prowadził zwycięskie wojny z Rosją o Inflanty, zakończone rozejmem w Jamie Zapolskim. 1579 założył Akademię Wileńską; przyczynił się do utworzenia Trybunału Koronnego (1578) i Trybunału Litewskiego (1581) jako najwyższych sądów apelacyjnych; zwolennik tolerancyjnej polityki wobec innowierców, jednocześnie wspierał Kościół katolicki i zakon jezuitów.

[11] Stanisław August Poniatowski (1732-1798), ostatni król Polski (1764-1795), mecenas sztuki i kultury, przystąpił do konfederacji targowickiej, abdykował po III rozbiorze.

[12] Katarzyna II Wielka (1729-1796), cesarzowa Rosji od 1762, wstąpiła na tron po wymuszonej abdykacji swego męża Piotra III; reprezentowała ideał władcy oświeconego – łączyła cele modernizacyjne z imperialnymi i dyktatorskimi. Poprzez politykę ciągłego mieszania się w sprawy Polski nie dopuściła do przeprowadzenia reform ustrojowych, osadziła na tronie królewskim swego faworyta Stanisława Augusta Poniatowskiego i doprowadziła do rozbiorów Rzeczpospolitej.

[13] František Josef Kinský (1739-1805), czeski bohater narodowy, bardzo zasłużony dla czeskiej oświaty narodowej. Był pierwszym, który w czasach największego upadku narodowości i języka czeskiego w |XVIII w. podniósł głos w obronie ich wartości; uczynił to w książce wydanej bezimiennie w Pradze w latach 40-tych pt. Erinnerungen über einen wichtigen Gegenstand, poruszającej problematykę wychowania młodzieży.

[14] František Martin Pelcl (1734–1801), czeski pisarz, historyk i filolog; pierwszy profesor katedry języka czeskiego i literatury na Uniwersytecie Karola w Pradze.

[15] Josef Dobrovský (1753-1829), czeski filolog, ksiądz; jeden z twórców slawistyki; autor prac z wielu dziedzin slawistyki, języka i literatury czeskiej.

[16] Napoleon I (Napoleon Bonaparte, 1769-1821), w latach 1804-1814 (1815) cesarz Francuzów, 1805-1814 król Włoch. Zwycięzca w wielu bitwach i kampaniach przeciwko kolejnym koalicjom państw europejskich, reorganizator aparatu państwowego we Francji i prawodawca.

[17] Jan Žižko z Trocnova (ok. 1360-1424), żołnierz czeski Wacława IV Luksemburskiego i Władysława Jagiełły, uczestnik bitwy pod Grunwaldem (1410), bohater wojen husyckich; zwycięstwo nad armią Zygmunta Luksemburskiego i zajęcie Pragi uczyniło z niego bohatera narodowego Czechów.

[18] Jan Hus (1370-1415), profesor Uniwersytetu Praskiego, językoznawca, czeski reformator religijny i bohater narodowy, twórca ruchu religijnego zwanego husytyzmem; zwolennicy Husa głosili m.in. postulaty powrotu Kościoła do surowych zasad pierwotnego chrześcijaństwa, komunii pod dwiema postaciami, uznania Biblii za główne kryterium wiary; osądzony na soborze w Konstancji 1415, został spalony na stosie jako heretyk.

[19] Hieronim z Pragi (ok. 1378-1416), rycerz, przyjaciel Jana Husa, jeden z przywódców ruchu husyckiego, zginął spalony na stosie.

[20] Adam Mickiewicz (1798-1855), polski poeta, publicysta. Uważany za największego pisarza polskiego okresu romantyzmu, jednego z tzw. trzech wieszczów. Autor m.in. dzieł: Dziady, Konrad Wallenrod, Pan Tadeusz.

[21] Chodzi o hrabiego Augusta Cieszkowskiego (1814-1894), działacza i myśliciela społecznego i politycznego, filozofa. Był prezesem Koła Polskiego w sejmie pruskim, prezesem Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Poznaniu, członkiem Akademii Umiejętności. Krytyczny kontynuator heglizmu, jeden z głównych przedstawicieli filozofii narodowej, twórca tzw. filozofii czynu, współtwórca polskiego mesjanizmu. Największe jego dzieła to Prolegomena do historiozofii i wspomniane Ojcze nasz.

[22] Chodzi o Aleksandra Wielopolskiego, margrabiego Gonzagę-Myszkowskiego (1803-1877), polityka i męża stanu. Studiował prawo i filozofię na uniwersytetach w Warszawie, Paryżu i Getyndze; w okresie powstania listopadowego w imieniu Rządu Narodowego pełnił misję dyplomatyczną w Anglii, jednakże sławę przyniósł mu dopiero List szlachcica do ks. Metternicha napisany pod wpływem wydarzeń 1846 w Galicji (rabacja), w którym uznał za konieczne wsparcie się o Rosję w walce z żywiołem germańskim. Jeden z założycieli krakowskiego „Czasu”; od 1861 stał na czele Komisji wyznań i Oświecenia Publicznego, a w roku następnym został szefem rządu cywilnego dla Królestwa Kongresowego. Wykorzystując swą popularność na dworze rosyjskim, starał się uzyskać dla Królestwa autonomię za cenę całkowitego wyrzeczenia się aspiracji niepodległościowych; chcąc ostudzić opozycję doprowadził do przeprowadzenia „branki”, co stało się bezpośrednią przyczyną wybuchu powstania styczniowego. W 1863 udał się na emigrację do Drezna, gdzie spędził resztę swojego życia.

[23] Antoni Zygmunt Helcel (1808-1870), prawnik, historyk, polityk i publicysta galicyjski; poseł do parlamentu w Kromieryżu oraz Sejmu Krajowego we Lwowie (od 1861) oraz Rady Państwa w Wiedniu (od 1862). Napisał m.in.: Rys postępów prawodawstwa polskiego (1836), Starodawne prawa polskiego pomniki (1856); w 1860 przygotował memoriał o kwestiach językowych w szkołach galicyjskich oraz ułożył adres, który zawierał program polityczny, zmierzający do autonomii Galicji.

Najnowsze artykuły

O imponderabiliach i trudnych wyborach politycznych (wywiad)

O polskiej polityce zagranicznej w okresie II RP z prof. Markiem Kornatem rozmawia dr Maciej Zakrzewski.

Marek Kornat

Data dodania: 2017-10-23

Solidarność jako doświadczenie (wywiad)

Zbigniew Stawrowski

Data dodania: 2017-09-05