Artykuł
O liberum veto, rokoszach i tolerancji w I RP (wywiad)
Data dodania: 2017-04-05
Data dodania: 2017-04-05
Z profesorem Radosławem Żurawskim vel Grajewskim, wykładowcą Uniwersytetu Łódzkiego, rozmawia Mateusz Ambrożek.

Słowa kluczowe

  • republikanizm

Mateusz Ambrożek: Pierwsze pytanie będzie dotyczyło liberum veto. Przez piewców złotej wolności było uważane za niezbędny element mechanizmów politycznych, natomiast przez krytyków ustroju republikańskiego, np. stańczyków, prawo to było potępiane. Jak Pan ocenia tę instytucję – raczej pozytywnie, czy negatywnie?

Radosław Żurawski vel Grajewski: Zła sława, która towarzyszy zasadzie liberum veto wymaga pewnego komentarza. Jak wszystko w historii, sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Ta instytucja okazała się zabójcza dla ustroju, jednak należy przyjrzeć się pewnym czynnikom, które doprowadziły do pojawienia się jej w polskiej praktyce ustrojowej. Poseł, który korzystał z prawa liberum veto, nie reprezentował w sejmie wyłącznie siebie, lecz był reprezentantem ziemi, która go wybrała. Był to zatem głos posła powiatu takiego to a takiego – tj. wszystkich, którzy wybrali akurat tego szlachcica. Zgłaszane veto na sejmie było w tej koncepcji sprzeciwem części kraju wobec takiej czy innej rozważanej kwestii. Widać tu paralelę do aktualnego ustroju Unii Europejskiej. Przecież gdy dany kraj wetuje pewne decyzje, to nie czyni tego z perspektywy tylko członka danej organizacji, lecz stoi za tym cała rzesza obywateli którzy w domyśle wspólnie sprzeciwiają się danej decyzji. Jednomyślność jest zatem przy pewnych kwestiach wymagana, gdyż inaczej nie zyskałyby one akceptacji w jakimś kraju Unii, a próba narzucenia pewnych rozwiązań głosami większości mogłaby spotkać się z oporem danej lokalnej społeczności, którego przełamanie siłą pozostaje niewyobrażalne. Forsowanie pewnych rozwiązań w oparciu o zdanie większości mogłoby osłabiać UE i wzmacniać tendencje separatystyczne typu Brexit. Aby każdy w takiej Unii czuł się wciąż u siebie, musi mieć poczucie wpływu na podejmowane decyzje i gwarancje, że nikt nie będzie go zmuszał do przyjęcia czegoś, czego realizacji na swym lokalnym poziomie sobie nie życzy. Obecnie niektóre decyzje mogą być zatem zablokowane w ramach UE wetem pojedynczego kraju. W oparciu o podobny mechanizm w przypadku I Rzeczpospolitej poseł mógł zablokować decyzję większości a nawet zerwać sejm. W czasach wysokiej kultury politycznej sejmujących – czyli w XVI w. był to zatem pewien element nacisku, który miał skłaniać do kompromisu między zwolennikami a przeciwnikiem danej decyzji w taki sposób, by mniejszość nie mogła być za każdym razem przegłosowywana nie wywalczywszy w zamian za zgodę na zdanie większości jakiś koncesji choćby w innej ważnej dla niej sprawie. Tworzyło się w ten sposób pole do jakiegoś handlu politycznego nie pozostawiającego żadnej ze stron w poczuciu poniesienia totalnej klęski. Jednak od drugiej połowy XVII w.  - jak wszyscy dobrze wiemy, praktyka pokazała, że często to obcy ambasadorowie przekupywali polskich posłów, którzy na ich życzenie zrywali obrady. Choć oświecone elity XVIII wiecznej Polski zdawały sobie sprawę, że liberum veto jako instytucja jest skompromitowane, to jednak stanowiło ono zabójcze dla możliwości reform narzędzie czy to w rękach mocarstw ościennych czy walczących ze sobą koterii magnackich Familii i Potockich. Reforma ustroju politycznego, do której ostatecznie udało się doprowadzić uchwalając Konstytucję 3 Maja 1791 r. znalazła uznanie w oczach myślicieli politycznych Zachodu. – Najczęściej przywołuje się w tym kontekście bardzo pochlebną o niej opinię Edmunda Burke’a. Jednakże dwory ościenne – Rosja, Prusy i Austria widziały w niej zagrożenie dla własnego systemu politycznego. Wolnościowa konstytucja w Polsce, gdyby przetrwała, byłaby nieustającym wyzwaniem dla ustroju absolutystycznego monarchii Romanowych, Hohenzollernów i Habsburgów i z tego powodu nie mogła być przez nich tolerowana.

Widzę, że porusza Pan tu pewne wątki także charakterystyczne dla warszawskiej szkoły historycznej. Czy mógłby Pan je rozwinąć?

Szkoła warszawska powstała w opozycji do stańczyków. Ci pierwsi podkreślali rolę nas samych, nasze własne winy i zaniedbania, które doprowadziły do upadku I Rzeczpospolitej. Dyskusje tę można zresztą odnieść do kontrowersyjnej w historiografii kwestii istnienia (lub nie) określonego charakteru narodowego. Zakładając, że posługiwanie się takim pojęciem jest uzasadnione, można postawić tezę, że zachowania Polaków zarówno teraz, jak i wówczas są zaskakująco podobne. Wciąż rozważamy dylemat związany z odczuwaną potrzebą wzmocnienia struktur państwa i skuteczności władzy wykonawczej, ale jednocześnie żywimy obawy przed śmielszym pójściem w tym kierunku dostrzegając czające się na tej drodze niebezpieczeństwo pojawienia się absolutum dominium (kiedyś) czy dyktatury (obecnie) co napełnia nas strachem przed utratą swobód obywatelskich i wolności osobistych, które wielce sobie cenimy. Chcielibyśmy mieć silne państwo, sprawny rząd i silną armię, ale jednocześnie płacić możliwie niskie podatki, nie mieć do czynienia z administracją państwową i nie służyć wojskowo. Te pragnienia w znacznym stopniu się wykluczają. Teoretycznie zdajemy sobie z tego sprawę, ale mimo to, scenariusz ów powiela się już od setek lat, a my cały czas reagujemy podobnie.

Wracając do szkoły warszawskiej, starała się ona pokazać, że głównymi sprawcami odpowiedzialnymi za upadek Polski są Prusy, Rosja, i Austria. Ten nurt jest dostrzegalny i we współczesnej historiografii polskiej. Świetnym tego przykładem jest znakomita monografia pióra prof. Zofii Zielinskiej Polska w okowach „systemu północnego” 1763-1766, z której jasno wynika w jak wielkim stopniu możliwość zreformowania systemu politycznego państwa polskiego była sparaliżowana poprzez wpływ mocarstw ościennych. Bardzo prawdopodobne, że gdybyśmy np. Wielką Brytanię przenieśli na nasze terytorium, to i ona w sytuacji konfliktów wewnętrznych związanych z wojnami jakobickimi, przy nielicznej armii lądowej z otwartymi granicami nie chronionymi przez oblewające ją morza, nie poradziłaby sobie z wpływem obcych, ponieważ posiadała bardzo podobne instrumentarium ustrojowe do nas.

Czy polski republikanizm mógł mieć w sobie pewne pierwiastki ekspansjonizmu. Bardzo dużo mówi się o możliwości obsadzenia tronu carskiego przez Władysława IV i potencjalnym wpływie tego faktu na sytuację międzynarodową Polski, gdyby taki krok powiódł się. Czy sama obecność pewnych idei republikańskich pomogłaby zmienić charakter narodowy rosyjski, jego skłonności do centralizacji, militaryzacji, absolutyzmu postaw i myślenia?

Wydaje mi się, że nie udałoby nam się tego dokonać z dwóch powodów. Po pierwsze, proszę postawić się w roli Zygmunta III jako ojca, który ma przeznaczyć syna na władcę „barbarzyńskiego państwa” ze świadomością, że jeżeli tam zostanie sam, czy z nieliczną świtą, to występuje duże prawdopodobieństwo, że zostanie zamordowany. Było oczywiste, że sejm nie da królowi pieniędzy na ewentualne stabilizowanie sytuacji czy też pacyfikacje Wielkiego Księstwa Moskiewskiego co wymagałoby stałego utrzymywania na jego terenie licznych polskich i litewskich oddziałów okupacyjnych co najmniej przez kilka a może kilkanaście lat. Król nie mógł w takich warunkach planować perspektywicznej polityki na najbliższe 20-30 lat, ponieważ nie miał trwałych przesłanek możliwości realizacji tak ambitnych zamiarów. Poza tym, czy elity polityczne Rosji chciałyby zmian zbliżających ustrój ich państwa do wzorów panujących w Rzeczypospolitej? Pamiętajmy, że to już jest po Iwanie Groźnym, po opryczninie, struktura społeczna Rosji została przeorana i przesiąknięta duchem moskiewskiego samodzierżawia. Sami Rosjanie wyrażali się  o obyczajach politycznych Polski dosyć nieprzychylnie. Na dokonanie zmian w świadomości narodu potrzeba kilku pokoleń. Przy tej niestabilności polityki, jaką zapewne charakteryzowałoby się osadzenie Władysława IV na tronie, możemy przypuszczać, że te zmiany, zamiast się dokonać, wywołałyby reakcję oburzonych bojarów, którzy broniliby rosyjskiej tradycji, absolutyzując Polskę jako największego wroga rosyjskości jako takiej.

Wróćmy na nasz grunt wewnętrzny. Przyjrzyjmy się instytucji rokoszu. Bardzo często krytykuje się tę instytucję ze względu na jej destrukcyjny charakter i negatywny wpływ na sytuację państwa. Stanisław Cat-Mackiewicz w swojej książce „Stanisław August” krytykuje w ten sposób konfederację barską, która miała być, jego zdaniem, przyczyną I rozbioru Polski. Niemniej jednak, powoływał się Pan na rokosz Zebrzydowskiego, który był jedną z prób naprawienia w jakimś zakresie instytucji Państwa Polskiego. Czy prawo do rokoszu można oceniać zero-jedynkowo?

Oczywiście, że nie można go w ten sposób oceniać, zresztą jak prawie wszystko w historii. Musielibyśmy bowiem wówczas abstrahować od konkretnych okoliczności. Tu mamy do czynienia z podobną argumentacją jak w przypadku zasadności wojen – czy są one dopuszczalne i usprawiedliwione moralnie czy nie? Jeżeli sięgniemy do Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, to zobaczymy, że jednym z podstawowych praw jest prawo do przeciwstawiania się uciskowi. Rokosz był wówczas jednym ze sposobów realizacji owego prawa. Obywatel, który uznaje, że władza przekracza jakąś granicę, ma prawo wystąpić przeciw władzy. Oczywiście zupełnie inną kwestią jest to, jaką formę ten protest powinien przybrać. O ile występowanie zbrojne przeciw strukturze i administracji państwa może prowadzić do anarchii o tyle sprzeciwianie się danej decyzji, czy działaniu władz ocenianych jako szkodliwe, nielegalne czy niebezpieczne dla wolności i praw obywateli możemy uzasadniać, a nawet w pewnych okolicznościach wskazywać jako konieczne i jedyne właściwe postępowanie. Poza tym, mieliśmy do czynienia z różnymi konfederacjami – barską, targowicą, radomską i różnie je oceniamy. Trudno tu o generalizacje.

Co do konfederacji barskiej, nie zgadzam się z opinią Cata-Mackiewicza. Naród szlachecki, który miał poczucie własnej godności i szanował zasadę independencji kraju, musiał zareagować na sytuację porwania naszych biskupów i senatorów, która była jawnym pogwałceniem suwerenności Rzeczypospolitej. Brak reakcji w tym zakresie oznaczałby upadek – najpierw moralny, a potem polityczny – państwa, ponieważ bez funkcjonowania podstawowych zasad, na których opiera się wspólnota polityczna, nie jest ona w stanie sprawnie funkcjonować. Jeżeli mamy kogoś oskarżać w tym zakresie, to tylko króla, który nie potrafił tego ruchu spożytkować dla celów obronności państwa, jego konsolidacji wewnętrznej oraz przeprowadzenia reform w oderwaniu od zależności względem Rosji. Czy to było wówczas w ogóle osiągalne – można wątpić, ale - jak dobrze wiemy, Poniatowski zdecydował się poprzeć interweniujące wojska rosyjskie oraz politykę Katarzyny II, co dało jej pretekst do tworzenia propagandowych komunikatów dotyczących upadku Państwa Polskiego i tym samym daleko posuniętej ingerencji w jego sprawy wewnętrzne. Niemniej jednak, ruch barski był na tyle silny, że Rosja sama nie mogła sobie z nim poradzić i w końcu zdecydowała się dopuścić do współudziału w pacyfikacji dotychczas wyłącznie swojego protektoratu jakim od Piotra I była Rzeczpospolita pozostałe mocarstwa ościenne, z którymi musiała w tej sytuacji podzielić się łupem. Świadczy to o sile konfederacji barskiej (przy wszystkich jej wielorakich słabościach) i kładzie się cieniem na dobrym imieniu Stanisława Augusta Poniatowskiego, który współdziałał z zaborcami przy tłumieniu ruchu, a po jego ostatecznej klęsce podpisał rozbiór kraju.

Oczywiście, należy dostrzegać także negatywny samej instytucji konfederacji a zatem prawa obywateli do zawiązywania związku politycznego dla osiągania deklarowanych przezeń celów – czasem mogły być to konfederacje „przy królu” – prorządowe, czasem przeciwko niemu – opozycyjne. Ale spójrzmy także na pozytywy, na to, co dobrego dla pamięci zbiorowej wyniknęło z tego obyczaju politycznego w momencie, kiedy państwa już nie było. Naród szlachecki był przyzwyczajony do działania poza państwem. Istnienie samych instytucji państwa nie było niezbędne do tworzenia przez niego aktów politycznych. Funkcjonowały bowiem pewne wzorce, politycznych zachowań narodu powielane następnie w praktyce niezwykle długo w epoce już po upadku państwa. Wzorce te wzmagały aktywność obywatelską i tożsamość narodową poszczególnych członków narodu. Konfederacja w dawnej Rzeczypospolitej była zatem wezwaniem do działania obywatelskiego i aktywności politycznej - co należałoby oceniać pozytywnie. Jednak zupełnie odrębną kwestią pozostaje, osądzenie czy taka aktywność i podejmowane działanie miały – biorąc pod uwagę konkretną konfederację – pozytywny, czy negatywny rezultat polityczny dla Państwa Polskiego.

Teraz przejdźmy do zjawiska tolerancji religijnej. Michał Bobrzyński w swoich Dziejach Polski w zarysie pisał, że tolerancja religijna występowała w Polsce nie ze względów liberalnego podejścia do wiary, lecz konieczności nieantagonizowania różnych społeczności żyjących w Polsce. W przypadku, gdyby udało się wprowadzić wyznanie dominujące, bardzo możliwe, że doszłoby w Polsce do wojen religijnych, które na szczęście ominęliśmy. Powołując się na dysydentów w XVIII w. Bobrzyński podkreślił jej negatywny wpływ na niezależność Polski na arenie międzynarodowej. A czy Pana zdaniem tolerancja religijna miała tak ogromny wpływ na sytuację polityczną Polski?

Tu należy wyróżnić dwa zagadnienia. Pierwszym jest problem tolerancji religijnej sensu stricto rozumianej jako wolność wyznania bez względu na to, jakie to jest wyznanie. Drugim jest odpowiedź na pytanie, na ile wielowyznaniowość może dawać narzędzie ingerencji w wewnętrzne sprawy państwa podmiotom zagranicznym. Odnośnie do pierwszego, Polska była znaczącym, pozytywnym wyjątkiem, przy czym sytuacja istniejąca w Rzeczpospolitej jest wytłumaczalna naturalnymi czynnikami, które występowały w otoczeniu międzynarodowym Polski od samego jej zarania. Od początku istnienia państwa żyliśmy w sąsiedztwie prawosławnych, co dla nas stanowiło coś naturalnego. Z chwilą gdy pojawiła się w XVI wieku reformacja a wraz z nią inne – protestanckie wyznania chrześcijańskie, nie było to dla nas zmianą jakościową, tylko ilościową. Od dawna byliśmy przyzwyczajeni do życia obok innych chrześcijan. Inne – nowe wyznania chrześcijańskie, wzmocniły jedynie melanż religijny na naszym terytorium. Co się jednakże okazuje? Otóż w okresie ruchu egzekucyjnego w sejmie mieliśmy większość posłów protestantów wybieranych przez katolicką większość, dla której wyznanie jej reprezentantów nie stanowiło przeszkody w ich wyborze. Ponadto, każdy król na początku swoich rządów musiał zagwarantować wolność wyznania i pokój religijny w Polsce. Z tego wynika, że tolerancja religijna (której poziom w różnym czasie się oczywiście zmieniał) stanowiła immanentną część ustroju politycznego Rzeczpospolitej. To jest na owa epokę ewenement światowy, warty podkreślenia, z którego powinniśmy być dumni.

Natomiast od oceny tak rozumianej tolerancji odróżnić należy kwestię tzw. dysydentów, dzięki którym Rosja mogła ingerować w sprawy wewnętrzne Polski. Warto spostrzec, że gdyby Polska była silnym państwem, taka sytuacja nie miałaby miejsca. Cały problem brał się ze słabości Rzeczypospolitej, co oznacza, że jest to problem polityczny, niewynikający z takiej, czy innej sytuacji religijnej.

Omówiliśmy już liberum veto, rokosze i tolerancję religijną. Czy Pan dodałby coś jeszcze do problemów ustrojowych I RP? Niektórzy dodają tutaj słabość centralnej władzy państwowej, jeszcze inni problemy finansowe wynikające z braku stałych dochodów.

Niewątpliwie problemy przez Pana wymienione są istotne. Dodałbym jeszcze do tego brak porozumienia pomiędzy królem, magnaterią i średnią szlachtą. Zabrakło tu troski o dobro wspólne – żaden z trzech stanów nie potrafił uzmysłowić sobie konieczności porzucenia drobnostkowych sporów i skupienia się na reformie państwa. Brakowało tu czegoś takiego, co można nazwać dojrzałością polityczną elit. Zarówno magnateria, jak i średnia szlachta nie mogły wyzbyć się małostkowych sporów o swój stan posiadania i wpływów. Ponadto, poszczególne wojny przyczyniały się do znacznej pauperyzacji szlachty jako takiej, a zatem do ograniczenia jej możliwości np. kształcenia synów za granicą – co nie było rzadkim zjawiskiem w XVI w., ale w II połowie XVII już tak. Liczne niszczące wojny nie tylko rujnowały materialnie kraj, ale powodowały zastój jego rozwoju cywilizacyjnego – duchowego i moralnego. Już Jan Kazimierz przewidywał, że taka sytuacja skończy się rozbiorem.

Odwołując się do geopolityki, na listę nie poruszonych dotąd kwestii można by jeszcze wpisać także istnienie swego rodzaju pustki geostrategicznej na Dzikich Polach. Był to obszar, gdzie struktury państwowe były praktycznie nieobecne, ale jednocześnie otoczony zewsząd muzułmanami, czy też Kozakami, co oznaczało możliwość częstych najazdów. Z istnieniem owego dzikiego, nieuregulowanego i w zasadzie nie poddanego administracji państwowej obszaru wiązał się fenomen utworzenia i wzrostu potęgi organizacji militarnej kozaków zaporoskich. Wraz z nim pojawił się nierozwiązywalny w ówczesnej rzeczywistości historycznej i społecznej problem braku nadania im praw politycznych. Stanowiło to jeden z czynników popychających owych ludzi do buntów, wraz z największym z nich – powstaniem Chmielnickiego włącznie.  Możemy tylko spekulować co by się stało, gdyby to powstanie nie wybuchło, elity kozackie zostałyby związane systemowo z państwem polskim, w którego życiu politycznym by uczestniczyły na akceptowanych przez siebie zasadach, a geostrategiczna pustka zostałaby zlikwidowana poprzez oparcie południowo-wschodniej granicy Rzeczypospolitej o Morze Czarne, objęcie pustek kolonizacją rolną i administracją państwową jak na innych ludnych ziemiach Korony. Zapewne na silne zewnętrznie  i stabilne wewnętrznie państwo polsko-rusko-litewskie Moskwa nigdy nie ośmieliłaby się uderzyć a i Szwedzi byliby znacznie mniej skłonni do rozpoczynania „Potopu” przeciwko zdrowemu i silnemu organizmowi politycznemu jakim mogłaby się w takim wypadku stać Rzeczpospolita.

Wreszcie można zwrócić uwagę na fakt, iż wprowadzony Konstytucją 3 Maja wolnościowy ustrój polityczny państwa musiał prowokować wrogie reakcje trzech dworów ościennych, gdyż stanowił niebezpieczny – w ich pojęciu – wzorzec do naśladowania. Był zatem groźny dla struktury społecznej i porządku politycznego panującego w owych monarchiach. Gdyby się okazało, że zreformowana Rzeczpospolita jest krajem mlekiem i miodem płynącym, szybko stałaby się zabójczym dla absolutyzmu dworów północnych a ożywczym dla ambicji politycznych ich poddanych przykładem, który chcieliby naśladować.

Bardzo serdecznie dziękuję Panu za wyczerpującą i niezwykle interesującą rozmowę.  Cieszę się, że mogłem spędzić czas słuchając o historii I Rzeczpospolitej z perspektywy kwestii prowadzących do jej upadku. Miejmy nadzieję, że będzie to dla nas nauka, która pozwoli uniknąć nam błędów przeszłości w przyszłości.

Ja również bardzo serdecznie dziękuję.

 

Wywiad przeprowadzony w ramach projektu „Nauka i polskie dziedzictwo intelektualne. Program popularyzacji polskich nauk humanistycznych i społecznych”, finansowe w ramach umowy 986/P-DUN/2016 ze środków Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego przeznaczonych na działalność upowszechniającą naukę.

 

Najnowsze artykuły

O imponderabiliach i trudnych wyborach politycznych (wywiad)

O polskiej polityce zagranicznej w okresie II RP z prof. Markiem Kornatem rozmawia dr Maciej Zakrzewski.

Marek Kornat

Data dodania: 2017-10-23

Solidarność jako doświadczenie (wywiad)

Zbigniew Stawrowski

Data dodania: 2017-09-05