Artykuł
System polityczny Wojciecha Wasiutynskiego - lata 1945-1989
Data dodania: 2016-12-01
Data dodania: 2016-12-01

[w:] Myśl polityczna na wygnaniu. Publicyści i politycy polskiej emigracji powojennej, Warszawa 1995, s. 47–65.

 

1

 

Wojciech Józef Wasiutyński urodził się 8 września 1910 r. w Warszawie. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, doktoryzował się w 1936 r. (rozprawa pt. „Regal młynny w średniowiecznym prawie polskim”). Był związany z radykalnym skrzydłem obozu narodowego. W czasie studiów należał do korporacji „Aquilonia”, działał również w Młodzieży Wszechpolskiej i Obozie Wielkiej Polski. Po rozwiązaniu Obozu przez władze administracyjne, związany z grupą Bolesława Piaseckiego, był jedną z wybitniejszych postaci Ruchu Narodowo-Radykalnego („Falangi”). Krótko przed wojną jego drogi z „Falangą” zaczęły się rozchodzić, pragnąc jednak zachować lojalność wobec przeżywającego kryzys środowiska, ociągał się z przypieczętowaniem zerwania formalnym wystąpieniem. Uczynił to w czasie wojny, wchodząc w skład kierowniczego ośrodka Stronnictwa Narodowego na emigracji; zerwanie z narodowym radykalizmem nie oznaczało dlań zasadniczej zmiany opcji i zdystansowania się od tradycji obozu narodowego w ogóle.

Po wojnie osiadł się w Anglii, następnie przeniósł się do Stanów Zjednoczonych. Jak wyznał w wywiadzie, udzielonym w 1991 r. telewizji gdańskiej, decyzja o pozostaniu na Zachodzie nie przyszła łatwo; dla polityków o jego przeszłości alternatywą byłoby jednak uwięzienie, lub działalność w Pax-ie. Czynny w życiu politycznym emigracji, utrzymywał jednak żywy kontakt z tym, co się w kraju działo, ujawniając – co dokumentuje jego publicystyka – wielkie wyczucie realiów krajowych, nieczęste u ludzi, którzy komunizmu nie poczuli na własnej skórze. W latach 1958-1973 był zastępcą kierownika sekcji polskiej Radia Wolna Europa w Nowym Jorku. „(...) choć nie ze wszystkim zgadzałem się z Wasiutyńskim, niezmiernie go lubiłem i bardzo wysoko ceniłem jako czołowego publicystę emigracji, człowieka głęboko myślącego”[1] – wspominał ówczesny dyrektor tej placówki. Po 1989 r. Wojciech Wasiutyński energicznie włączył się w nurt demokratycznych przemian, wspierając je w sposób jednoznaczny i niesłychanie konsekwentny.

Zmarł 19 sierpnia 1994 r. w Rye (koło Nowego Jorku), został pochowany w Warszawie, na Powązkach.

Był niezwykle utalentowanym, sprawnym warsztatowo i wszechstronnym publicystą. Pisał do wielu pism, wygłaszał felietony w radio. Niniejszy szkic nie rości sobie pretensji do próby podsumowania całości twórczości Wasiutyńskiego. Byłoby to niełatwe także ze względów materiałowych – zważywszy nie tylko ilość przekazów, ale i ich rozproszenie. Najważniejsze z wypowiedzi – te, które stanowiły komentarz nie do aktualnych wydarzeń, ale szerszych procesów i zjawisk – doczekały się wszakże wydania w postaci książkowej. Nie jest to wystarczająca podstawa dla rekonstrukcji całości koncepcji politycznej, można jednak kusić się o rekonstrukcję jej najważniejszych elementów: podstawowych pojęć i wartości, tworzących jej rdzeń. Stąd też w tytule szkicu posłużyłem się terminem: „system polityczny”. Określenie to wydaje się uzasadnione także z tego powodu, że poglądy Wasiutyńskiego układały się w bardzo zwartą strukturę.

 

2

 

Wojciech Wasiutyński debiutował jako publicysta już przed wojną, w studenckim „Akademiku Polskim”. Pisał też do „Szczerbca”, „Gazety Warszawskiej”, „Wieczoru Warszawskiego” i „ABC”, redagował „Ruch Młodych” i „Wielką Polskę”. Był jednym z filarów „Prosto z Mostu” – rozwinięte z dodatku literackiego „ABC”, pismo to zrobiło błyskotliwą karierę, zdobywając stałe miejsce na kulturalnej mapie kraju[2].

Przed 1939 r. ukazały się trzy jego większe książki: „Naród rządzący” (1934), „Z duchem czasu” (1936), „Między Trzecią Rzeszą a Trzecią Rusią” (1939). Swoje ówczesne poglądy w najpełniejszej formie wyłożył Wasiutyński w pierwszej z nich. Były one w swoim zasadniczym kształcie zbieżne z innymi enuncjacjami środowiska „Falangi” – kreśląc wizje ustroju totalitarnego, programowo zrywającego z pluralizmem politycznym oraz światopoglądowym, w dziedzinie zaś gospodarczej opierającego się na planowaniu oraz kontroli czynnika politycznego nad ekonomią[3] – chociaż można tu mówić o niuansach. W zestawieniu z poglądami, zawartymi w późniejszej o rok książce Bolesława Piaseckiego (Duch czasów nowych a Ruch Młodych, Warszawa 1935) propozycje Wasiutyńskiego zdecydowanie więcej miejsca poświęcały problemowi samorządu, jak i akcentowały konieczność uszanowania (w pewnym niewielkim choćby, ale stałym zakresie) autonomii jednostki oraz rodziny. Rozwój samorządu stanowić miał ważną cechę postulowanego systemu chroniąc go od wynaturzeń rządów monopartyjnych[4].

Oczywiście, można wątpić, czy rzeczywiście uchroniłby, ale nie to jest w tym miejscu najistotniejsze. Ważne jest natomiast, że autor widział problem, który umykał uwagi wielu innym entuzjastom nowych prądów. Odnotujmy również, że postulując ustrój de facto monopartyjny, szukał dlań rozmaitych uzasadnień; w religii, która odrzuca relatywizm różnych prawd (każąc głosić dobro, oddziela go od zła, nie zezwalając na traktowanie na tej samej płaszczyźnie); w tradycji narodowej, która przechowała nie tylko „instynkt wolności, ale i „owczy” pęd do gromady wraz z zamiłowaniem do jednomyślności[5] – ale nie w użyteczności, wyrażającej się w zwiększonej sprawności działania i zdolności mobilizowania materialnej siły. Jeśli porównać to stanowisko z enuncjacjami na przykład „Zaczynu”, czy politycznym manifestem Ferdynanda Goetla[6] – różnice będą wyraźne. Lekceważąc, może nadmiernie, „materię” dystansowano się od „pogańskiego” kultu siły. Zjawisko to, właściwe całej formacji narodowo–katolickiej, w środowisku „Falangi” zaznaczało się wprawdzie stosunkowo najsłabiej[7], ale i tutaj odciskało swoje piętno.

Tym, co różniło Wasiutyńskiego od formacji bliskich mu ideowo działaczy, była umiejętność zachowania dystansu także wobec idei i poglądów, które skądinąd uważał za własne. Nie były one dla niego nie podlegającą osądowi intelektualnemu częścią systemu wartości. Stanowiły raczej rodzaj narzędzia, użytecznego – nawet niezbędnego – w określaniu stosunku do zjawisk tworzących świat zewnętrzny, ale podlegającego udoskonalaniu i weryfikacji, niemal na równi z tymi zjawiskami. Wasiutyński nie uległ fascynacji perspektywą oparcia rozwoju gospodarczego kraju na drobnej własności, widząc w niej jedynie uzupełnienie, „korektywę” systemu ekonomicznego, a nie zasadę[8]. Potrafił również, co było o wiele większą sztuką, ustrzec się popadnięcia w mitologię i śmieszność pisząc o masonerii. Ostro natomiast widział zabawne strony zacietrzewienia innych. Recenzując książkę Jędrzeja Giertycha Tragizm losów Polski, wykpił żydo- i masonocentryzm, nakazujący wierzyć w istnienie jednej przyczyny, odpowiedzialnej za całe zło na świecie. Recenzję zatytułował: „Tragizm i komizm książki Giertycha”[9]. Świadomość, że ośmieszone poglądy wyszły spod pióra publicysty należącego do konkurencyjnego środowiska (Giertych był jednym z przywódców SN) z pewnością rzutowała na ton polemiki. Czy jednak nie zaznaczyły się w niej również różnice w sposobie myślenia?

               

3

 

Żywa inteligencja w połączeniu z chłonnością na bodźce zewnętrzne z reguły nie sprzyja bezkrytycznej akceptacji ortodoksji doktrynalnej. Zamieszczane na łamach „Prosto z Mostu” felietony Wasiutyńskiego szokowały współczesnych[10] utwierdzając dobre samopoczucie i pewność siebie ich autora. Po latach napisze: – „(...) byłem zainteresowany w tym czasie tylko swoim własnym zdaniem a nie zdaniem innych ludzi”[11]. Wraz z upływem czasu musiała jednak przyjść reakcja. Jakkolwiek w klimacie lat trzydziestych regułą wydawała się raczej skłonność do zaostrzania się stanowisk oraz recepcji poglądów coraz bardziej skrajnych[12], można również wykazywać przypadki, gdzie zaznaczyła się ewolucja w kierunku przeciwnym. Do takich należał – w obrębie środowisk wywodzących się z „młodej” endecji – casus Jana Mosdorfa. Jego poglądy u schyłku lat trzydziestych, zawarte w książce pt. Wczoraj i jutro, Warszawa 1938) nie sprawiają wrażenia szczególnie skrajnych. Osłabieniu fascynacji totalitarnymi wzorcami mogła również sprzyjać zmieniająca się w przededniu wojny sytuacja międzynarodowa. Polska znalazła się w obozie przeciwnym państwom faszystowskim, w sojuszu z liberalnymi państwami zachodnimi. Jest ciekawe, że propaganda endecka – także środowisk ekstremistycznych – podjęła próbę uzasadnienia owego sojuszu argumentami natury ideologicznej[13].

Potencjalnie otwierać to mogło drogę do łagodzenia koncepcji politycznych, i to w skali całego środowiska. Czy byłoby tak rzeczywiście, trudno powiedzieć, gdyż bieg wydarzeń był zbyt szybki, a co gorsza, zakończony katastrofą. Klęska wojenna, a następnie zagłada świata, w którym powstawały wspomniane koncepcje, w sposób nieuchronny przerwały ciągłość ewolucji politycznych idei. W zasadniczo nowej sytuacji łatwo ulegały one degeneracji bądź do jałowego przeżuwania przyczyn klęski i odgrzewania sporów o znaczeniu zupełnie już historycznym, bądź do prób doraźnej – niekiedy doktrynerskiej, niekiedy trącących manipulacją – aktualizacji poszczególnych idei i wątków, mechanicznie przykrawanych do rzeczywistości zasadniczo odmiennej. Dość tu przypomnieć manipulacje ideą „Polski piastowskiej” i przypominanie orientacji na Rosję, nie mówiąc o innych wątkach. W obu wypadkach tworzywem był – przechowany w kształcie niezmienionym, nie poddany próbie rzetelnej refleksji – zasób pojęć i wskazań, powstałych wcześniej, w zasadniczo odmiennych realiach. Traktowany jak prawda objawiona, ulegał petryfikacji, tracąc kontakt z życiem współczesnym. Przestrogi Dmowskiego, który w kwietniu 1923 r., na zjeździe Młodzieży Wszechpolskiej w Poznaniu, ostrzegał przed „talmudyzmem”, polegającym na niewolniczym trzymaniu się „tego, co kiedyś zostało napisane”[14], doczekały się w ten sposób swoistego potwierdzenia. Podobnie pesymistyczne oceny byłyby jednak bardzo na wyrost, gdyby odnieść je – uogólniając – do publicystyki „Myśli Polskiej”, od 1941 r. ukazującej się w Londynie. Nie tylko twórczość Wojciecha Wasiutyńskiego dokumentowała możliwość rozwijania ideologii środowiska w sposób twórczy, uwzględniający zmiany dokonujące się w świecie współczesnym – chociaż jej właśnie przypadło tu miejsce szczególne.

Związki Wasiutyńskiego z „Falangą” zaczęły się rozluźniać jeszcze przed wybuchem wojny, po części w związku z ogólnym kryzysem organizacji[15], mimo że – jak wspominał – miał opory przed ogłaszaniem zerwania właśnie w takiej chwili[16]. Czynnikiem przyśpieszającym decyzję było zmienione w przededniu wojny położenie międzynarodowe, narzucające rewizję dotychczasowych założeń politycznych. Przed zerwaniem próbować miał – bez powodzenia – przekonać Piaseckiego, że w nowej sytuacji organizacje typu faszystowskiego tracą rację bytu. Opierając się na zapiskach Wasiutyńskiego, nie on jeden nabrał wątpliwości tego rodzaju; podobne zdradzić mieli Wojciech Kwasieborski i Marian Reutt, utyskując na „leninowski łeb Bolka”[17].

Pierwsze dwa lata wojny utrwaliły sytuację, w której losy Polski były związane z koalicją o obliczu antytotalitarnym. Nie mogła ona imponować sukcesami militarnymi, mogła jednak – właśnie na tle poczynań przeciwników – uchodzić za stronę, broniącą cywilizacji, zagrożonej pochodem barbarzyństwa. Najazd Niemiec na ZSRR, powiększając krąg przeciwników Niemiec i przybliżając koniec wojny, zaburzył ów klarowny układ, chociaż nie naruszał przekonania o związku sprawy polskiej z szerszą ideą obrony cywilizacji zachodniej, niezależną od podziału na walczące koalicje. Rok przed końcem wojny, w czasie warszawskiego powstania okazało się, że totalitarne państwa, nawet walcząc ze sobą, potrafią się – właśnie na odcinku polskim – zdobyć na swego rodzaju współdziałanie.

Wasiutyński przeżył dwie inwazje niemieckie. Po klęsce wrześniowej przedarł się przez „zieloną granicę”, przez Węgry, do Francji. Tam, już po klęsce, współorganizował tajną trasę polską („Wiadomości Tygodniowe”, „Materiały i informacje”, „Biuletyn Narodowy”); współpracował również z podziemnymi pismami francuskimi („Liberte”, „Petite Ailes”, „Combat”). W 1942 r., zagrożonemu aresztowaniem, udało mu się zbiec do Wielkiej Brytanii, gdzie wstąpił do wojska. W czasie inwazji – tym razem alianckiej – na kontynent był dowódcą sekcji prasowej Pierwszej Dywizji Pancernej gen. Maczka.

 

4

 

Bezpośrednio po wojnie Wasiutyński wydał zwięzły (162 strony) zarys historii Polski (Tysiąc lat polityki polskiej, Monachium 1946), całość zaś wojennych wrażeń zawarł w zbiorze artykułów Ruiny i fundamenty, opublikowanym w 1947 r., w Londynie. On też w pierwszej kolejności zasługuje tu na omówienie, także dlatego, że zawarte w nich wnioski w swoim podstawowym zarysie zmieniały się już stosunkowo niewiele. Można tu mówić raczej o korektach, niż zasadniczych przeobrażeniach koncepcji.

Otwierał książkę sugestywny obraz zniszczeń wojennych. W gruzach – wskazywał Wasiutyński – legła nie tylko znaczna część dorobku materialnego ludzkości, ale i podstawowe pojęcia, określające reguły myślenia i działania. O ile u schyłku pierwszej wojny światowej silna była wiara w możliwość budowy raju na ziemi – co zaznaczyło się w radykalizacji mas w duchu marksowskim, a później w reakcji w postaci rozwoju ruchów typu faszystowskiego – to dzisiaj atmosfera jest już inna. Kończy się era ideologii, era złudzeń. Ludzie odchodzą od utopii, także dlatego, że zbyt głęboko weszły one w ludzkie życie. „To już nie dyskusje ideologów, ale rzeczywistość obozu koncentracyjnego, sterylizacji, „inżynierii społecznej”, masowej deportacji – dotykająca nawet chłopa na zapadłej wsi. Nikt, kto był przedmiotem eksperymentu rasistowskiego, nie przyjmie z zadowoleniem jako rozwiązania, że zostanie przedmiotem eksperymentu komunistycznego; nie uwierzy, że zło polega na błędnym programie eksperymentu; zapragnie, by na nim nie eksperymentowano w ogóle (...)”[18].

Wasiutyński silnie akcentuje tezę o wzajemnej współzależności oraz podobieństwie komunizmu oraz faszyzmów. Te ostatnie stanowiły rodzaj komunizmu „na wywrót”[19]. Pozbawione doktrynalnej zwartości komunizmu, tworzyły namiastki w postaci kultu państwa (Włochy) czy rasy (hitleryzm), zgadzały się wszakże z komunizmem w odrzuceniu wskazań tradycyjnej moralności chrześcijańskiej, jak i budowie państwa nowego typu, opartego na nieograniczonej władzy grupy rządzącej. „Rząd totalny – pisał Wasiutyński – jak go widzimy w Rosji, widzieliśmy w Niemczech, a nie jest wykluczone, że możemy zobaczyć i w Ameryce, jest w pełni absolutny, bo jest wolny nie tylko od ustaw, ale i od moralności, sam stanowi nie tylko normy prawne ale również moralne i sam je wykłada. Posiada on teoretyczną pełnię władzy, jakiej nie miał żaden rząd europejski w żadnej epoce, dającą się porównać tylko z pełnią władzy (...) niektórych despotów starożytności, a praktycznie posiada możliwości jej wykonywania, jakich nie miał jeszcze nigdy żaden rząd na świecie. (...) Groza totalizmu polega na braku hamulców psychicznych i braku hamulców technicznych”[20].

Widziane w szerszej perspektywie, poglądy te wpisują się w ramy interpretacji katolickich – by posłużyć się tu klasyfikacją Renzo De Felice[21]. Tym, co je wyróżnia i co dokumentuje ich oryginalność, jest zwrócenie uwagi na dodatkowe dwa elementy: rolę nowoczesnej techniki, oraz – na cztery lata przed ukazaniem się książki Hannah Arendt – związek ruchów totalitarnych z procesami umasawiania społeczeństw. Totalizm – jak podkreślał – nie jest jedynie formą dyktatury, co więcej, pod pewnymi względami może być traktowany jako swoiste rozwinięcie demokracji. Jego groźba pojawia się bowiem wraz z wejściem w życie szerokich mas. A masy na kontynencie – inaczej niż w krajach anglosaskich – uformowane w szkole powszechnej służby wojskowej, na jej obraz kształtowały swoje wyobrażenia o tym, jak powinna wyglądać działalność publiczna. Warto tu przypomnieć, że w tradycji obozu narodowego nie tak trudno znaleźć przejawy zainteresowania problemami związanymi z wejściem mas w życie polityczne. Rozpatrywano je w kategoriach groźby dla kultury (Dmowski), czy nieuchronności przeobrażeń systemów politycznych, w tym kryzysu demokracji (Stanisław Kozicki)[22]. Na swój sposób wątek ten był obecny również w przedwojennej publicystyce Wasiutyńskiego – w jednym z felietonów w „Prosto z Mostu” dość przewrotnie dowodził on, że rzeczywiste ludowładztwo realizuje się dopiero w państwach totalnych, gdyż tam partie rządzące skupiają liczniejszy niż gdzie indziej odsetek ludzi[23]. Po wojnie i jej doświadczeniach walory owego swoistego ludowładztwa widział już inaczej, niezwykle kategorycznie i silnie podkreślając tkwiące tu zagrożenia oraz wskazując, że „masy” tworzą nie tyle szeregowi członkowie społeczności, ile ludzie ukształtowani poza naturalną hierarchią autorytetów i wartości, bezmyślni, podatni na propagandową sugestię, zestandaryzowani i na swój sposób zdeprawowani.

Wszystkie wielkie ideologie tworzyły w przekonaniu Wasiutyńskiego wielką masę upadłościową, owe „ruiny”, wymienione w tytule pracy. Na „fundamenty” składały się natomiast podstawowe, brutalnie w czasie wojny zakwestionowane wartości, właściwe cywilizacji chrześcijańskiej, określające tak podstawy myślenia politycznego, jak i podstawy aktywności ludzkiej w ogóle – w tym przede wszystkim religia katolicka. Sądził wówczas jeszcze, że będzie możliwe znalezienie – właśnie w oparciu o wskazania religii – trzeciej drogi rozwoju gospodarczego, między uświęcającym egoizm kapitalizmem, a kasującym wolność jednostki socjalizmem realnym. Marzył również o stworzeniu wokół Watykanu trzeciego – obok bloku anglosaskiego i radzieckiego – ośrodka cywilizacyjno-politycznego. Tutaj widział miejsce dla Polski[24].

Polska, pojęcie narodu, jego interesu i przyszłości – stały w centrum rozważań. Nacjonalizm, pojmowany w dawnym stylu, budowany wokół pojęcia egoizmu narodowego oraz oparty na zasadzie, że dobro narodu jest prawem najwyższym, skończył się w zetknięciu z grozą wojny. Zdystansowanie się od tradycyjnie pojmowanego nacjonalizmu nie rzutowało na stosunek do pojęcia narodu, który stanowił dlań wartość odrębną i trwałą. Traktował naród jako twór prawa naturalnego – jak rodzina – podmiot dziejów, a zarazem część cywilizacji chrześcijańskiej. Polemizując z książką Adama Doboszyńskiego (Wielki Naród, 1943), postulującego integrację katolickich narodów Europy środkowowschodniej (Litwini, Polacy, Słowacy, Węgrzy) w jeden wielki „nadnaród”, wykazywał sugestywnie, że poprzez proste dodawanie biedy nie da się stworzyć organizmu silnego (większe perspektywy tkwią już raczej w związku z przemysłowymi Czechami!), przede wszystkim jednak zakwestionował filozofię polityczną, która pozwala traktować historycznie ukształtowane zbiorowości jako twory plastyczne, dające się dowolnie kroić i zlepiać w większe całości, stosownie do woli rządzących elit. Narody – wykazywał Wasiutyński – są tworem trwałym, bytem, a nie ideą[25]. To narody tworzą i podporządkowują sobie państwa, a nie odwrotnie.

Nie podejmuję się określić, w jakim stopniu w twierdzeniu tym zaznaczyły się echa sporów, toczących się przed wojną. Skłonny byłbym sądzić, że w niewielkim. Z twierdzeń o trwałości wspólnoty narodowej, jak i o prymacie narodu nad państwem (władzą) wypływały w ocenie Wasiutyńskiego dwa zasadnicze wnioski, oba bardzo ściśle wpisane w powojenny kontekst. Jeden, to wielokrotnie, z naciskiem podnoszona opinia o związku idei narodowej z demokracją polityczną, widoczna w wielu zwłaszcza późniejszych pracach. Do tego wątku jeszcze wrócimy. Drugi wniosek przebijał się przez polemiki toczone z rzecznikami poglądów, zgodnie z którymi tradycyjna świadomość narodowa stanowiła anachronizm, a wymogi doby nowoczesnej wymagają podziały globu na kilka wielkich jednostek. Na łamach omawianej pracy Wasiutyński omawiał m.in. poglądy Jamesa Burnhama (b. trockisty), wyłożone w wydanej w 1941 r. książce The Managerial Society. O ile jednak wizja wzrostu roli wysoko wykwalifikowanych elit inteligenckich, w tym „managerów” wzbudziła raczej przychylne zainteresowanie (Wasiutyński zwrócił tu uwagę na ciekawe zbieżności koncepcji Burnhama z poglądami Dmowskiego z lat trzydziestych), to zdecydowanie odrzucił zapowiedź rozparcelowania globu między trzy imperia, stanowiące zintegrowane obszary gospodarcze, skupione wokół wielkich centrów przemysłowych: Niemiec (Europa), USA (świat anglosaski) oraz Japonii (Daleki Wschód). Widział w niej produkt nie tylko zbyt pochopnego wnioskowania, ale i pewnej mentalności, właściwej liberalnym środowiskom Ameryki Północnej, która każe sprowadzać odrębności między narodami li tylko do etnografii, a w antagonizmach upatrywać wyłącznie efekt działań „złych ludzi”[26], lub – nie bez udziału trącących rasizmem przesądów o wyższości „rasy” północnoeuropejskiej nad śródziemnomorską – wyraz lokalnej egzotyki europejskiej...

     Z podobną, większą nawet pasją atakował poglądy rozwiązywania kwestii polskiej na płaszczyźnie „szerszej”, z zapoznaniem realiów położenia narodu, jak i jego żywotnych interesów. Stąd też zwalczał próby odradzania programu federacyjnego: wykazując jego anachroniczność, jak i odmienność statusu ziem polskich oraz ziem, stanowiących historyczną Ukrainę czy Litwę. Podobnie uszczypliwe uwagi wzbudziła „europejska” wiara w pojednanie z Niemcami. Po pierwsze – dowodził – dwa lata po wojnie na pojednanie jest jeszcze za wcześnie, po wtóre zaś, jako strona, która tracąc niepodległy byt państwowy, poniosła w wojnie klęskę, powinniśmy skoncentrować się na utrzymaniu i umocnieniu jedynej realnej zdobyczy narodu, wyniesionej z wojny: granicy na Odrze.

 

5

Wasiutyński szybko uporał się z barierą językową, pisując nie tylko do polskiej prasy emigracyjnej w Anglii oraz USA, ale i do anglojęzycznej. Dużo czytał; wydane w 1955 r. Listy o ludziach, podobnie jak późniejszy o dwanaście lat Nowy świat. Ameryka 1958–1966 (Londyn 1967), ujawniły imponującą rozpiętość zainteresowań i lektur: od Kinseya (Sexual Behaviour in the Human Male), poprzez Huizingę (Homo Ludens), Sartre'a, ekonomistów (Galbraith), po rozważania o nauce współczesnej Whiteheada i Whitakera. Pasjonował się podróżą Thora Heyerdala, jak i jego poglądami nt. przemieszczania się kultur. Posiadał rzadką umiejętność chwytania w lot istoty problemu, także w przypadku dziedzin bardzo od siebie odległych; co więcej, potrafił również przedstawiać ją w sposób nie tylko atrakcyjny publicystycznie, ale przy tym wyważony, daleki od powierzchownej fascynacji i pogoni za sensacją. Dotyczyło to także wniosków o jednoznacznej wymowie politycznej czy światopoglądowej. Wasiutyński z wyraźną satysfakcją relacjonował, że odkrycia współczesnej fizyki zachwiały tradycyjnymi, mechanistycznymi wyobrażeniami na temat budowy materii i wszechświata. Nauka nie zwyciężyła wiary; jej rozwój poprowadził bowiem do zakwestionowania właśnie tych twierdzeń, które wcześniej wydawały się podważać prawdy religijne... Pojęcie „postępu” okazało się wieloznaczne, a dążenie do niego przyniosło w efekcie długą listę nieszczęść. Tak naprawdę – pisał Wasiutyński – rzeczywisty postęp wyraża się w jedynie w postępie miłosierdzia. Dlatego było nim w swoim czasie „oczynszowanie kmieci, a nie jest postępem kolektywizacja wsi”, dlatego „jest postępem dźwig w stosunku do pleców ludzkich, a nie jest postępem bomba atomowa w stosunku do katapulty”[27].

Był przywiązany do tradycyjnego modelu społeczeństwa, opierającego się na autorytecie religii oraz na obyczajach, ukształtowanych poprzez przestrzeganie rozmaitego rodzaju zakazów – nie kryjąc nieufności wobec zapowiedzi zmiany tego stanu rzeczy. „Mnie się wydaje – pisał – że lepiej, żeby w społeczeństwie ludzie mieli konflikty wewnętrzne niż żeby społeczeństwo zostało rozerwane przez konflikty zewnętrzne między ludźmi nie nawykłymi do konfliktów wewnętrznych”[28]. Generalnie jednak, patrząc na świat, zajmował postawę bardzo odległą od integralnego konserwatyzmu. Nie potępiał ani kultury masowej[29], ani na przykład wtargnięcia do polityki telewizji. Poglądy zachowawczej prawicy amerykańskiej, relacjonował z wyraźną nutką niechęci; z sympatią natomiast pisał o ruchu emancypacyjnym Murzynów. Bodaj bardziej jeszcze znamienne było zainteresowanie, okazane koncepcji „państwa dobrobytu” Galbraitha i przyjętym w dobie Kennedy'ego programom rozwiązywania problemów społecznych USA[30].

Czytał Aldousa Huxleya, George'a Orwella i Arthura Koestlera. Huxleya jeszcze przed wojną; jego książka wydawała mu się wówczas płodem genialnej wyobraźni. Będąc jednak w Anglii przekonał się – jak pisał – że w istocie stanowi ona satyrę na stosunki współczesne. Obraz Huxleya był karykaturalnie wyjaskrawiony, ale przedstawiał rzeczywiste cechy społeczeństwa o zmechanizowanych odruchach, gdzie trening zastąpił myślenie[31]. Oryginalność ustąpiła miejsca politycznej poprawności. Dwadzieścia lat później, w Źródłach niepodległości, zestawił podstawowe cechy tak swoiście uporządkowanego sposoby myślenia, dominującego w świecie anglosaskim: materializm, wiara w ewolucję, w stosunku do religii przeważa indyferentyzm, niekiedy pomieszany z synkretyzmem; w sprawach społecznych preferencje dla wolności jednostki, interes ludzkości (w praktyce mocarstw) winien mieć pierwszeństwo przed interesem państwa. „Rasizm należy ukrywać, nacjonalizm należy ukrywać, władzę należy ukrywać. Człowiek rodzi się dobry a psuje go społeczeństwo. Ono też jest współodpowiedzialne za wszystkie przestępstwa. Im coś jest nowsze tym lepsze. Młodość zasługuje na szacunek, starości należy się wstydzić. Postęp, a więc przyszłość ewolucji, jest w ręku człowieka. Reakcja staje w poprzek postępowi a więc przyszłości, jest zatem wrogiem ludzkości”[32].

     Mimo nieukrywanego dystansu wobec świata, w którym ludzie – egoistyczni, zamknięci w ciasnym kręgu spraw osobistych, ogłupiani tandetnymi namiastkami kultury, jak i równie prostacką ideologią – stanowią w gruncie rzeczy bardzo podatne tworzywo dla nowoczesnych tyranii, uznał wizję Huxleya za nazbyt wybiegającą w przyszłość, ukazującą nie zagrożenia aktualne już dziś, lecz dopiero potencjalne. W utopii Huxleya, pisarza uformowanego w atmosferze XIX–wiecznego optymizmu – pisał – człowiek jest bezduszny, ale nie nieszczęśliwy. Ani Orwell, ani Koestler, nie mają już złudzeń. Wiedzą, że utopia wymaga terroru. A kreślone przez nich wizerunki nowej rzeczywistości nie są już wizją przyszłości, czegoś, co kiedyś może nastąpić, ale po prostu w miarę wiernym portretem realnie istniejących – tyle że za żelazną kurtyną – społeczeństw. „Huxley przed dwudziestu laty mógł na równi stawiać niebezpieczeństwo amerykanizmu i bolszewizmu. Socjalista międzynarodowy Orwell już nie mógł. Jego utopia przybrała oblicze bolszewii. Może kiedyś, w lepszej przyszłości, będziemy się znów martwić niebezpieczeństwem materializmu amerykańskiego. Dziś nie z tej strony tyrania nam grozi”. Śmieszny jest – jego zdaniem – „obiektywizm”, który każe obie groźby stawiać na jednej płaszczyźnie. „Ktoś, komu się dom pali, nie powinien martwić się dla symetrii w równym stopniu zniszczeniem mebli przez wodę z sikawek”[33].

 

6

 

Kluczem do systemu politycznego Wasiutyńskiego było pojęcie narodu. W swoim zasadniczym kształcie niewątpliwie wyrastało ono z tradycji Narodowej Demokracji, ale i uwzględniało doświadczenia wojny oraz okresu powojennego. Warto tu przytoczyć jedną z późniejszych wypowiedzi Wasiutyńskiego, interesującą z uwagi na klarowną formę, w jakiej podano zasadniczą myśl. „Demokracja – napisał (1990) – wymaga wspólnej woli, poczucia wspólnego bytu, wspólnej tradycji, zbliżonych reakcji uczuciowych, nadziei, wspólnej przyszłości, słowem wymaga narodu. Demokracja musi być narodowa. To nie znaczy, że naród należy definiować, że należy ustalać, kto do niego należy, a kto nie. Naród jest sprawą sumienia, każdy sam określa stosunek do niego. Siła narodu jest w jego spontaniczności, dobrowolności, elastyczności, atrakcyjności. Kto usiłuje ująć naród w ramy prawnopolityczne, pomniejsza go. Jeszcze gorzej, jeśli ktoś ludziom, których poglądy czy działania uważa za złe, odmawia prawa do polskości. Naród dla pełnego rozwoju wymaga demokracji”[34]. Ta myśl w różnej postaci przewijała się przez powojenne enuncjacje Wasiutyńskiego, odciskając swe piętno również na redagowanym przez niego, a wyrażającym poglądy szerszego grona osób Słowniku politycznym[35], wydanym w 1980 r.

     O wyraźniejszej ewolucji poglądów można mówić w odniesieniu do kwestii ogólniejszych, dotyczących nie tyle funkcjonowania więzi narodowych w obrębie cywilizacji zachodniej, ile poglądu na to, czym jest naród w ogóle. O ile przez długi czas w sposób jednoznaczny wiązał pojęcie narodu z europejskim (chrześcijańskim) kręgiem kulturowym (patrz definicje słowa „naród” a zwłaszcza „nacjonalizm” jeszcze we wspomnianym Słowniku Politycznym[36]), to w pisanym w 1981 r. artykule, zamieszczonym w zbiorze pt. Czwarte pokolenie akcentował już różność form wspólnot narodowych; ich zdolność tworzenia się i funkcjonowania w warunkach bardzo odległych od europejskich[37]. Idea narodowa jest czymś nie tylko elastycznym, ale i nowoczesnym, żywym, dostosowanym do wymogów epoki. W połączeniu z dynamizmem instytucji demokratycznych solidarność narodowa może być kluczem do sukcesów ekonomicznych i politycznych. Japonia mimo klęski w II wojnie światowej dołączyła do ścisłej czołówki najbogatszych państw świata. „Ma najnowocześniejszy przemysł i, nie mając prawie surowców własnych, utrzymuje stumilionową ludność na poziomie sięgającym amerykańskiego a przewyższającym wiele zachodnioeuropejskich. Ma bardzo małą inflację i nie ma bezrobocia. Ma stałość rządów przy zachowaniu podstawowych swobód demokratycznych. Jest niewątpliwie najlepiej zorganizowanym społeczeństwem świata. Czy dlatego, że najbardziej jest narodem?”[38] Tym większą wartość posiada idea narodowa czy nacjonalizm („Nie jestem entuzjastą tej nazwy, ale niełatwo ją zastąpić, skoro określa zjawisko światowe, a Polska leży w świecie, nie na księżycu”[39]), w krajach pozbawionych tradycji nieprzerwanego, suwerennego bytu państwowego.

Wasiutyński odrzucał ryczałtowe oskarżenie ideologii narodowej o skażenie totalizmem używając argumentacji równie sugestywnej, jak trudnej do odparcia. Przede wszystkim, nie starał się przeczyć faktom, również tym przykrym. Wśród postaci, związanych z historycznym obozem narodowym, a przywiązanym do jego dziedzictwa, regułą – psychologicznie zupełnie zrozumiałą – było negowanie zarzutu, jakoby ruch ulegał faszyzacji, bądź bagatelizowanie zjawiska[40]. Wasiutyński postępował tu zupełnie inaczej – pisząc o przeszłości w sposób bardzo naturalny, bez fałszywej pokory i ostentacyjnego bicia się w piersi, ale i bez prób szukania eufemizmów dla opisania zjawisk, których z perspektywy czasu bronić trudno. Polemiści z innych obozów nie mogli tu go łapać za słowa. Jednocześnie wskazywał, w sposób zresztą bardzo wyważony, daleki od zwyczajnego odbijania piłeczki, że skażenie totalizmem stanowiło szersze zjawisko, a nie tylko chorobę jednego środowiska politycznego. I tak, o ile faszyzm (w znaczeniu międzynarodowym, nie tylko włoskim) stanowił totalistyczne skażenie nacjonalizmu, to bolszewicki eksperyment rosyjski w takim samym stopniu kompromitował socjalizm[41].

Nowoczesny nacjonalizm w ujęciu Wasiutyńskiego odrzucał nie tylko totalistyczne naleciałości lat trzydziestych, ale także egoizm narodowy dawnej Ligi. „Człowiek – pisał (1961) – ma szczególne obowiązki względem swego narodu, większe niż wobec innych społeczności ludzkich, innych narodów. (...) Nie ma prawa poświęcać dobra swego narodu dla dobra innych narodów. Ale nie ma prawa krzywdzić innego narodu dla dobra narodu własnego”[42]. „Szanowanie prawa innych narodów – napisze dwadzieścia lat później – przestało być postulatem moralnym, a stało się nakazem instynktu samozachowawczego”[43]. W dobie środków masowej zagłady przeciwstawienie narodu i ludzkości okazało się przestarzałe.

     Tym bardziej nie wchodzi w rachubę – pisał – przenoszenie recept sprzed wielu lat w świat zupełnie zmieniony. Pojęcie geopolityki wiązał Wasiutyński raczej z zależnością między przebiegiem granic a prawdopodobieństwem (i tłem) występowania sytuacji konfliktowych, niż z formułowanymi przez historyczny obóz narodowy ocenami roli Rosji i Niemiec w dziejach Polski. Tak zwana orientacja na Rosję Dmowskiego była dlań opcją czasową, ściśle związaną z oczekiwaniem na wybuch I wojny światowej – na długo zanim pogląd ten został potwierdzony w historiografii przez ustalenia źródłowe. W zmienionej sytuacji politycznej po Jałcie kultywowanie tej opcji jest nieporozumieniem: „jedynym aktualnym wrogiem Polski są Sowiety, a Niemcy tylko wrogiem potencjalnym”. Ale i Rosjanie „są naszym wrogiem tylko tak długo jak długo chcą nami rządzić”[44]. W interesie narodowym leży „gojenie dawnych ran”, a nie „maniackie kultywowanie resentymentów”. Któż przytomny postawi dziś w centrum uwagi sprawę żydowską? – pytał wprost w innym z artykułów. Przeszłość nie może decydować o współczesnych poczynaniach, co jednak nie powinno oznaczać ani wyrzekania się historycznych doświadczeń, ani rezygnacji z kultywowania tego, co w życiu narodu wartościowe i trwałe[45].

     Wpływ zasady egoizmu narodowego – pojmowanej nie jako dyrektywa ideologiczna, ale zdroworozsądkowy nakaz – znać w polemikach, jakie toczył z rzecznikami nawiązywania do koncepcji prometejskich lub federacyjnych. Uważał – nie bez racji – że już przed wojną były one nierealne, ale nawiązywanie do nich w zmienionych warunkach powojennych, przy braku stosownych instrumentów działania, trąci już szaleństwem, utrwalając i tak silną w polskim myśleniu o polityce skłonność do zachowań irracjonalnych. Jeśli nie potrafimy wyzwolić siebie, nie snujmy marzeń o wyzwoleniu Ukrainy, Białorusi i Litwy. Im nie pomożemy, a skomplikujemy własne położenie, i bez tego trudne. Porównując przedwojenne i powojenne wypowiedzi Wasiutyńskiego widać, jak zaostrzył się jego stosunek do Piłsudskiego. Nie wydaje się, by decydowało tu przejęcie się silnymi w obozie narodowym historycznymi resentymentami. Wśród resentymentów większą rolę przyznać należałoby reakcji na powstanie warszawskie[46]. W ocenie Wasiutyńskiego mit Piłsudskiego w znacznej części odpowiadał za utrzymywanie się sygnalizowanej skłonności do irracjonalnego myślenia i irracjonalnych zachowań. A nie można dojść do niepodległości działając i myśląc głupio[47]. Konto Piłsudskiego obciążał także i stworzony przezeń system polityczny, różniący się wprawdzie od totalitarnych, ale podobnie jak i one, choć w mniejszej skali, niszczący niezależne organizacje społeczne i współodpowiedzialny za klimat, w którym narastały tendencje skrajne.

Świadectwem siły haseł narodowych, ich związku z ideami demokratycznymi, jak i ilustracją szczególnej roli Kościoła w życiu Polski był w opinii Wasiutyńskiego ruch „Solidarności”. Potwierdzała to zarówno oprawa akcji strajkowych, jak i retoryka, którym posługiwali się szeregowi działacze ruchu, w chwilach zaś zagrożeń – także jego inteligenccy doradcy. Pozostając pod wrażeniem poczynań „Solidarności”, Wasiutyński pisał o „czwartym pokoleniu” działaczy narodowych, podejmującemu dzieło pokolenia pierwszego, budującego niepodległe państwo; drugiego, które musiało patrzeć na klęskę tego państwa, wreszcie trzeciego – skazanego na emigrację. Drogą działania dlań miało być nie wyczekiwanie na pomoc Zachodu – nie miał tu złudzeń[48] – ani narażona na penetrację i prowokację policyjną działalność w ramach „społeczeństwa podziemnego”, ale systematyczny, jawny nacisk we wszystkich możliwych dziedzinach życia, wyzyskujący stopniową, powolną, niemniej wyraźną, erozję systemu. Wierzył w załamanie się komunizmu, ale nie starał się wytwarzać złudzeń, że perspektywa wolności jest bliska. Stąd też irytowało go nadużywanie „niepodległościowego” frazesu, także w idealizowanym przezeń, ukształtowanym w kraju „czwartym pokoleniu”, związanym z „Solidarnością”. „W polityce przedstawianie celów nierealnych jako realne jest nieodpowiedzialne, to znaczy niemoralne, jest przestępstwem wobec narodu. To nie znaczy, że trzeba rezygnować z celów nadrzędnych, np. z niepodległości. Nie trzeba tylko przedstawiać jej jako możliwej już w tej chwili”[49].

 

7

 

Tak, jak pojęcie narodu było kluczem systemu politycznego, tak klucz do pojęcia narodu stanowił silny akcent, położony na rolę religii i Kościoła. Religia wprowadzała niezbędną korektę do nacjonalizmu, łagodząc jego ostrze i chroniąc przez skrajnościami. W wieku XIX można było jeszcze nie zdawać sobie sprawy z konsekwencji odejścia od etyki chrześcijańskiej w stosunkach międzynarodowych, dzisiaj jednak, bogatsi w doświadczenie ludobójstwa, które stało się udziałem ludzkości, musimy przyjąć jako zasadę ograniczenie suwerenności narodowej. Dzisiaj lojalność wobec narodu musi być ograniczona normami chrześcijańskiej etyki[50].

     W Polsce winno to przyjść łatwiej, z uwagi na związek kultury narodowej z tradycją katolicką. Gdyby nie chrześcijaństwo, i to przyjęte z Rzymu – pisał w okolicznościowej publikacji millenijnej – Polska nie istniałaby jako naród. Pozostając w pogaństwie, zostałaby skazana na wytępienie, jak Obodryci i Lutycy, a później Prusowie. Gdyby zaś przyjęła chrześcijaństwo z Bizancjum, ukształtowałaby się jako twór całkowicie odrębny. Pytanie zresztą, czy zdołałaby utrzymać odrębność od Rusi, przy braku naturalnych granic i podobieństwie mowy – o wiele większym wówczas niż obecnie. Nawet jednak gdyby tak było, to i tak naród polski byłby czymś zupełnie innym. Nie mielibyśmy św. Stanisława (w Kościele wschodnim biskup zwalczający władzę nie zostałby kanonizowany), kościołów gotyckich i romańskich, uniwersytetu krakowskiego, minąłby nas renesans i reformacja, barok, oświecenie. Kultura polska rozwijałaby się bez Mikołaja Kopernika i Wita Stwosza; bez Reja, Kochanowskiego, Skargi; zabrakłoby Żółkiewskiego i Sobieskiego, cystersów i dominikanów, humanistów i racjonalistów, protestantów i jezuitów. „Język polski miałby inną składnię, nie wzorowaną na łacinie, inne słownictwo bez tylu wyrazów łacińskich, niemieckich, francuskich, włoskich”[51].

Wpływ tradycji obozu narodowego, w szczególności publicystyki Dmowskiego, zaznaczał się tu wyraźnie, brak natomiast śladów po narodowo–radykalnej formule „prawd bezwzględnych”, nie ma też prób tworzenia innych form polityczno-religijnego integryzmu. Warto tu przytoczyć dość charakterystyczną wypowiedź, pochodzącą z połowy lat osiemdziesiątych. Podkreślając anachroniczność zasady egoizmu narodowego, Wasiutyński przypominał, że „postawa katolicka oznacza uniwersalizm. Powiedzmy od razu: nie humanitaryzm, nie kosmopolityzm, nie internacjonalizm, ale także nie nacjonalizm”[52]. Wasiutyński zbyt często podkreślał aktualność prymatu zasady narodowej w polityce, by można było interpretować tę wypowiedź po prostu jako wyraz dystansowania się od nacjonalizmu. Przebija przez tę wypowiedź obawa przed banalizacją religii, grożącą jej, gdyby miała pełnić rolę narzędzia w regulowaniu stosunków ziemskich. Z tych samych powodów, w tym samym tekście, poddał Wasiutyński krytyce „teologię wyzwolenia” – a przy okazji również „teologię rozbrojenia”, uprawianą przez część episkopatu USA.

Charakterystyczne również, że podkreślając zasługi religii i Kościoła dla formowania się narodu polskiego, postulaty społeczności katolickiej w Polsce (jak zaznaczył, nie obejmuje ona „90%”, ale jedynie większość) zakreślił raczej skromnie. Za niezbędne uważał zagwarantowanie, by szkoła nie prowadziła propagandy antyreligijnej oraz aby państwo poparło stosownymi postanowieniami prawnymi stanowisko Kościoła w sprawie aborcji (ale już nie w kwestii antykoncepcji). Przyszła wolna Polska nie powinna być – jak zaznaczył – teokracją. „Byłoby to szkodliwe nie tylko dla państwa, ale i dla Kościoła. Prymasi nie powinni być przywódcami politycznymi narodu, biskupi nie powinni kontrolować wojewodów, proboszcze nie powinni być organizatorami życia politycznego gmin. I z drugiej strony kościoły nie powinny być używane jako sale wiecowe, organizacja kościelna – służyć za osłonę dla niezależnej działalności pisarskiej, naukowej czy rozrywkowej (...). Tak jest często w chwili kiedy to piszę; jest to w pewnym sensie nieuniknione, ale nie jest normalne, nie powinno być kontynuowane, gdy nastanie wolność wyboru. (...) Jeżeli w czasie katastrofy żywiołowej, pożaru czy powodzi, ludzie rozkładają pościel w kościele, by przebyć krytyczne chwile, to jest w porządku. Gdyby mieli pozostać w nim na stałe, byłoby źle”[53].

8

 

Powoływanie się na przeszłość odgrywało dużą rolę w argumentacji politycznej Wasiutyńskiego; z wykształcenia historyk prawa, potrafił się ustrzec przez próbami łatwej aktualizacji oraz anachronizmami. Różnice między epokami widział ostro, podobnie jak związki między koncepcjami politycznymi, a czasami, w których powstawały. Pisząc na przykład o konfliktach niemiecko-polskich w czasach pierwszych Piastów, nie przypisywał im tła narodowościowego, uznając że byłby to anachronizm[54]. Aby docenić walory tego stanowiska warto przypomnieć, że ani nie było ono regułą w jego obozie, ani nie było łatwe bezpośrednio po wojnie, gdy powstała przedstawiana praca, a i później – nawet w środowiskach historyków zawodowych – nie było akceptowane bez zastrzeżeń. Tendencja do mitologizowania konfliktu polsko–niemieckiego tym wyraźniej zaznaczała się w ujęciach popularnych, a także podręcznikowych. Na takim tle publicystyczna przecież praca Wasiutyńskiego korzystnie się wyróżnia.

W podobnie chłodnym, analitycznym tonie były utrzymane refleksje nad przeszłością własnego środowiska politycznego. Wiele ustaleń interpretacyjnych Wasiutyńskiego, formułowanych w Źródłach niepodległości właściwie intuicyjnie – z uwagi na ograniczone możliwości systematycznych kwerend archiwalnych – znajduje potwierdzenie w prowadzonych współcześnie studiach monograficznych. Dotyczy to również takich problemów, jak stosunek ruchu do kwestii żydowskiej czy do wolnomularstwa. Nie usiłował bronić dawnych mitów, ani nie tworzył – wokół nich – nowych; konstatując istnienie problemu, także drażliwego, starał się przedstawić całość zagadnienia w kategoriach racjonalnych, starając się określić raczej interesy i stosunek sił, niż dociekać racji moralnych każdej ze stron.

Wasiutyński hołdował pewnej wizji rzeczywistości, którą, na zasadzie pewnego rodzaju paradoksu, łatwiej byłoby wyprowadzić z osiemnastowiecznej wiary w racjonalność świata, niż formacji intelektualnych, dominujących w jego pokoleniu. Spoglądając wstecz – jak i zresztą wszędzie wokół siebie – widział konflikty. Ich charakter był rozmaity, ale każdy z owych konfliktów miał swoje przyczyny; u podłoża każdego tkwiły rzeczywiste problemy, których istoty usiłował dociec. Brak przedmiotu sporu oznaczał dla niego brak sporu, albo pozwalał sprowadzać jego przejawy do sfery resentymentów, przykrych, niekiedy dokuczliwych, ale nieistotnych z szerszej perspektywy – bo pozbawionych przyszłości.

W działalności politycznej widział, inaczej niż się to utarło w naszej tradycji narodowej, raczej profesję niż misję. Do poświęcania się polityce – pisał – nie pcha ludzi żądza zysku (poza polityką można zarobić więcej) ani poczucie misji, obowiązku wobec zbiorowości. Są co prawda i tacy ludzie (w Polsce między wojnami było ich stosunkowo więcej, niż gdzie indziej) ale ich wpływ, acz bardzo dodatni, nie jest decydujący. Jeśli nawet, to na bardzo krótko. Decyduje splot trzech ludzkich pragnień: wiedzy, działania, a przede wszystkim władzy (libido sentiendi, sciendi, dominandi). Muszą one jednak – przypominał – być kojarzone z poczuciem lojalności wobec zbiorowości[55]. Zarówno pragnienia jak i lojalności układały się we wzorzec dość przejrzysty; wyraźnie określone reguły działania wydawały się sugerować, że zachowania polityków winny być przewidywalne.

     Wasiutyński był zawsze – czego nie ukrywał – człowiekiem prawicy, ale dalekim od integralnego konserwatyzmu. Widać to m.in. w sygnalizowanych już wypowiedziach na temat problemów społeczeństwa amerykańskiego, ale bardziej bodaj jeszcze znamienne były jego refleksje na temat Kościoła posoborowego. Sobór był – pisał Wasiutyński – wstrząsem dla katolików, przyzwyczajonych do tego, że Kościół uosabiał stałość i niezmienność świata. Ale ten wstrząs, bez względu na późniejszy rozwój synkretyzmu i modernizmu, był jednak potrzebny. Cenną zdobyczą Kościoła posoborowego jest – podkreślał – ekumenizm; w obliczu naporu agnostycyzmu i ateizmu uczymy się cenić każdą inną religię[56]. Nieprzejednany przeciwnik komunizmu jako ideologii, piętnował struktury PRL, jako utrwalające zacofanie cywilizacyjne kraju oraz jego podległość wobec Moskwy, nie znajdował również usprawiedliwienia dla ludzi, którzy pomagali w kruszeniu oporu społecznej tkanki. Jest jednak charakterystyczne, że inną, ostrzejszą, miarę przykładał tu do ludzi, występujących pod szyldem katolickim – charakterystyczna wydaje się jego krytyka Pax–u, czy poczynań Jana Dobraczyńskiego w latach osiemdziesiątych[57] – a inną do (tworzących zdaniem Wasiutyńskiego większość partii) ludzi, którzy znaleźli się w niej za sprawą dezorientacji, przypadku, czy złudzeń, czy pragnienia efektywnego działania. Wnioski, jakie wysuwał, nie były skrajne. Pragnął przybliżyć powojenną Polskę do świata zachodniego, ale tak, by ustrzec tradycyjne wartości jej kultury przed niwelacją kultury masowej, samemu zaś społeczeństwu ułatwić proces niezbędnych transformacji – by mogło go przebyć bez większych wstrząsów.

Pisząc o konieczności przebudowy gospodarki, w tym przemysłu, perspektywy poprawy sytuacji widział nie tyle w przemianach własnościowych, ile poprawie kwalifikacji kadry zarządzającej, uwolnionej od dyktatu ideologicznego i kontroli partii. W rozwijającej się gospodarce, zgodnie ze światowymi trendami, udział produkcji przemysłowej będzie malał – a co za tym idzie, zmaleje i udział sektora państwowego w gospodarce. Prywatyzację odrzucił, wskazując na to, że byłaby rozwiązaniem niesprawiedliwym i niekorzystnym: zbudowane po wojnie zakłady przemysłowe były wznoszone wysiłkiem całego społeczeństwa, które nie mogłoby zaakceptować ich wyprzedaży za przysłowiowe grosze[58]. Nie przewidział jakoś, że w demokratycznym państwie można rozwiązać podobny problem bez zapytania zainteresowanych o zdanie. W dość charakterystyczny sposób widział problemy narodowościowe w Polsce współczesnej. Nieznaczny odsetek mniejszości odciął kulturę polską od podłoża, na którym rozwijała się ona przez wieki, ale dał również namacalne korzyści. „W tym położeniu – pisał – nie ma żadnego powodu psucia swobody życia społecznego jakimikolwiek restrykcjami czy ograniczeniami życia kulturalnego i politycznego mniejszości czy rozróżnieniem praw Polaków i nie–Polaków”. Za restrykcje wobec mniejszości zawsze się płaci ograniczeniem wolności politycznej własnej. Taki też skutek mogłoby mieć w konsekwencji dopuszczenie do głosu resentymentów. Trzeba więc trzymać je w ryzach. „Tego rodzaju uczucia uniemożliwiają celową politykę”[59].

Niechęć do resentymentów, nie pasujących do uporządkowanego obrazu świata – którego elementy poruszają się w sposób obliczalny, a więc racjonalny – jest wielce charakterystyczna. Faktem jest wszakże, że resentymenty owe, jak i – szerzej – w ogóle zachowania nieracjonalne odgrywają wielką, niekiedy dominującą rolę w zachowaniach zbiorowych; są przy tym trwałe i trudne do wykorzenienia. Szkiełko i oko nie zawodzą jako narzędzie krytycznego badania rzeczywistości, zawodzą natomiast jako instrument sterowania działaniami, a nieraz – niezależnie od racjonalności założeń – również prognozowania rzeczywistości. Kiedy dochodzi do daleko idących zmian, to zwykle okazują się one nieprzewidywalne, prowadząc nie tylko dalej, niż można było przewidywać, ale często w ogóle w niespodziewanym kierunku, ignorując i zastane realia, i ludzkie pragnienia – nawet w sytuacji, gdy zmiana warunków politycznych wydaje się otwierać drogę właśnie materializacji owych pragnień. Stąd wzięcie za punkt wyjścia istniejącego stanu rzeczy oraz ekstrapolacja w przyszłość widocznych tendencji – nie gwarantują trafności przewidywań. Tutaj, jak sądzę, tkwią źródła nietrafionych prognoz Wojciecha Wasiutyńskiego. Nie było ich zresztą wiele; poczucie dystansu oraz rozwinięty zmysł krytyczny ograniczały bowiem pokusę wybiegania myślą w przyszłość.

     Najważniejszą z nietrafionych prognoz okazała się zapowiedź silnego rozwoju ruchu politycznego, odwołującego się do tradycji narodowej, a nie żerującego na resentymentach. To się nie sprawdziło, za sprawą różnych przyczyn – rzecz ciekawa, że z reguły nie mieszczących się w ramach zjawisk przewidywalnych i racjonalnych zachowań. Wydany w 1991 r. zbiór artykułów Wasiutyńskiego poprzedzony został przedmową, w której podkreślono wpływ autora na kształtowanie się formacji intelektualnej młodych środowisk prawicowych w Polsce [60]. Była to opinia nieco na wyrost – obserwując poczynania tej części sceny politycznej odnosi się wrażenie, że wpływ ów nie był ani tak głęboki, ani tak szeroki, jak można było oczekiwać. Sądzę, że straciły na tym nie tylko środowiska prawicowe. Czy w dłuższej perspektywie czasowej sytuacja się nie zmieni, nie sposób dziś przewidzieć. Jest to zresztą odrębne zagadnienie.

 

           



[1] Jan Nowak, Polska z oddali. Wojna w eterze. Wspomnienia, t. 2, Sp–nia wyd. „Profil” b.d., s. 195.

[2] Cz. Miłosz, Zaczynając od moich ulic, Wrocław 1990, s.214–216. Patrz też: Kazimierz Koźniewski, Historia co tydzień. Szkice o tygodnikach społeczno–kulturalnych, Warszawa 1976, s. 243–307.

[3] Patrz: K. Kawalec, Narodowa Demokracja wobec faszyzmu 1922-1939. Ze studiów nad dziejami  myśli politycznej obozu narodowego, Warszawa 1989, s. 137–140.

[4] W. Wasiutyński, Naród rządzący, Warszawa 1935, s. 38. Patrz też s. 49.

[5] „Dlatego może tak obcym naszej psychice jest, oparty na protestanckim indyferentyzmie, angielski system współistniejących i zmieniających się u władzy partii. Nie możemy uwierzyć, by obok siebie mogły istnieć dwie dobre racje. Przeciwnik polityczny jest dla nas zawsze – człowiekiem upadłym” (Ibid., s. 14).

[6] F. Goetel, Pod znakiem faszyzmu, Warszawa 1939, s. 20–24, 209.

[7] Bogumił Grott, Nacjonalizm chrześcijański. Myśl społeczno-państwowa formacji narodowo-katolickiej w Drugiej Rzeczypospolitej, Kraków 1991, s. 254–255.

[8] Ibid., s. 254.

[9] W. Wasiutyński, Tragizm i komizm książki Giertycha, „Ruch młodych”, nr (7–8) 10–11, lipiec–sierpień 1936, s. 10–12.

[10] Patrz: Stefan Kisielewski, Abecadło Kisiela, Warszawa 1990, s. 119.

[11] Wojciech Wasiutyński, Listy o ludziach, Londyn 1955, s. 21.

[12] R. Wapiński, Świadomość polityczna w Drugiej Rzeczpospolitej, Łódź 1989, s.487–489, 500–501.

[13] K. Kawalec, op.cit., s. 210.

[14] R. Dmowski, Przyczynki – Przemówienia, Poznań (b.d.), s. 95.

[15] Patrz: A. Dudek, G. Pytel, Bolesław Piasecki, Próba biografii politycznej, Londyn 1990, s. 102–103.

[16] W. Wasiutyński, Czwarte pokolenie. Szkice z dziejów nacjonalizmu polskiego, Londyn 1982, s. 69.

[17] Ibid., s. 75–77.

[18] W. Wasiutyński, Ruiny i fundamenty, Londyn 1947, s. 26.

[19]  Ibid., s. 20–21.

[20]  Ibid., s. 71.

[21] R. De Felice, Interpretacje faszyzmu, Warszawa 1976, s. 89–91.

[22] K. Kawalec. op.cit., s. 164–165.

[23] W. Wasiutyński, Demokracja XX wieku, „Prosto z Mostu”, nr 18 z 3 V 1936, s. 8.

[24] W. Wasiutyński, Ruiny i fundamenty..., s. 75–76, 80–81.

[25] Ibid., s. 110–111. Por.: s. 38–39

[26] Ibid., s. 81, 86–98.

[27] W.Wasiutyński, Listy o ludziach..., s. 101.

[28] Ibid., s. 19.

[29] „Jeżeli (...) przemysł rozrywkowy kusi i czasami wprost deprawuje twórców amerykańskich, to monopol partyjno–państwowy po prostu niszczy twórców rosyjskich” (Nowy świat. Ameryka 1958–1966, Londyn 1967, s. 76).

[30] Ibid., s. 17–24, 83–87, 127–131

[31] W. Wasiutyński, Listy o ludziach..., s. 134–5.

[32] W. Wasiutyński, Źródła niepodległości, 1988, s.27.

[33] W. Wasiutyński, Listy o ludziach..., s. 139.

[34] W. Wasiutyński, Patrząc z Ameryki czyli faxem z Nowego Jorku, Gdańsk 1991, s. 55.

[35] Patrz: Słownik polityczny. Pod redakcją Wojciecha Wasiutyńskiego, Gdańsk 1980, (wyd. Młoda Polska), hasła: „autorytatywne rządy”, „badanie opinii”, „cenzura”, „demokracja”, „elita”, „opozycja”, „pluralizm”, „prawa człowieka”, „praworządność”, „racja stanu”.

[36] Ibid., s. 96–97, 100–101. Por. W. Wasiutyński, Nowy świat. Ameryka 1958–1966, Londyn 1967, s. 150.

[37] W. Wasiutyński, Czwarte pokolenie..., s. 107.

[38] Ibid., s. 19.

[39] „Jeżeli (...) przemysł rozrywkowy kusi i czasami wprost deprawuje twórców amerykańskich, to monopol partyjno–państwowy po prostu niszczy twórców rosyjskich” (Nowy świat. Ameryka 1958–1966, Londyn 1967, s. 76).

[40] Patrz: Władysław Folkierski, Roman Dmowski jako polityk, „Myśl Polska” nr 18, z 20 I 1942, s. 307; T. Bielecki, W szkole Dmowskiego. Szkice i wspomnienia, Londyn 1968, s. 12–13, 135, 168–171, 181–182.

[41] Wojciech Wasiutyński, Owszem, skonfrontujmy, „Myśl Polska, nr 338 (9) z 1 maja 1958, s. 3–4. Por.: tenże, Rozważania o nacjonalizmie, Gdańsk 1981, s.3–4.

[42] W. Wasiutyński, Libido i lojalność w polityce, Londyn 1961, s. 33.

[43] W. Wasiutyński, Czwarte pokolenie..., s. 51.

[44] W. Wasiutyński, Źródła niepodległości..., s. 79. Patrz też: Dialog episkopatów Polski i Niemiec. Oceny i odgłosy na Zachodzie. W opracowaniu Michała Czerskiego i Andrzeja Walickiego. Ze słowem wstępnym Wojciecha Wasiutyńskiego, Londyn 1966, s. 8.

[45] „Europa – napisze w 1991 r. – nie jest dla mnie pojęciem abstrakcyjnym, ale czymś całkiem konkretnym. We Francji czuję się jak w domu, w Anglii mieszkałem przez kilkanaście lat, Niemców znam od dziecka, lubię Hiszpanów i Greków. Widziałem wszystkie kraje europejskie z wyjątkiem Albanii i Norwegii. Ale czy jestem Europejczykiem? Tylko o tyle, o ile jestem Polakiem” (W. Wasiutyński, Patrząc z Ameryki..., s. 103).

[46] O powstaniach 1930 i 1963 roku powiedziano, że wywołały je dzieci. Powstania warszawskiego nie wywołały dzieci, wywołali je starzy oficerowie legionowi. W tym powstaniu skoszony został kwiat młodzieży narodowej. I kwiat młodzieży w ogóle. I intelektualistów. I zginęło 200.000 ludzi, a wraz z nimi nieodtwarzalne skarby kultury i nieocenione dobra materialne. Potem armia sowiecka okupowała Polskę, pozbawioną głowy” (Czwarte pokolenie..., s. 13).

[47] Patrz: W. Wasiutyński, O program większości, Londyn 1986, s. 22, 26-29, 34-36.

[48] Patrz: W. Wasiutyński, O program większości, Londyn 1986, s. 22, 26–29, 34–36.

[49] Ibid., s. 68.

[50] W. Wasiutyński, Libido i lojalność..., s. 28–30.

[51] W. Wasiutyński, Millenium. Tysiąclecie Polski chrześcijańskiej 966–1966, Londyn 1964, s. 5–8.

[52] W. Wasiutyński, O program większości..., s. 12–13.

[53] Ibid., s. 22–23.

[54] W. Wasiutyński, Tysiąc lat polityki polskiej, Monachium 1946, s. 46–7.

[55] W. Wasiutyński, Libido i lojalność..., s. 5–16.

[56] W. Wasiutyński, Ziemia jest ciałem niebieskim. Myśli posoborowe, Londyn 1972, s. 8–46.

[57] W. Wasiutyński, Katolicy społecznie postępowi, Londyn 1956, s. 5–15; tenże, O program większości..., s.66.

[58] W. Wasiutyński, O program większości..., s. 41.

[59] W. Wasiutyński, Źródła niepodległości..., s. 105–106.

[60] W. Wasiutyński, Patrząc z Ameryki..., s. 131 (nota redakcyjna).

Najnowsze artykuły