Oswald Balzer
Z zagadnień
ustrojowych Polski
[w:] Studia nad
historią prawa polskiego, t. VI, z. 2.
Nie
doczekała brzasku XIX stulecia Rzeczpospolita polska. Upadła w zaraniu zbliżających
się wielkich wypadków dziejowych, które miały zakłócić całą Europę,
przekształcić gruntownie jej kartę, stworzyć, na całe jedno dalsze stulecie,
nowe warunki politycznego rozwoju państw i narodów. Upadła w tej właśnie
chwili, w której — na zachodnim krańcu Europy — po raz pierwszy
odezwały się potężnie nowe hasła gruntownego przeobrażenia wewnętrznej budowy
państw i społeczeństw; hasła, na razie tylko częściowo i miejscowo
urzeczywistnione, później, przeważnie przez całą jeszcze połowę stulecia o
zwycięstwo, o zapewnienie sobie warunków bytu walczące. Jeżeli nieszczęściem
był sam upadek Rzeczypospolitej, to również najnieszczęśliwszą była chwila
upadku; załamała się od razu zakreślona od szeregu wieków linia rozwojowa,
którą, z tym lub owym odchyleniem, kroczyła dotąd Polska wspólnie z innymi
państwami europejskimi; powstawały nowe drogi, nowe kierunki rozwojowe, nowe
kształty organizacyjne państw i społeczeństw, w czym wszystkim Polska i naród
Polski, pozbawione czy to częściowo, czy zupełnie możności samodzielnego
rozporządzania się, nie mogły juz brać bezpośredniego udziału twórczego.
Przetwarzała się i przetworzyła w budowie całego swego ustroju wewnętrznego
Europa XIX wieku; przetwarzała się właśnie w czasie, kiedy Polska sama przez
się i sama z siebie przetworzenia takiego dokonać już nie mogła. I dla tego ten
ustrój Europy nowej taki odmienny od lego, jaki wykazuje Rzeczpospolita w
ostatniej dobie swego istnienia. A jednak Europa nowa — to ta sama, w tym
samym mniej więcej składzie państwowym, która przez szereg wieków przedtem, w
XVIII jeszcze stuleciu, pod tylu względami na tym samym stała poziomie co do
urządzeń społecznych czy państwowych — na ogół ustrojowych — co
Polska.
My,
dzieci XIX i XX stulecia, zrośnięci organicznie z dzisiejszemu urządzeniami,
przejęci do cna tegoczesnym na ich właściwości i
charakter poglądem, niezdolni poruszać się w innych, jak dzisiejszych już tylko
ramach ustrojowych, patrzymy skutkiem tego na Polskę, z ostatnich nawet czasów
jej samoistnego bytu, jak gdyby na coś pod wielu względami obcego, jak gdyby na
ustrój egzotyczny, nieraz osobliwy, często ujemnie osądzany nawet potępiany.
Miewamy dziś, czy mieć możemy, silny, parlamentarny rząd; a oto w Polsce była
wielka niemoc rządu. Załatwiamy ustawodawcze sprawy w parlamentach według
zasady większości głosów — przynajmniej w teorii: a oto w Polsce było
„liberum veto” i możność rozbijania sejmu przez jednostki. Mamy w
parlamencie samodzielnie działającą instytucją centralną jako
przedstawicielstwo interesu ogólno-państwowego; a oto w Polsce działalność
sejmu walnego, podobnie jak i rządu centralnego, paraliżowana była w wysokim
stopniu przez sejmiki ziemskie: ujemny przejaw rozproszkowania organów władzy
państwowej, współistnienia kilkudziesięciu równorzędnych kół mechanizmu
państwowego, które, żeby urzeczywistnić jakiś cel ogólny, trzeba było za każdym
razem wprawiać w ruch, każde z osobna. Mamy dziś pełne równouprawnienie
wszystkich obywateli państwowych niezależnie od zawodu, stanowiska społecznego
i stosunków majątkowych; a oto w Polsce był ucisk miast, z ścieśnioną wysoce
autonomią, raczej z cieniem tylko autonomii, poddanej nadzorowi
starościńskiemu; i znowuż dalej jeszcze idący ucisk chłopa, z licznymi,
uciążliwymi czynszami pańskimi, z ciężkim, znaczną część pracy chłopskiej
pochłaniającym obowiązkiem pańszczyźnianym, bez cienia jakiejś samodzielności
autonomicznej, z patrymonialną tylko podwładnością chłopa pod władzę pana,
zarówno administracyjną jak i sądową i policyjną.
Wobec
takich przeciwieństw, nie dziw, jeśli na ustach laika zjawią się nieraz słowa
potępienia dawnych stosunków ustrojowych Polski, wypowiadane zresztą często z
dobrą wiarą. Nie dziw, choć najczęściej nie ma tu już dobrej wiary, jeno zła
wola, do celów agitacji politycznej dostosowana, jeśli ze strony wrogich nam
żywiołów używa się — i nadużywa — tych przeciwieństw do pohańbienia
przeszłości polskiej, do podkopania interesów naszych narodowych w chwili
obecnej. Wszak nieraz słyszeliśmy przy takich sposobnościach, że nie ma przed sobą
żadnych widoków przyszłości Polska, ta sama Polska, która zdołała się sformować
tylko jako Rzeczpospolita szlachecka, która uciskiem mieszczaństwa zaznaczyła
najdobitniej brak poczucia demokratycznego; a kiedy indziej, że największym
szczęściem narodowości ruskiej, przeważnie chłopskiej, która w skład
Rzeczpospolitej wchodziła, był upadek Polski; gdyż Polska była państwem
pańszczyzny i ucisku chłopskiego, które usunąć zdołały dopiero rządy
rozbiorowe. Najdziwniejsza to, że nawet w grupie historyków z zawodu, którzy wypadki
i stosunki dziejowe oceniać winni z perspektywy dziejowej, przedmiotowo i
krytycznie, ten głos potępienia dawnych naszych właściwości ustrojowych nie
tylko jest dość pospolity, ale czasem nawet szczególnie donośny; że w tych
wadach naszego ustroju niektórzy upatrują wprost — jeśli nie wyłączną, to
przynajmniej najgłówniejszą przyczynę upadku Rzeczpospolitej. Jest takich
krytyków legion cały w obozie historiografów zagranicznych, najczęściej wrogo
nie tylko wobec przeszłości naszej, ale i wobec teraźniejszych naszych
aspiracji usposobionych; jest ich nawet pewna ilość pośród samych historyków
polskich. I trzeba było wreszcie lego, że jeden z nich, zdając sprawę z
nowszych badań o sejmikach polskich, zakonkludował, iż Rzeczpospolita —
do końca swego istnienia — była organizmem państwowym średniowiecznym,
całym swoim prawem, całym ustrojem swoim na zasadach na wskroś średniowiecznych
opartym, utworem, niezdolnym trwać w teraźniejszej atmosferze i warunkach
europejskiej państwowości. „Stare państwo polskie” — z tym
swoim prawem, z. tym swoim ustrojem i charakterem — „niepowrotnie
upadło” — oto własne jego słowa, którymi uwagi swe kończy, słowa
tym boleśniejsze, tym bardziej dla nas upokarzające, że wypowiedziane przed audytorium
wrogiej nam narodowości.
Cui bono ten zwrot
końcowy? Ponieważ wyszedł z ust Polaka, więc przypuszczam, że chodziło tu
jedynie o nacisk na owę — w rozumieniu autora
— średniowieczność naszych urządzeń prawnych, o stwierdzenie, że Polska,
straciwszy byt państwowy, nigdy już z takim — średniowiecznym —
ustrojem nie mogłaby się jako państwo odrodzić. Ale wtedy jeszcze raz zapytać
trzeba: cui bono zwrot taki, zwłaszcza w ustach
myśliciela, który uchodzi za jeden z najbystrzejszych i najoryginalniejszych
umysłów tegoczesnej Polski ? — gdyż pojęty w
tym rozumieniu zwrot ten jest rzeczą, która — rozumie się sama przez się.
Jeżeli ustrój Rzeczpospolitej był aż do jej upadku na wskroś średniowieczny, to
oczywiście nowo powstająca Polska nie mogłaby dziś stworzyć sobie takiego
ustroju ; nie mogłaby ściśle rzecz biorąc, z ustrojem takim powstać, albo,
powstawszy — istnieć: byłaby dziwolągiem, skazanym z góry na zagładę. Tak
samo, gdyby w jakiejś wcześniejszej dobie upadło było państwo francuskie, czy
niemieckie, czy angielskie, a dzisiaj miało wstać do nowego życia, musiałoby w
najszerszej mierze, może w całości zarzucić instytucje swoje dawniejsze, a
dostosować ustrój do tych ogólnych ram, które dzisiaj zakreśliła sobie
cywilizowana ludzkość, jako konieczny warunek istnienia i rozwoju państwowego. To
wszystko rzeczy — które rozumieją się same przez się; więc, skoro trudno
przypuścić, żeby w słowach tych tkwił pomysł inny, bardziej jeszcze dla nas
złowrogi, pytamy: po co było co do samej tylko Polski wyważać drzwi otwarte, i
to za pomocą dział najcięższego kalibru?
Przytoczone
szczegóły ocierają się już ściśle o główny temat niniejszych spostrzeżeń.
Przede wszystkim: byłoby zapewne wskazaną rzeczą — z zakresu krytyki i
poglądów historiozoficznych na przeszłość w ogóle, a stosunki ustrojowe w
szczególności, usunąć tego rodzaju określniki, jak: urządzenia średniowieczne,
ustrój średniowieczny, pojęte w znaczeniu określników ujemnej treści.
Określenia takie, rzeczowo, niczego właściwie nie tłumaczą. Wiele instytucji,
wytworzonych jeszcze w wiekach średnich, utrzymało się w Europie także i w
czasach późniejszych, w wieku XVI— XVIII, niejedna z nich jako instytucja
żywotna, dodatnią rolę w życiu państwowym spełniająca. Owe instytucje są zatem
średniowiecznymi tylko ze względu na dobę powstania, ale ze względu na czas
trwania, a nieraz też swą wewnętrzną treść i spełnianą przez się funkcją
dziejową, należą zarazem do okresu nowożytnego. I jeśli w państwach XVI—XVIII w. znajdziemy niejedno urządzenie dodatniej
oceny godne, a wśród tych urządzeń także niejedno, wytworzone jeszcze w wiekach
średnich, to nie wolno nam określenia „średniowieczny” używać jako
równoznacznika wszystkiego, co w historiozoficznym poglądzie na pewne stadium
rozwojowe zasługuje na potępienie. I żeby nawet porzucić dziedzinę historii, a
rozważyć stosunki dzisiejszego życia państwowego, stwierdzić trzeba, że jeszcze
w chwili obecnej korzystamy z różnych urządzeń, które powstały w wiekach
średnich, a które po dziś dzień uważamy, co do ich wartości wewnętrznej, za
doskonałe i szczególnie cenne. Pierwowzór dzisiejszego parlamentaryzmu, w
organiczną całość spajającego osobę władcy z reprezentacją ludową, powstał w
Anglii — w wiekach średnich. W wiekach średnich, w kilku europejskich
państwach, między niemi i w Polsce, urodziła się zasada, której po dziś dzień
strzeżemy jako źrenicy wolności obywatelskiej, z zastosowaniem tylko do
szerszych warstw ludności: że nikt nie może być więziony bez uprzedniego
wyroku. Na odwrót — absolutyzm zachodnio-europejski, ze wszystkimi swoimi
kształtami pochodnymi, aż do najwstrętniejszego, tzw. państwa policyjnego, to
wytwór, który się narodził i utrwalił w epoce „nowożytnej”, który,
po upadku właściwego średnim wiekom ustroju stanowego, charakteryzuje głównie
stosunki państwowe XVI do połowy XIX stulecia; a przecież ten. kształt
ustrojowy spotyka się dziś z krytyką bardziej ujemną, niż niejedna instytucja
średniowieczna. Formułka: „średniowieczny ustrój”,
„średniowieczne urządzenia*, jest tedy w zasadzie bez wartości, ilekroć
chodzi o przystosowanie ściśle rzeczowego kryterium do oceny stosunków
ustrojowych dawniejszych w ogóle, a Polski w szczególności.
To
jedno. A druga rzecz, na którą tu zwrócić należy uwagę, to okoliczność, że
Polska, prócz wielu urządzeń i zasad prawnych, które miała wspólne z resztą
ówczesnej Europy zachodniej posiadała leż swoje własne, samorodnie wytworzone,
oryginalne urządzenia. Ocena ich porównawcza, w braku analogicznej ewolucji
rozwojowej innych państw — niemożliwa; tyle pewna, że nawet co do takich
urządzeń tej grupy, które powstały w wiekach średnich, nie przekonamy nikogo o
ich bezwartościowości czczą formułką: „urządzenia średniowieczne”;
trzeba tu raczej rozpatrzyć całą ich istotę, ich treść wewnętrzną, całą ich
wartość jako czynnika ustrojowego, i dopiero na tej ostatecznie podstawie oprzeć
krytykę — naprawdę rzeczową.
Wreszcie
zaś — i to trzeci moment, który trzeba podkreślić z naciskiem szczególnym
— biorąc na wzgląd takie urządzenia czy zasady ustrojowe, które dawniej
istniały w innych państwach, a któro z dzisiejszego ich ustroju usunięte już
zostały jako przestarzałe, „średniowieczne”, jako nieodpowiadające
warunkom dzisiejszego życia publicznego, trzeba stwierdzić: że jeśli urządzenia
takie znajdziemy w ustroju Rzeczypospolitej, chociażby nawet tuż przed jej
upadkiem, w wieku XVIII, to zawsze jeszcze niekoniecznie tkwić w tym będzie
tytuł do potępienia dawniejszych naszych stosunków ustrojowych. Zadaniem
sprawiedliwej krytyki będzie raczej zapytać: czy w tym samym czasie (np. w XVIII w.) urządzenia takie same lub
podobne nie istniały także w ustroju innych państw ówczesnych. Jeśli ich tam
już nie było, jeśli je istotnie już wtedy usunięto jako nieodpowiednie czy
szkodliwe, a Polska na taką reformę jeszcze się nie zdobyła, wtedy zasadnym
może być sąd o jej zacofaniu i „średniowieczczyźnie”,
zasadną ujemna ocena takich urządzeń przestarzałych. Ale jeżeli urządzenia
takie znajdziemy również w innych państwach ówczesnych, które dopiero później
— w wieku XIX — przeprowadziły tu reformy, choćby
najgruntowniejsze, wtedy ujemna krytyka ustroju Rzeczypospolitej w XVIII w.
będzie niesprawiedliwą, zaświadczy o braku perspektywy i zmysłu historycznego :
bo nie można winić Polski o to, że żyła wtedy tymi samymi urządzeniami, karmiła
się tymi samymi poglądami, co i reszta cywilizowanej ludzkości, że jej nie
wyprzedziła reformami, które ludzkość, pod wpływem nowych dopiero pobudek, i
wśród odmiennych warunków, przeprowadziła u siebie później, i to w czasie,
kiedy Polska jako państwo już nie istniała, a przeto też i o urządzeniach
swoich samodzielnie rozstrzygać nie mogła.
Na tle
tych uwag ogólnych rozpatrzmy szereg ważniejszych zagadnień ustrojowych Polski
— po szczególe.
Oto
najpierw: sejm walny
Rzeczypospolitej. Niełatwo znaleźć instytucja, o której historycy
wypowiedzieliby tak sprzeczne zapatrywania, jak właśnie o sejmie polskim. Dla
jednych jest on parlamentem, w znaczeniu prawie że tegoczesnym,
w ślad za czym też mówią o parlamentaryzmie polskim, podnosząc z
zadośćuczynieniem, że Polska pierwsza na kontynencie europejskim przeprowadziła
u siebie urządzenia ściśle parlamentarne. W przeciwieństwie do lego —
inni. najnowsi radykalni krytycy, uważają sejm polski za takie same
zgromadzenie stanowe, jakie istniały w innych monarchiach stanowych na
Zachodzie, i całą treść, cały charakter sejmowania polskiego, oceniają według
gotowego, przeważnie niemieckiego szablonu sejmów stanowych. Jedno i drugie
mniemanie z gruntu błędne. Zestawiać sejmu polskiego z dzisiejszymi
parlamentami — nie uchodzi, w wielu bowiem zasadniczych względach
istnieje między nimi różnica; i można też bez najmniejszej szkody wykreślić
słowa: parlament, parlamentaryzm, z naukowego słownika, kiedy się mówi o
sejmowaniu polskim. Ale na odwrót mylną jest rzeczą urządzenia nasze sejmowe
wciskać w kuse ramy „średniowiecznych” urządzeń stanowych. Sejm
polski, tak jak się ostatecznie ukształtował na przełomie XV i XVI wieku, i jak
przetrwał aż do ostatnich reform Wielkiego Sejmu, jest formacją sui generis, która wymaga osobnej
dla siebie charakterystyki, i która się różni od innych współczesnych
analogicznych formacji zachodnich. Nie tak wprawdzie, żeby różnica dotyczyła
wszystkich szczegółów i ujawniała się we wszystkich kierunkach. Owszem, przejął
sejm polski niektóre właściwości z urządzeń stanowych, i utrzymał je prawie do
końca swego istnienia. Jest on, tak samo jak zgromadzenia zachodnie, jedynie
tylko przedstawicielstwem stanowym, i tym różni się zasadniczo od dzisiejszych
parlamentów o charakterze reprezentacji narodu jako całości. Ale oceniając
rzecz z perspektywy dziejowej, nie można nawet i z tego względu stosować doń
krytyki ujemnej; gdyż odliczając nowy stan rzeczy, stworzony we Francji przez
wielką ewolucją, prawie że równocześnie z chwilą, kiedy dokonywał się ostatni
rozbiór Polski, zresztą wszystkie inne przedstawicielstwa ówczesnego kontynentu
europejskiego były tak samo stanowe, jak sejm walny Rzeczpospolitej. Powstanie
urządzeń parlamentarnych w ścisłym tego słowa znaczeniu jest tu wszędzie
późniejsze od rozbiorów Polski.
Że w tym
stanowym przedstawicielstwie polskim miasta od r. 1505 aż do reform Wielkiego
Sejmu — inaczej, aniżeli ułożyła się rzecz na Zachodzie — nie miały żadnego udziału, to zjawisko
ujemne, którego zakrywać ani usprawiedliwiać nie należy. Nie wystarczy jednak
stwierdzić zachodzącą w tym kierunku różnicę formalną: trzeba jeszcze zapytać,
jakim, co do treści, w zgromadzeniach zachodnich był wpływ przedstawicielstwa
miejskiego na tok spraw publicznych. A wtedy rozsnuje się przed nami obraz,
przypominający prawie że w całości to samo, co wykazuje Polska z zupełnym swoim
brakiem reprezentacji miejskiej w sejmie. Wpływ ten był bowiem na Zachodzie pod
względem rzeczowym znacznie ograniczony, a co do wewnętrznej swojej siły nieraz
prawie że bez znaczenia. Pospolicie wykluczano tu przedstawicieli miast od
udziału w załatwianiu ogólnych spraw państwowych, których kierownictwo
spoczywało w ręku kurii wyższych, duchowieństwa i szlachty; miasta dopuszczano
do głosu tylko w tych wypadkach, kiedy chodziło o sprawy miejskie, głównie
handlowe czy przemysłowe. A i wtedy znaczenie głosów miejskich było mizerne,
nieraz — nie chowajmy pod korcem właściwego określenia — żadne. Z
członków trzech kurii sejmu czeskiego, panów, rycerstwa i miast,
przedstawiciele dwu pierwszych kurii mieli głosy wirylne, natomiast cała kuria
miejska oddawała tylko — jeden głos kurialny. De, wobec takiego
ustosunkowania, głos ten mógł zaważyć na szali, nie potrzeba wywodzić osobno.
Rozumiały i odczuwały tę rzecz same miasta czeskie; to też zdarzały się
wypadki, że wprost usuwały się od udziału w sejmie, ze względu, że do żadnego
nie mogą tu dojść znaczenia. Mimo ustrojowo zapewnione przedstawicielstwo
miejskie w sejmie, siłą faktu rodził się stosunek taki sam jak w Polsce, brak
udziału mieszczaństwa w tym organie: a rodził się dla lego, iż rzeczowo dawał
wynik prawie taki sam, jak gdyby mieszczaństwo było z sejmu wykluczone. Żeby
nie poprzestać na tym jednym przykładzie, przypomnijmy jeszcze, że wielki, na
zachodnich wzorach opierający się tu reformator, Józef II, kiedy, według swego
uznania, w zajętej przez Austrię Galicji przeprowadzał reorganizacją
tamtejszego sejmu ziemskiego, do dwu, z licznych członków złożonych kurii
szlacheckich (pańskiej i rycerskiej) przydał jednego tylko posła miejskiego
— ze Lwowa. Dokonana w Polsce w kilka lat później reforma Sejmu Wielkiego,
wprowadzając do sejmu pewną ilość plenipotentów miejskich, jakkolwiek z
ograniczonym zakresem działania, stwarzała przecież silniejszą podstawę wpływu
żywiołu mieszczańskiego, aniżeli józefińska reforma sejmu galicyjskiego;
dawała, jeżeli nie formalnie, ta rzeczowo, raniej więcej to samo, co w innych
zgromadzeniach stanowych kontynentu europejskiego uważano za wystarczające dla
mieszczaństwa ustępstwo. Takim sposobem, w chwili zbliżającego się upadku
państwa, Polska nawet co do tego, pospolicie z szczególnym naciskiem ujemnie
podkreślanego momentu, nie stała właściwie w tyle poza znaczną częścią innej
Europy.
I znowuż
— liberum veto: najboleśniejszy
wrzód naszego sejmowania, którego ujemny wpływ na rozwój życia publicznego w
Polsce dostatecznie jest znany. Nie będziemy go usprawiedliwiali prastarym, w
słowiańskiej jeszcze dobie ustalonym poglądem prawnym, choć byłaby może
pewna” pokusa po tema; jeszcze bowiem w
stuleciu X, u pogańskich Lotyków, da się stwierdzić
zasada koniecznej jednomyślności uchwał wieców ludowych. Zaznaczymy przecież
rzecz inną: że na blisko trzydzieści lat przed ostatnim, a na kilka jeszcze lat
przed pierwszym rozbiorem zasada liberi veto została
gruntownie podważona i co do ujemnych skutków swoich wydatnie osłabiona.
Liberum veto, jak je stosowano w dobie najhojniejszego rozkwitu tej instytucji,
w XVII, czy pierwszej połowie XVIII w., pociągało za sobą to następstwo, że nie
tylko nie dochodziła do skutku ta uchwała, przeciw której wystąpił jeden z
posłów, ale zrywał się cały sejm, i nie mogły nabrać obowiązującej mocy inne
nawet postanowienia, co do których pośród sejmujących była jednomyślna zgoda (sistere activitatem). Otóż już r.
1768 ta ostatnia zasada, to zrywanie całego sejmu przez użycie liberi veto, zostało w całości usunięte. Odtąd mogło ono
wprawdzie unicestwić pewną uchwałę, przeciw której je założono, ale nie miało
już siły, żeby sparaliżować całą bez wyjątku działalność zgromadzonego sejmu.
Najdotkliwsze, najbardziej niebezpieczne ostrze instytucji zostało przez to stępione,
zrywanie sejmów za pomocą tego środka uniemożliwione. A i w tym nawet
ścieśnionym zakresie, w jakim odtąd ujawnić się mogła funkcja liberi veto, ograniczono jego zastosowałność
do znacznie szczuplejszych, niż poprzednio, rozmiarów. Taż sama konstytucja z
r. 1768 podzieliła sprawy sejmowe na dwie kategorie, jedne: materie jurydyczne
i ekonomiczne, i drugą: materiae status. W grupie
pierwszej uchwały zapadać miały większością głosów; tylko co do materiae status utrzymano zasadę jednomyślności, zatem także
walor liberi veto. Były to przeważnie sprawy
szczególnej doniosłości, dla których także i w dzisiejszym ustroju
parlamentarnym wymaga się pospolicie tzw. kwalifikowanej większości głosów,
gdzie zatem wola pewnej mniejszości wpłynąć może wstrzymująco na wolę
prawidłowej większości zgromadzonych. Myślowy związek między obu zasadami rzuca
się tu dość jasno w oczy; różnica, jaka zachodzi, jest właściwie nie jakościowa
tylko ilościowa, prawda, że w świetle ustawy z roku 1768 jaskrawo jeszcze
występująca. Pamiętajmy jednak, że ustawa ta przyszła do skutku po wiekowym
bezwzględnym panowaniu zasady liberi veto; wobec tego
wyrozumieć można odczutą wtedy jeszcze potrzebę utrzymania jej na razie w tym
znacznie już ograniczonym, ale przecież jeszcze częściowym zastosowaniu. W
niecałe ćwierć wieku potem, w Konstytucji 3-go Maja, przyszło wreszcie zupełne
zniesienie liberi veto: przyszło nie jako gest bez
treści i znaczenia istotnego, jeno jako rzecz poprzednio już przygotowana, jako
dalsze, naturalne stadium ewolucyjne po ustawie z r. 1768. I tak, kiedy
nadeszła chwila, że Polska miała być wykreśloną z karty Europy, schodziła ona z
niej bez grzechu liberi veto, bez owego defektu,
który w dociekaniach historycznych nieopatrznie rozciąga się czasem do
ostatniej jakoby chwili istnienia Rzeczpospolitej, upatrując w nim jeden z najwalniejszych rzekomych dowodów jej niezdolności do
samodzielnego życia i rozwoju państwowego.
Zwrócimy
jeszcze uwagę na pierwszorzędnie doniosłą, najgłębiej zapewne sięgającą różnicę
między ustrojem sejmowania polskiego a średniowieczną organizacją stanową na
Zachodzie. Monarchia stanowa urodziła się z walki dwu żywiołów o udział w
kierownictwie spraw państwowych: samego władcy z jednej, a wyższych stanów z
drugiej strony; cały jej ustrój jest jak gdyby kompromisem, wypadkową tego
współzawodnictwa o najwyższą władzę w państwie. W tym kompromisie nie udało się
jednak doprowadzić do organicznego-zespolenia obu żywiołów: monarcha i stany,
to czynniki zasadniczo od siebie wyodrębnione: monarcha z prawem samoistnego
załatwiania spraw tzw. monarszych, więc: dotyczących jego praw zwierzchniczych,
jego dochodów i regaliów, jego urzędników; stany z prawem urządzania tzw. spraw
krajowych nieraz samodzielnie; o ile zaś nawet w tej ostatniej grupie
współdziałał także monarcha, występował on tu tylko jaka jedna na zewnątrz
stojąca strona, sprawa zaś sama załatwiała się przez rodzaj umowy między
panującym a stanami. Znamieniem państwa stanowego jest tedy dualistyczny ustrój
jego składników, różny w tym zasadniczo od ustroju dzisiejszej monarchii
konstytucyjnej, w której oba elementy połączone są w organiczną całość; różny
zarazem od najstarszego pierwowzoru i zawiązku konstytucyjnej monarchii w
Anglii, gdzie jak wiadomo, takie organiczne połączenie dokonało się już dawniej
(the king in the parliament). Stwierdźmyż, że ustrój podobny do dawniejszego
angielskiego, a przez to też do dzisiejszego europejskiego, wykazuje właśnie
organizacją sejmu polskiego. Z dwu izb tegoż sejmu, wyższa, senatorska, w
pierwszym zaraz swoim zawiązku zszeregowała się około króla nie na tle
przeciwieństw, ale łączności interesów, bo była zgromadzeniem mianowanych przez
władcę, w zasadzie zależnych odeń dostojników, których zadaniem było wspierać
go radą w załatwianiu spraw państwowych. Przynależność do senatu nie tkwi tedy
w żadnym momencie stanowym; mamy tu do czynienia nie z reprezentacją stanową,
ale zgromadzeniem urzędniczym, powołanym do łącznego współdziałania z swoim
władcą. I ta łączność utrzymała się w zasadzie na całą dalszą przyszłość, zatem
i wtedy, kiedy senat stał się istotnym składnikiem sejmowania polskiego. Nie
poza sejmem jako odrębny czynnik, ale z senatem i w senacie, a zatem także i w sejmie występuje król jako organiczna jego część
składowa. Jak dalece idea ta przenikła całą organizację sejmową, jak
nawet w bezwzględnym zastosowaniu rodziła poważne niebezpieczeństwa, dowodzi
okoliczność, że jeszcze wielka reforma z r. 1791 nie zdobyła się na nic więcej,
jak na przyznanie królowi dwu kresek w obradach sejmującego senatu i wydała go
przez to na majoryzacją przez tę izbę; zobaczymy też w dalszym ciągu, że
wynikły stąd w innych jeszcze kierunkach poważne niebezpieczeństwa dla władzy
królewskiej. Stwierdźmyż przecież — dalecy
jednak od pokusy przemianowania ustroju sejmowego w Polsce nazwą
parlamentaryzmu — że sejm polski, zbliżony w tym zresztą znacznie do
węgierskiego, różny od innych współczesnych sejmów zachodniego kontynentu,
wykazuje tu ważne znamię charakterystyczne, poczytywane za wysoką zaletę
dawniejszego parlamentaryzmu angielskiego, wprowadzone jako zasadnicza podstawa
w budowę dzisiejszego ustroju konstytucyjnego. I zapytajmy w związku z tym:
jaki pożytek odniesie stąd nauka czy prawda, jeśli cały nasz pogląd na istotę
sejmowania polskiego ujmiemy w powierzchowną formułkę — średniowiecznego
ustroju.
Z
szczególnie ujemną krytyką spotkała się w ostatnich czasach instytucja sejmików ziemskich, zwłaszcza od pojawienia
się kapitalnego o tym przedmiocie dzieła Pawińskiego, który sam instytucji lej
nie szczędzi ostrych w wielu względach zarzutów, spotęgowanych bardziej jeszcze
przez przygodnych tego pisarza epigonów. Podkreśla się tu najpierw z
szczególnym naciskiem tę okoliczność, że wysyłani na sejm posłowie sejmikowi nie byli przedstawicielami całości, ogólnych
interesów państwowych, jeno swojej ziemi tylko, i to wyłącznie
szlacheckiego stanu, uczestniczącego w sejmiku; przy czym instrukcje sejmikowe
krępowały wszelką możność samoistnego ich, względem na interes ogólny
natchnionego działania. Zaznaczmyż naprzód, że ta
krępująca siła instrukcji miała w zasadzie tylko formalne, teoretyczne
znaczenie i jeśli nawet w wielu razach posłowie odwoływali się do instrukcji,
żeby uzasadnić swoje oporne stanowisko na sejmie, to nie tyle ze względu na ich
moc wiążącą, ile raczej dla tego, żeby w danym wypadku znaleźć formalne oparcie
dla swego osobistego poglądu; w wielu bowiem innych razach da się stwierdzić,
że jeśli osobiste zapatrywanie posłów było odmienne, nie wahali się instrukcji
przekroczyć, z oświadczeniem, że wezmą rzecz do zatwierdzenia przez
„braci”. W praktyce zatem istnieje dość znaczna swoboda
działalności posłów. Wszak nie doprowadzono nawet do wytworzenia jakiejś
odpowiedzialności prawnej za przekroczenie instrukcji sejmikowej; kończyło się conajwyżej na odpowiedzialności moralnej posła, takiej
samej, jakiej podlega także dziś wybrany bez instrukcji poseł ludowy wobec
objawionych przez jego wyborców życzeń i postulatów. Żeby zaś poseł był na
sejmie wyłącznie tylko przedstawicielem interesów swojego stanu, w tym tkwi
niedokładność, która w świetle najnowszych zdobyczy nauki zachodniej wymaga
sprostowania. W zgromadzeniach stanowych zachodnich czy w sejmie polskim, brali
udział członkowie pewnych tylko (wyższych) stanów, to prawda; ale te stany
uważały się za powołane do załatwiania, w miarę okoliczności nawet do obrony
spraw, dotyczących także innych warstw społecznych, zatem i tych, które w
zgromadzeniu przedstawicielstwa nie miały. W Polsce, tak dobrze jak i na
zachodnim kontynencie europejskim, niebezpieczeństwo tkwiło tylko w tym, że
stany wyższe, w zgromadzeniu biorące udział, stały przede wszystkim na straży
swoich własnych interesów stanowych i że interesom tym poświęcały nieraz dobro
nie mających tu zastępstwa stanów niższych. Ujemnych, wysoce szkodliwych
następstw takiego układu rzeczy zakrywać niepodobna, i można z tej racji
wystąpić z zasadną krytyką urządzeń polskich; ale nie jest to dowodem
sprawiedliwego sądu i jasnego poglądu na rzecz, jeżeli się tę krytykę stosuje
tylko do Polski. Te same zarzuty skierować należy do całego współczesnego
kontynentu europejskiego; nie zdobyto się tu nigdzie, aż do końca w. XVIII,
pomijając przewrót rewolucyjny Francji, na przeprowadzenie zasady
przedstawicielstwa interesów ogólno-państwowych w rozumieniu dzisiejszym; i
wszędzie, gdziekolwiek istniały tylko organy „reprezentacyjne”, z
udziałem przedstawicieli czy to z osobistego prawa, czy z wyborów sejmikowych,
jak w Polsce i na Węgrzech, wszędzie ci przedstawiciele występowali jako
rzecznicy interesów stanowych, bądź to własnych, bądź ponadto także stanów
niższych, w zgromadzeniu nieuczestniczących. Zaszczytnie na tym tle rysuje się
reforma Konstytucji Trzeciego Maja, uchylająca nie tylko instrukcje sejmikowe,
ale wyraźnie zarazem wypowiadająca zasadę, że posłowie sejmowi są przedstawicielami
interesów całości państwowej. Po danej przez ewolucją francuską pobudce, w
kilka zaledwie lat po jej wybuchu, na całym kontynencie europejskim Polska była
pierwszym państwem, które tę nową zasadę zastosowało u siebie; wszystkie inne
drzemały wtedy jeszcze w starej powłoce reprezentacji stanowej.
Drugi
główny zarzut, skierowany przeciw sejmikom polskim, stoi w związku ze znanym
zjawiskiem, że funkcja ich nie ograniczała się do samego tylko wyboru posłów
sejmowych i opatrywania ich instrukcjami, ale obejmowała także bezpośrednio
cały szereg innych agend publicznych, poczynając od najważniejszych, spraw
skarbowych i wojskowych. Od wieku XVII uchwałami sejmikowymi wotowano podatki
nie tylko na potrzeby ziemi, ale także na ogólne cele Rzeczpospolitej, z zebranych
pieniędzy podatkowych utrzymywano tzw. wojsko powiatowe, zależne od sejmiku,
czy też wyznaczonych przezeń do lego celu organów; żeby już nie mówić osobno o
wielkim, coraz bardziej rosnącym zakresie działania w sprawach administracji
miejscowej, który zagarniał w swe ręce sejmik, zwłaszcza od chwili ustalenia
się — w w. XVII — osobnej formy sejmiku
gospodarskiego. Podkreśla się z tej racji, że kiedy państwo znalazło się w
potrzebie szybkiego, sprężystego działania, zwłaszcza w dziedzinie spraw wojskowo-skarbowych,
naczelny rząd, zamiast mieć do czynienia z jakimś jednolitym — jednym
— organem (sejmem), zwracać się musiał do
kilkudziesięciu sejmików, wprawiać w ruch kilkadziesiąt osobnych kół złożonej
machiny państwowej, kół, z których każde mogło mieć odmienną szybkość
rozpędową, a nawet różne kierunki rozpędu. Przez takie ułożenie się stosunków
rodził się zastój w machinie rządowej,
„państwo skazane było na nieruchomość”, krzewiła się „słynna
anarchia Polska”. Nie brak nawet zbawiennych — ex post — rad
w tym przedmiocie: „najlepszym lekarstwem” było tu:
„przenieść środek ciężkości z sejmików na sejm walny”; że zaś tego
nie uczyniono, więc formułuje się zarzut, że oto instytucja sejmików, i
nieszawski już statut, który instytucja tę usankcjonował, „przewiązały
wszystkie żywotne arterie organizmu państwowego”; i nie zważając na to,
że po nieszawskim statucie Polska utrzymała swój byt jeszcze przez półczwarta stulecia, dodaje się ponure, pełne grozy
pytanie: „jak mógł żyć taki organizm?”.
Znowuż
cała ta historiozofia nie wyjrzała poza bramy Polski. Gdyby była sięgnęła
wzrokiem w najbliższe chociażby sąsiedztwo, do Czech i Węgier, byłaby tam
znalazła rzecz uderzająco zgodną: sejmiki obwodowe i komitatowe,
działające obok centralnego sejmu czeskiego, czy węgierskiego. Podobieństwo, z
węgierskimi zwłaszcza urządzeniami, nie jest tu tylko zewnętrzne: sięga ono do
najgłębszych podstaw obu odpowiadających sobie instytucji sejmikowych; jeżeli
zaś jest różnica, to chyba ta, że podkreślane tu właściwości ustrojowe występują
na Węgrzech bardziej jeszcze jaskrawo, niż w Polsce. Bo sejmik komitatowy węgierski nie tylko załatwiał samodzielnie
rozliczne ważne sprawy miejscowego zarządu, nie tylko wprzągł w swój organizm i
uzależnił częściowo królewskie pierwotnie władze komitatowe,
od nadżupana począwszy, nie tylko wysyłał na sejm wybieranych posłów z
instrukcjami, ale częstokroć w miejsce sejmu, przez rodzaj delegacji, spełniał
funkcje ustawodawcze, zwłaszcza w sprawach podatkowych, a zdarzały się wypadki,
że przeciw uchwałom sejmowym występował, i to nieraz ze skutkiem.
Historiografia węgierska nic mimo to nie mówi o anarchii, o podcięciu arterii
żywotnych organizmu państwowego, nie stawia pytań, jak mogło żyć takie państwo;
owszem, w utrzymaniu tych sejmików aż do najnowszych czasów upatruje wielki
sukces, główną podwalinę samodzielności państwowej węgierskiej, utrzymanej
przeciw absolutystycznym i centralizacyjnym zapędom władców, którym przez
złamanie (w połowie XVII w.) analogicznej instytucji czeskiej — sejmików
obwodowych — udało się zniszczyć odrębność państwową królestwa czeskiego.
Cokolwiek
zresztą ujemnego zapisać zechcemy na karb instytucji sejmikowej, pamiętajmy, że
w Polsce — podobnie jak znowuż na Węgrzech i w Czechach — obok tych
organów o funkcji „odśrodkowej”, był
przecież organ centralny, sejm walny, który w jakimś, chociażby
ograniczonym zakresie czynić mógł zadość postulatowi jednolitego kierownictwa
spraw, czy też sprężystej, raźnej w miarę potrzeby akcji państwowej: Ale były
inne kraje, gdzie stosunki pod tym względem ułożyły się jeszcze gorzej, gdzie
istniały wyłącznie tylko zgromadzenia partykularne, „odśrodkowe”, a
nie było żadnego zgoła organu o
charakterze uniwersalnym. Typowym przykładem takiego układu rzeczy są najpierw
kraje habsburskie, nie tylko pojęte jako całość, złożona z trzech grup:
rakuskiej, czeskiej i węgierskiej, dla których mimo kilkakrotne próby nie udało
się stworzyć żadnego centralnego organu stanowego, ale co większa, sama rakuska
ich grupa, która jest najstarszym zawiązkiem późniejszej wielkiej monarchii
habsburskiej. W grupie tej, w przeciwieństwie do Czech i Węgier, które miały
osobne dla siebie sejmy walne, nie doszło do wytworzenia żadnego analogicznego
organu centralnego; istniały tylko — i wyłącznie — sejmy poszczególnych
ziem, styryjski, karyncki, kraiński, tyrolski i inne podobne. A każdy z nich,
nie licząc spraw miejscowej administracji, miał prawo stanowienia podatków na
cele ogólne i prawo zarządu pieniędzmi podatkowymi przez wybrane z pośród
siebie i zależne od siebie władze; wreszcie także zarząd wojskiem ziemskim, z
podatków tych utrzymywanym. W razie potrzeby panujący musiał
tu poruszać, tak samo jak w Polsce, cały szereg kół i kółek o rozmaitej sile i
możliwych różnych kierunkach rozpędza. Do stworzenia wspólnego, centralnego
organu reprezentacyjnego dla wszystkich krajów habsburskich przyszło nierychłej
jak w r. 1849, a dla wszystkich krajów niewęgierskich
zaledwie o rok wcześniej, 1848 — w całe pół wieku po upadku Polski! Co z
lej odśrodkowości ustroju, w związku z zakresem działania, przekazanym sejmom
ziemskim, wypływało złego, temu zapobiegła częściowo dopiero reforma Maryi
Teresy z r. 1748, w niecałe pół stulecia przed ostatecznym upadkiem
Rzeczypospolitej, w myśl której pieniądze, ściągane z uchwalonych przez sejmy
ziemskie podatków, wyjęte zostały z pod zarządu organów sejmowych i przekazane
wprost do kas rządowych; w ślad za czym także i zarząd wojskiem ziemskim
przeszedł w ręce organów rządowych. Również bardzo długo, poczynając już od
początków XVII wieku, 'utrzymały się podobne stosunki we Francji. Bo tam, po
upadku stanów generalnych” (1614/5), pozostały w licznych prowincjach
francuskich także tylko „stany prowincjonalne”. często, jak w
Bretanii lub Burgundii, o składzie takim samym, jak sejmiki polskie, z prawem
udziału wszystkiej szlachty miejscowej, lub przynajmniej wszystkiej szlachty
osiadłej, z takiemiż samymi obszernymi atrybucjami,
więc nie tylko prawem miejscowego zarządu, jaki u nas wykonywały sejmiki
gospodarskie, ale co ważniejsza, z wyłącznym prawem przyzwalania na podatki
ogólno-państwowe oraz prawem ich repartowania. I
tutaj więc królowie wprawiać musieli w ruch cały szereg odrębnych kółek machiny
państwowej, kiedy chodziło o uzyskanie potrzebnych środków na cele ogólne.
Stosunki te utrzymały się tu aż do wielkiej rewolucji, której data schodzi się
z chwilą upadku Rzeczypospolitej. Zaznaczmyż jednak,
że w Polsce ujemne strony odśrodkowości sejmikowej w sprawach wojskowych
usunięte zostały już r. 1717, a w sprawach skarbowych r. 1764, przez to, iż
punkt ciężkości wojskowości względnie skarbowość państwowej przeniesiono w tych
latach z sejmików na sejmy; reforma ta wyprzedza w przeważnej części
odpowiednie przemiany w krajach habsburskich i we Francji. Wreszcie
ustawodawstwo z r. 1791 właściwość sejmu walnego w sprawach skarbowości ogólno
- państwowej wszechstronnie podkreśliło. To wszystko nie przeszkadza przygodnej
historiozofii, że pod tym właśnie kątem widzenia rozpatrując stosunki nasze
dawniejsze, uznaje wprawdzie żywotność Austrii czy Francji, tylko co do Polski
zapytuje: jak mógł żyć taki organizm?
Jako
jedną z najistotniejszych wad ustroju Polski w rozpatrywanej tu dobie podnosi
się najczęściej brak silnie zorganizowanej
władzy rządowej, u góry i u dołu, i wypływającą stąd anarchią, zarówno polityczną jak i społeczną. Nie
tyle „prawem”, ile raczej „lewem” miała się rządzić
Polska XVII czy XVIII wieku; w grubych woluminach przytoczono na to liczne,
jaskrawe dowody. Powody opierają się na niezaprzeczonych faktach, ale oparty na
nich wniosek ogólny — gruntownie błędny. Bo cały materiał, na którym się
to dowodzenie opiera, jest na wskroś jednostronny: akta sądowe, opisujące fakty
naruszenia prawa w poszczególnych wypadkach. Ile poza tym „lewem”
było „prawa” w Polsce, tego nie dowiemy się z tych aktów; a
pamiętajmy, że dopiero zestosunkowanie obu grup
zjawisk mogłoby dać podstawę do prawdziwie naukowego rozwiązania kwestii, do
sprawiedliwego rachunku sumienia naszego społeczeństwa w tych czasach. Kto na
podstawie samych tylko aktów kryminalnych łechce sądzić o społeczeństwie, nie
będzie miał nigdy nic dobrego do powiedzenia o nim. O którymkolwiek innym
narodzie i w jakiejkolwiek innej dobie, nawet w czasach dzisiejszych, i u
społeczeństw najbardziej cywilizowanych, można spisać takie same, liczniejsze
jeszcze stosy „czarnych ksiąg”, gdyby się oprzeć wyłącznie na tego
rodzaju materiale. A przecież w dzisiejszych „państwach prawnych”
chełpimy się, chyba niebezzasadnie, panowaniem ładu, porządku i prawa. Witamy z
radością i wdzięcznością tego rodzaju zarysy obyczajowe, jako zobrazowanie
jednej strony dawnego naszego życia, zwłaszcza, jeśli je nam w ścisłym, a
zarazem artystycznym opracowaniu poda mistrzowskie pióro; właściwą, ścisłą,
wszechstronnie wystarczającą podstawą do zbadania tętna porządku czy anarchii
społecznej — nie są one.
Nie chcę
oczywiście powiedzieć przez to, żeby Polska XVII czy XVIII w. była arką
przymierza społecznego, krajem uporządkowanych wszechstronnie stosunków
prawnych. Owszem działo się w niej dużo nadużyć, dokonywało się niejedno
jaskrawe złamanie prawa; dowodem są tu właśnie owe zestawiania, wykazujące, jak
często zawracano na „lewo”. Znowuż jednak popełniamy anachronizm,
jeśli stosunki owe przeciwstawiamy tym, jakie istnieją w dzisiejszym państwie
prawnym, z potężną jego, znakomicie udoskonaloną, wszechstronnie działającą
machiną rządową. Podobne objawy samowoli, nieuszanowania czy łamania prawa na
szersze rozmiary, zjawiają się w tamtych czasach także i gdzieindziej,
mianowicie także w państwach zachodnich, mimo ustalony w nich system rządów
absolutnych, z silną na wszystkich stopniach władzą rządową: rodzą je tak samo
grubsze obyczaje, krewki temperament jednostek, zwłaszcza społecznie
potężniejszych, których nie zawsze dosięga ramię sprawiedliwości; bo
niedostateczne są jeszcze środki represji, jakimi rozporządza władza ówczesna.
Patrząc przez szkła dzisiejsze, musimy potroszę w
całej ówczesnej Europie, nie w samej tylko Polsce, dopatrzyć się anarchii; ale
w tym właśnie tkwi błąd, że patrzymy przez szkła dzisiejsze, i że patrzymy
tylko na Polskę. Zwłaszcza w okresach powojennych — żeby nie mówić o
samych wojennych — elementy anarchii społecznej skutkiem wstrząśnienia
porządku normalnego przybierały tu wszędzie na sile i wydatności. W Niemczech w
czasie wojny trzydziestoletniej tak się upowszechniło prawo pięści, prawo
samopomocy, walki z przeciwnikiem na własną rękę, że przez pewien czas po jej
ukończeniu uchodziło bez mała za instytucją prawną: to samo prawo, jakie
współcześnie stosował ten lub ów magnat polski, czy choćby nawet chudopachołek
szlachecki wobec swego przeciwnika. Przypomnijmyż, że
przez znaczną część XVII i pierwszą ćwierć XVIII wieku, na przestrzeni całego
jednego stulecia, licząc mniej więcej od skonu Zygmunta III do późniejszych lat
panowania Augusta II, Polska nie wychodziła prawie z zawieruchy wojennej. Żeby
odliczyć rokosze wewnętrzne, jak bunt kozacki czy Lubomirskiego, żeby nie
uwzględniać walk, złączonych z podwójną elekcją królewską, były w tym czasie
wojny bez liku: moskiewskie, szwedzkie, brandenburskie, tureckie, wołoskie,
bądź długotrwałe, bądź krótsze, często wzajemnie o siebie zaczepiające, bądź
bezpośrednio po sobie toczone, ciągle powrotne. W całym tym okresie niewielu
tylko, ciągle zresztą przerywanych, doliczyć się można lat pokojowych; to też,
kiedy raz zdarzyło się, że pokój trwał przez sześć po kolei nieprzerwanych lat,
nie bez przyczyny znamienity historyk zapisał to zdarzenie jako rzecz
szczególnej uwagi godną. Te wojny dotykały często wielkich obszarów
Rzeczypospolitej, przelewały się czasem, jak „potop” na całe
państwo; i burzyły tu bez ustanku nie tylko majątek, dobytek i życie, ale
zarazem podstawy porządku prawnego; przerywały co chwila pracę organizacyjną i
organiczną społeczeństwa czy rządu, zmuszały niezliczoną ilość razy pracę tę,
dopiero co rozpoczętą, rozpoczynać na nowo — z tym samym pospolicie
wynikiem ujemnym. Ze w takich warunkach do jakiegoś trwalszego uporządkowania
stosunków dojść nie mogło, że grubiały, czy nawet dziczały obyczaje, że
podnosić mogły głowę instynkty anarchii, że instynkty te znachodziły
podatny dla siebie grunt pod nogami — jest rzeczą zrozumiałą. Ale trzeba
rozważyć spokojnie, komu winę tych następstw przypisać można i należy. Można
ubolewać nad tym, że geograficzne położenie Polski nastręczało sąsiadom
sposobność tak częstego przenoszenia walk na teren Rzeczypospolitej. Można
winić dyplomacją nasze, że nie potrafiła skutecznie zażegnać grożących wojen.
Można żałować, że skarb Polski nie posiadał odpowiednich zasobów, żeby stworzyć
większe wojsko, które by wystarczyło do odparcia zapędów nieprzyjacielskich.
Można nawet podnieść zarzuty przeciw gospodarce skarbowej polskiej, że nie
obmyśliła środków zwiększenia dochodów państwowych i stworzenia potężnej armii.
Nie można jednak winić o to wszystko naszych
stosunków ustrojowych; gdyż omówiona tu przyczyna rozluźnienia porządku
społecznego, niewątpliwie jedna z najgłówniejszych powstała i działała
niezależnie od tego, co się mieściło w ramach ustroju Rzeczypospolitej.
Odwróćmy
kartę i uwzględnijmy jakikolwiek okres normalnych stosunków w państwie, jakiś
szereg następujących po sobie liczniejszych lat pokojowych. Pewno zwrócimy tu
znowu uwagę na „bezrządną” Polskę, w której szlachcic na szlachcicu
wymierzał sobie nieraz sprawiedliwość na własną rękę, a możny pan krzywdził
niewygodnego sobie szaraczka, jeden i drugi nie troszcząc się o to, jak się w
tej sprawie zachowa „bezsilny” organ władzy państwowej. I zestawimy
znowuż ten stan rzeczy z „idealnymi” stosunkami współczesnej
monarchii absolutnej na Zachodzie, która silnym ramieniem swej władzy
zapobiegała tego rodzaju nadużyciom, a kiedy się one zdarzyły, surowo je
karciła. Przyznamy, że tego rodzaju zjawiska anarchii społecznej, choć nieobce
także współczesnemu Zachodowi, mogły być liczniejsze i częściej powrotne w Polsce;
nie zapominajmy tylko, że zamiast tego w państwach absolutnych dawała się bez
porównania dotkliwiej odczuwać anarchia innego rodzaju, ta sama, która po dziś
dzień jest przekleństwem społeczeństw, żyjących w absolutnym porządku rządów
— anarchia, idąca z góry, anarchia
władz i organów rządowych. Tu losy jednostek zdane są w ręce
nieodpowiedzialnych wobec społeczeństwa urzędników, którzy, wynosząc się ponad
prawo, z osobistych czy politycznych pobudek, bezkarnie mogą popełniać
nadużycia i wyrządzać krzywdę czy to poszczególnym osobom, czy całym grupom
społecznym lub narodowym. Niezmiernie ciekawe — i jaskrawe zarazem
— oświetlenie tego twierdzenia przynosi jakakolwiek przedmiotowo napisana
historia biurokracji państw absolutnych (n. p. cenne dzieło Beidtla
o rządach biurokracji austriackiej w czasach absolutyzmu). I trzeba dodać, że
nie sama tylko biurokracja uprawiała anarchią w tym rozumieniu. Uprawiał ją
nieraz, w wyższym jeszcze stopniu — sam panujący, swoją
„sprawiedliwością gabinetową” lub oczywistymi aktami gwałtu,
nieliczącymi się nawet z pozorami formy. Toż, jeśli zestawimy objawy, okażą się
ciekawe różnice. Urządził w Polsce „zajazd” szlachcic na
szlachcica, lub ciął go karabelą na jarmarku, czy sejmiku, kiedy się z nim
zwadził lub miał zdawna rankor do niego, zgoła nie
pytając, co na to powie król czy starosta. Ale nie było w Polsce nocy św.
Bartłomieja. I nie zdarzyło się tu, nie już tylko co do szlachty, ale chociażby
niższej jakiejś i nielicznej grupy społecznej, czego dożyły Czechy w pierwszej
ćwierci w. XVII: że po stłumieniu znanego rokoszu — szubienicą,
konfiskatą i wygnaniem cała niemal pierwotna, rodzima szlachta czeska została
wyniszczona. Żyły też i utrzymywały się w Polsce, z niemałym dla idei jedności
państwowej niebezpieczeństwem, różne obce narodowości, polonizujące się conajwyżej, czy to w całości — jak Ormianie, czy w
warstwie górnej — jak Litwini, Rusini, a
częściowo Niemcy pruscy, tylko siłą faktu, przez ciągłe zetknięcie z żywiołem
polskim, częściowo przez wpływ jego wyższej kultury, nigdy jednak przymusowo
nie wynaradawiane; za to ówczesne absolutne państwo zachodnie i stojące
„na straży praw” jego organy nie cofały się przed największym
bezprawiem i najbaniebniejszym uciskiem, żeby obce,
podległe sobie odłamy narodowościowe przetopić w organiczną całość z panującym
żywiołem etniczym.
Podkreślano
niejednokrotnie z naciskiem, nie tylko w literaturze obcej, ale z szczególnym
zamiłowaniem w naszej zwłaszcza historiografii — obawę żywiołową, niechęć ówczesnego społeczeństwa polskiego do
absolutyzmu; z spostrzeżeniem tym wiązano najczęściej zarzut, że
przeszkodziwszy wyprowadzeniu absolutnego kształtu rządów, nie dopuściwszy do
skonsolidowania sił swojego organizmu politycznego, jak je przeprowadziła silna
władza monarsza Europy zachodniej, społeczeństwo polskie samo podpisało wyrok
śmierci na swoje państwowość. Jednemu z badaczy podobało się nawet stwierdzić,
że „wstręt do władzy osobistej, na długo w jednej osobie
ześrodkowanej” był szczególną cechą ustroju rządowego w Polsce, w
przeciwstawieniu do Zachodu; w czym też upatruje źródło wszystkiego złego i
przyczynę ostatecznego upadku Rzeczypospolitej. W poglądach tych tkwi znowuż
nieporozumienie. Że w swoim czasie absolutyzm skonsolidował dawniejszą, luźną
budowę średniowiecznego państwa z jej odśrodkowymi dążnościami, że ją wzmocnił,
szukając z konieczności oparcia o zasobny skarb i silne wojsko, że przez to, z
wzrostem współzawodnictwa o mocarstwowe stanowisko państw i rozszerzanie się
kosztem drugiego, spotęgował siłę odporną, w danym razie nawet zaczepną,
każdego z tych państw, jest rzeczą niewątpliwą. Z tego stanowiska można
ubolewać nad tym, że Polska XVI—XVIII w. nie
przetworzyła się w państwo absolutne, o silnej, militarnej organizacji; byłaby
bowiem snadniej potrafiła stawić czoło grożącym jej niebezpieczeństwom; byłaby
zapewne także potrafiła, jak tamte państwa, przetworzyć z czasem swoją
organizacją w ustrój konstytucyjny. Po wiekowym doświadczeniu, z perspektywy,
obejmującej kilka ostatnich stuleci, i całą w ich przeciągu dokonaną ewolucją
dziejową, dzisiaj bardzo łatwo o takie konstrukcje historiozoficzne. Trafniej
jednak zapytać, czy na taką konstrukcją zdobyć się mogli ludzie ówcześni, i czy
słuszna — żądać jej od nich. Absolutyzm, o ile nawet utrwalił militarną
potęgę państw, ich mocarstwowe stanowisko i sprawność obronną wobec sąsiadów,
nie dokonywał tego właściwie dla dobra państwa jako takiego, ile raczej w
interesie samego władcy czy jego dynastii: sfera interesów dynastii wchłaniała
w siebie interes państwa jako takiego. Poza tym absolutyzm, w pojęciu samych
władców, miał inny jeszcze, pierwszorzędnie ważny cel na oku, i to taki, który
przed wszystkimi innymi wysuwał się naprzód, bo był przesłanką i warunkiem
urzeczywistnienia tamtych: zapewnić panującemu i zależnym od niego organom
bezwzględny posłuch społeczeństwa w rzeczach publicznych, czy w miarę potrzeby
nawet prywatnych, chociażby przez użycie daleko sięgających środków represji.
Krępował on swobodę ruchu wszystkich razem i każdego z osobna, wciskał się
dotkliwie w rozmaite stosunki codziennego życia, ciężył nad społeczeństwem
złowrogo, nadużyciami, szykanami, karami — prawnie i bezprawnie
stosowanymi. Stał się zmorą społeczeństw, która je przygniatała i niepokoiła,
wobec której one z istoty rzeczy — z wyjątkiem chyba tych, którzy grzali
się sami u jego ognia — stanowisko niechętne, czy wprost wrogie zajmować
musiały. Zajmowały takie stanowisko mimo wszystko, w czym zresztą absolutyzm
przyczynić się mógł do budowy silnej i odpornej na zewnątrz państwowości do
wzmocnienia jej potęgi i znaczenia w przyszłych zapasach o byt czy przewagę: bo
lego rodzaju wyższe, na dalszą metę obliczone, w skutkach pośrednio tylko i nie
zaraz uchwytne cele, wymagające zaparcia i poświęcenia samego społeczeństwa,
niełatwo znajdą zrozumienie w szerokich masach i w tyciu codziennym. Że
absolutyzm, rozbiwszy słabą bodowe średniowiecznego państwa stanowego, sam po
upływie kilku wieków stanie się pomostem do stworzenia monarchii
konstytucyjnych, z całym ich zasobem szerokich wolności obywatelskich, a
równorzędne także z utrwalonym przez absolutne rządy mocarstwowym ich
stanowiskiem — tego oczywiście nikt podówczas przewidzieć nie mógł. A
gdyby nawet proroctwo takie uznać za możliwe w tych czasach, nie można by
przecież spodziewać się, ani oczekiwać rozumnie, żeby ówczesne społeczeństwo,
na przeciąg kilku wieków, zgodziło się dobrowolnie na najdalej idące
ścieśnienia swojej swobody, w tym jedynie celu, żeby stworzyć i zapewnić dobrą
przyszłość jakimś bardzo odległym pokoleniom późniejszym.
Nie w
samej zatem tylko Polsce żyje w tym czasie wstręt do „absolutum
dominium”; powszechna to reakcja społeczeństw ówczesnych przeciwko
skrępowaniu ich przez absolutną władzę monarszą. Że w wielu państwach reakcja
ta nie doprowadza jeszcze wtedy do zwycięstwa — przyczyna leży
gdzieindziej: w silnym ukrzepieniu władzy monarszej, która wrogie sobie odruchy
umiała tłumić, albo przez stosowne środki powstaniu ich zapobiegać. Ale odruchy
te zjawiają się tu nieraz, z potężną nawet siłą, jak w powstaniu czeskim z r.
1618, jak w licznych, ciągle powrotnych rewolucjach węgierskich, skierowanych,
w jednym i drugim kraju, przeciw absolutyzmowi władców. W Polsce dadzą się
wprawdzie wskazać pewne ślady usiłowań, podejmowanych przez królów, celem
wprowadzenia absolutnego porządku rządów: czy to np. w postępowania Zygmunta
Augusta, który po pamiętnych wypadkach z r. 1548 przez szereg lat zwlekał z
zwołaniem sejmu, czy też w przygotowanym zamachu Augusta II; wszystkie te próby
stłumione zostały w zarodku, tak, że reakcja przeciw absolutyzmowi nie miała tu
do zwalczania jakiejś gotowej już, silnej przeszkody, jak gdzieindziej. I dla
tego w Polsce, w literaturze politycznej, w głosach sejmowych czy sejmikowych,
odzywać się mogły swobodnie — swobodniej, zatem też częściej i liczniej
niż na Zachodzie — wycieczki przeciw absolutyzmowi, nawoływania do oporu
przeciw wprowadzeniu tego systemu, przestrogi przed niebezpieczeństwem, jakie
on w sobie kryje. Ale z lego czysto zewnętrznego zjawiska wysnuwać wnioski o
jakiejś specjalnie narodowej, rzekomo wyłącznie polskiej tylko wadzie życia
publicznego — nie uchodzi.
Zamiast
tej — w gruncie rzeczy — jałowej kwestii większy interes naukowy
wzbudzić może pytanie: dla czego w Polsce nie doszło, czy dojść nie mogło do
stworzenia monarchii absolutnej, jaką widzimy w państwach zachodniej Europy
wieku XVI—XVIII i częściowo jeszcze w wieku
XIX? I to pytanie było już nieraz poruszane w nauce. Dawano na nie odpowiedzi
rozmaite. Żeby poruszyć ważniejsze, i takie, które z punktu widzenia ustrojowego
przedstawiają większe znaczenie, wskazujemy najpierw na pogląd, jakoby
przyczyna tego zjawiska tkwiła w słabej genetycznie podstawie, na której
opierała się w tym czasie królewskość w Polsce, tj. w zasadzie elekcyjności tronu. Z przesadnym naciskiem piętnowano
też nieraz elekcyjność jako szczególną wadę ustroju dawnej Polski. Przy pomnijmyż, dla orientacji: najpierw, że tron elekcyjny, to
nie wynalazek osobliwie polski; żeby nie sięgać dalej wstecz, już we wczesnej
dobie wieków średnich spotykamy elekcyjność jako zasadę następstwa tronu w
najpotężniejszym podówczas organizmie państwowym Europy, w Niemczech, którego
król zawsze był obieralny; a u skłonu wieków średnich cały szereg innych
państw, n. p. Czechy, Węgry, wytwarzają u siebie również wybieralność tronu. W
ich szeregu staje także Polska, zaraz od początków drugiej ćwierci w. XV;
przyswaja ona tu sobie instytucją, która w owych czasach była zjawiskiem dość
pospolitym w Europie. I jeśli tę zasadę wnosi także w czasy nowsze, stosując ją
na przestrzeni w. XVI—XVIII, to znowuż nie
sama, przynajmniej przez czas dłuższy nie sama. Mimo przeciwne usiłowania
Habsburgów, podjęte po nabyciu Czech i Węgier, tron czeski pozostaje w zasadzie
elekcyjnym aż do końca pierwszej ćwierci w. XVII (1627), tron węgierski jeszcze
dłużej, w całości do końca XVII (1687), a częściowo jeszcze do pamiętnych
uchwał z 1722/3. Na te ostatnie przykłady godzi się zwrócić uwagę szczególną,
bo wykazują one dobitnie, że elekcyjność tronu nie wyklucza zastosowalności
absolutyzmu i niekoniecznie sprowadza rozluźnienie najwyższej władzy rządowej:
dawno prze osunięciem elekcyjności Habsburgowie wprowadzili absolutyzm w
Czechach i na Węgrzech. Nie uratuje tezy przeciwnej nawet spostrzeżenie, że
mimo elekcyjność tron czeski i węgierski, przez powrotne wybory utrzymywał się
tu stale w jednym rodzie panującym, i przez to przyczynił się do utrwalenia
stanowiska Habsburgów; bo takie samo zjawisko powtórzyło się kilkakrotnie w
Polsce, gdzie jednak do wytworzenia absolutyzmu nie doszło. W Jagiellońskim
rodzie, aż do jego wygaśnięcia, utrzymał się tron polski, elekcyjny już od
czasów Warneńczyka. I tak samo, w czasie najbujniejszego rozkwitu elekcyjności,
panuje tu trzech po kolei Wazów, cała linia polska tej dynastii, aż do
wygaśnięcia, a później jeszcze dwu po kolei Sasów. Że sama w sobie elekcyjność
była żywiołem rozstroju życia państwowego, że byłoby niewątpliwie lepiej, gdyby
w Polsce ustaliła się była wcześniej dziedziczność tronu, przyznamy chętnie;
ale w świetle tych dat porównawczych stwierdzić trzeba będzie, że, zasadniczo,
nie była ona ani istotną przeszkodą stosowania absolutyzmu, ani, tym mniej,
czynnikiem, rozstrzygającym o braku żywotności organizmu państwowego Polski.
Cokolwiek zresztą było w niej złego, przypomnijmy, że nie dotrwała do końca
istnienia Rzeczypospolitej; zniosła ją Wielka Konstytucja, wprowadzając
dziedziczność tronu polskiego. Nowy tu przykład, jak naród sam, korzystając z
doświadczenia, zdobywał się na usunięcie tego, co w ustroju jego przedstawiało
się jako rzecz wadliwa. Reforma ta dokonana została nie później, jak w
kilkadziesiąt lat po takiejże reformie w Węgrzech. W ustroju zaś niemieckiego
państwa elekcyjność utrzymała się jeszcze dłużej, aniżeli w Polsce, przetrwała
nawet samą Rzeczpospolitą polską; upadła bowiem dopiero z rozwiązaniem samego
państwa niemieckiego 1806 r. Prawda, że w chwili rozwiązania, i na dłuższy czas
przedtem, władza królów niemieckich była już tylko cieniem władzy dawniejszej,
rzeczą bez istotnego znaczenia; ale wiadomo, że przyczyną osłabienia była tu
nie elekcyjność, jeno inne, zgoła odmienne czynniki.
Inny
moment słabości i rozstroju rządu polskiego tkwi, zdaniem niektórych badaczy, w
ustroju władz i urzędnictwa
Rzeczypospolitej, a mianowicie w nierozwiniętej, słabo zróżnicowanej ich
organizacji, w niedostatku odpowiedniego zasobu organów zarządu, które by
wglądać mogły we wszystkie stosunki życia publicznego i zapewnić tu we
wszystkim posłuch zarządzeniom władzy naczelnej. W istocie budowa ówczesnej
machiny rządowej polskiej przedstawia kształty bardzo proste, o stosunkowo
niewielkim materiale urzędniczym: u góry, aż do końca okresu saskiego, kilka
„ministerstw”, tj. wielkie urzędy koronne czy litewskie, kierujące
poszczególnymi działami administracji; u dołu: jedyny właściwie urząd królewski,
sprawujący zarząd miejscowy — starostowie. Zestawiając te stosunki ze
skomplikowaną, w wysokim stopniu zróżnicowaną organizacją urzędniczą
któregokolwiek z dzisiejszych państw, rozporządzających armiami biurokracji,
widzimy tu oczywiście różnice najdalej sięgające; znowuż jednak nie wolno nam
wysnuwać stąd ujemnych wniosków o przeszłości, gdyż porównywalibyśmy ze sobą
rzeczy, należące do dwu odrębnych i odmiennych okresów rozwojowych. Jedynie
trafnym będzie tu zestawienie z tymi stosunkami, jakie współcześnie istniały
gdzieindziej w Europie, chociażby zresztą w państwach o najbardziej
ześrodkowanej władzy rządowej. A wtedy z porównania tego Polska nie wyjdzie tak
niekorzystnie, jakby się na pozór zdawać mogło. Kwestia organizacji urzędniczej
była i jest zawsze nie tylko kwestią prawno-państwową, czy administracyjną, ale
przede wszystkim kwestią finansową; wymaga bowiem znacznych wkładów skarbu na
płace urzędnicze: wszelkie znaczniejsze pomnożenie zastępu urzędników jest
zarazem olbrzymim obciążeniem tegoż skarbu. W owych czasach, wobec mniejszych
bez porównania dochodów państwowych, na takie obciążenie nie mogła się zdobyć
nie tylko Polska, ale nawet najdostatniejsze i
najpotężniejsze państwa zachodnie, te ostatnie zwłaszcza dla tego nie, że
zasoby swoje pieniężne obracały przede wszystkim na wzmocnienie i zwiększenie
stałego wojska. Mnóstwo zadań administracyjnych, o których dziś nie
przypuszczamy nawet, żeby je kto inny mógł załatwiać, prócz państwa, leżało
wtedy w zakresie właściwości innych czynników: troskę o nie obejmowały bądź
pewno samorzutnie powstające związki społeczne, bądź autonomicznie
zorganizowane korporacje, jak kościół lub miasta, bądź wreszcie powierzano je
właścicielom ziemskim, wykonywującym, z mocy przysługującej sobie własności gruntowej,
niższą administracją i policją (prócz sądownictwa) w granicach swych
posiadłości. Na dobrą sprawę dopiero wiek XIX, usunąwszy w przeważnej mierze
tamte czynniki, stworzyć zdołał dzisiejszy olbrzymi aparat urzędniczy,
spełniający wszystkie te zadania i czynności sam przez się, w imieniu państwa
samego. Rozumie się, pewne przygotowania czy wstępne kroki dadzą się w tym
kierunku zauważyć już wcześniej, w XVIII, czy choćby nawet XVI w.; nie wpływają
one jednak na zmianę ogólnego obrazu, nie są zresztą powszechne i wszędzie
równomierne. We Francji organizacja urzędnicza jest już nawet w rozpatrywanej
tu dobie pełniejsza i silniejsza, z niemieckich państewek kładą na nią już
wtedy szczególniejszy nacisk Prusy, przetwarzając się w tzw. „państwo
urzędnicze” (Beamtenstaat); ale już w
posiadłościach habsburskich rzecz przedstawia się pod pewnymi względami
inaczej. Bardziej zróżnicowana była to tylko, zmieniana zresztą często,
organizacja władz centralnych, natomiast urządzenie władz niższych zbliżało się
dosyć do typu polskiego. W prowincjach rakuskich istnieli naczelnicy
poszczególnych krajów, tz. starostowie ziemscy (Landeshauptmann) z podwładnymi sobie o wiotkim zakresie
działania, sprawcami (Pfleger), w Czechach, na czele
poszczególnych obwodów, starostowie obwodowi. Uważano to za wielki postęp w
dziedzinie administracji krajów habsburskich, kiedy Maria Teresa — na
krótko zatem przed upadkiem Rzeczypospolitej — tę właśnie czeską
instytucją starostów obwodowych rozszerzyła na inne niewęgierskie
kraje habsburskie. Genetycznie i w założeniu samem owych czeskich starostów
obwodowych zestawić można — z starostami polskimi. I dopiero też za Maryi
Teresy zorganizowana zostaje, oparta na silniejszej podstawie, średnia krajowa
władza administracyjna, tzw. gubernium. Nie przeszkodziło to, że nie tylko za
rządów tej władczyni i jej syna, ale i przedtem, przez dwa stulecia z górą,
Habsburgowie, mimo ten względnie nierozwinięty, niezbyt zróżnicowany ustrój
biurokratyczny, utrwalić i wykonywać mogli system rządów absolutnych.
Jest
przecież racja, kiedy śledząc za przyczynami słabości władzy rządowej w Polsce,
ocieramy się o kwestią urzędniczą. Tylko że należy tu uwzględnić moment inny: stosunek podwładności władz i urzędów polskich do
naczelnego ich zwierzchnika, króla. Pod tym względem rzuca się w oczy
zasadnicza różnica między stosunkami na Zachodzie, w ówczesnych państwach
absolutnych a stosunkami polskimi. Tam: ścisła zależność wszystkich organów
rządowych wobec panującego, czy podporządkowanych mu bezpośrednio władz centralnych;
tutaj daleko idące rozluźnienie stosunku zawisłości wobec monarchy. W państwach
absolutnych nawet takie urzędy, które w pewnej dobie przekształciły się w
urzędy bardziej niezawisłe, interesów społeczeństwa przede wszystkim strzegące,
jak starostowie czescy u skłonu wieków średnich, jak wielka rada ziemska czeska
jeszcze przez pewien czas później, zostały ostatecznie, przez stosowną politykę
władców, podporządkowane im bezwzględnie jako urzędy monarsze. W Polsce rozwój
idzie w wprost przeciwnym kierunku: starostowie, w wiekach średnich na dobre
jeszcze urzędnicy w ścisłym tego słowa znaczeniu królewscy, przechodzą później
w coraz większą zależność wobec organów szlacheckich, aż wreszcie, po
dokonanym, daleko idącym rozluźnieniu swej podwładności wobec króla,
przetwarzają się, w ciągu rozpatrywanej tu doby, w urzędników —
ziemskich; podobnież znów wielkie urzędy koronne czy litewskie w coraz większą
co do treści i zakresu swej działalności popadają zależność wobec sejmu. Nawet
nowe, na kolegialnej zasadzie oparte władze centralne, jakie obok samych
urzędów wielkich ustanowiono w pierwszej połowie Stanisławowskiego okresu, nie
zostały zorganizowane jako władze w założeniu ściśle monarsze: komisje wielkie,
skarbowe i wojskowe (z r. 1764—6), Rada nieustająca (z r. 1773),
wybierane przez sejm, sejmowi odpowiedzialne, są właściwie tylko wydziałami
sejmowymi.
W czymże
tkwi przyczyna, że stosunki ułożyły się w Polsce w sposób tak niekorzystny dla
władzy królewskiej? Przypominamy rzecz, omówioną już przy innej sposobności, że
u skłonu wieków średnich, w przededniu ważnych przemian życia państwowego w
Europie, budowa państwa polskiego, mimo szereg podobieństw zewnętrznych,
różniła się przecież w pewnym, zasadniczym względzie od budowy zachodnich
monarchii stanowych. Na Zachodzie istniał dualistyczny rozdział obu elementów
władzy: panującego i stanów; w Polsce związek króla z sejmem był organiczny.
Kiedy władcy zachodni zatoczyli przed sobą program monarchii absolutnej,
ułatwiła im urzeczywistnienie tego zadania okoliczność, że stojąc poza stanami,
mieli samoistny punkt oparcia, i przez to skuteczną mogli podjąć walkę czy to o
swe własne prawa królewskie, czy też o zagarnięcie praw, przysługujących dotąd
stanom. W Polsce natomiast król. organicznie związany z sejmem, ogarnięty jego
wpływem, traci grunt, o który mógłby się oprzeć w walce przeciw uroszczeniom
sejmu. Dzieje się to zaś w czasie, kiedy sejm — podobny w tym do
zachodnich organów stanowych — nie tylko, jak dzisiejsze parlamenty,
wykonywał władzę ustawodawczą, ale spełniać mógł także inne funkcje władzy
państwowej, więc: sądownictwo, i przede wszystkim władzę administracyjną.
Oplótłszy królewskość tym swoim wpływem, chwyciwszy ją w swoje tryby, nie
omieszkał też sejm zapewnić sobie przemożnego wpływu na zarząd państwowy. I to
nie tylko bezpośrednio, przez rozstrzyganie spraw administracyjnych, jakie
załatwiać uznał za rzecz potrzebną, ale i pośrednio, przez stopniowe, coraz
dalej sięgające podporządkowywanie pod swój wpływ dotychczasowych, ściśle
królewskich organów zarządu. Takim sposobem zarówno wielkie urzędy, koronne czy
litewskie, jak i starostowie przechodzą, w stosunek daleko sięgającej
zależności wobec sejmu czy innych organów szlacheckich, z ustrojem sejmowym
związanych (n. p. starostowie wobec sejmików), rozluźniając tym samem w
odpowiednim stopniu podwładność swoją wobec właściwego naczelnika rządu, króla;
takim sposobem dochodzi też do tego, że nowo za Stanisława Augusta wprowadzone
naczelne władze rządowe mogły być pomyślane i urządzone jako wydziały sejmowe.
Byłoby
błędem nie doceniać tej ujemnej strony dawnego naszego ustroju; powiedzmy
wyraźnie: jest to jedna z najsłabszych stron organizacji państwowej Polski tego
czasu. Prawda, trzeba tu zrobić jeszcze pewne zastrzeżenie, iż dobry, sprężysty
zarząd niekoniecznie przez sarnę tylko władzę monarszą i jej organy może być
prowadzony, że zadaniu temu sprostać mogą także władze samorządne, z łona
społeczeństwa wychodzące. Uwagi godną jest rzeczą, że działalność
administracyjna nie tylko Komisji wielkich, ale nawet Rady nieustającej
(potępianej zresztą dla swych politycznych skłonności), znalazła uznanie ze
strony dwu na skrajnie przeciwnym stanowisku stojących, najpoważniejszych
badaczy okresu Stanisławowskiego, a o Komisjach porządkowych cywilno-wojskowych,
niższym organie zarządu, opartym na zasadzie autonomicznej, cała nasza
literatura historyczna ma głos najpełniejszego uznania. W świetle tych
spostrzeżeń, biorąc na wzgląd zarówno działalność organów monarszych, jak i
samorządnych, sejmowych czy ziemskich, sąd o braku sprężystego zarządu w Polsce
trzeba będzie niewątpliwie złagodzić w pewnej mierze; i żeby w niczym nie
przekroczyć miary sprawiedliwej oceny, trzeba będzie co najwyżej zastrzec, że
spostrzeżenia te odnoszą się głównie do ostatniego, Stanisławowskiego okresu
istnienia Rzeczpospolitej. Gdyby wszelako nawet cofnąć się do czasów
dawniejszych, i choćby nawet w Stanisławowskim okresie nie liczyć się z
działalnością organów samorządnych, podkreślając wyłącznie niedomogi rządu i
zarządu monarszego, nie od rzeczy będzie położyć osobny nacisk na główną
przyczynę tego zjawiska, jak ją oświetliły poprzednie uwagi. Widzieliśmy, że
przyczyną tą była sama konstrukcja państwowości polskiej, oparta na zasadzie
organicznego zespolenia władzy monarszej z sejmem. To organiczne zespolenie obu
czynników, to jedna z najistotniejszych i szczególnie cennych właściwości
dzisiejszego ustroju państwowego. W Polsce wystąpiła ona zawcześnie,
o tyle, że sejm spełniał wówczas nie tylko władzę ustawodawczą, ale także
rządową, i przez to w zakresie praw rządowych znalazł możność podporządkowania
sobie monarchy; bądź co bądź stwierdzić trzeba, że przyczyną tego ujemnego
zjawiska jest tkwiąca w ustroju naszym zasada, przez którą Polska wyprzedziła
właśnie cały ówczesny kontynent europejski. Przypomnijmyż
wreszcie, że ustawodawstwo Sejmu wielkiego wprowadziło nową instytucją, która
usunąć miała największy defekt rozpatrywanych tu stosunków, która była reformą
o najbardziej zasadniczym znaczeniu. Stworzono nowy organ naczelnego rządu pod
nazwą „Straży, która w przeciwstawieniu do usuniętej na krótko przedtem
Rady nieustającej jako wydziału sejmowego, miała się stać, jak dzisiejsze
ministerstwa, władzą ściśle królewską, z nominacji królewskiej wychodzącą.
Powstał zadatek silnego na przyszłość rządu monarszego.
Po tych
uwagach, dotyczących organizacji państwowej, zwracamy się jeszcze do
rozpatrzenia stosunków społecznych Polski
XVI—XVIII w. O ile już sam nasz ustrój
państwowy był i jest niejednokrotnie przedmiotem ostrej krytyki historyków tegoczesnych, o tyle organizacja społeczna Polski spotyka
się z oceną bardziej jeszcze ujemną, nieraz namiętną, i to nie tylko ze strony
pisarzy obcych, ale w dość Szerokiej mierze także i polskich. Wszystko niemal
uważa się tu za potępienia godne: i uprzywilejowanie szlachty, i ucisk
mieszczaństwa, przez jednego z historyków ostatniej doby wytłumaczony aż
pobudką nienawiści rasowej żywiołu polskiego do — rzekomego —
niemieckiego; i wreszcie srogi ucisk, beznadziejne położenie ludności chłopskiej,
uciążonej czynszami, daninami, pańszczyznami, na ogół
ograniczeniami poddaństwa i samowolą panów. Warto przecież tym rzeczom
przypatrzyć się nieco bliżej, a przede wszystkim spokojniej, bezstronniej i
— z perspektywy historycznej; trzeba się tu znowuż wyrzec porównań ze
stosunkami dzisiejszymi, które naprawdę niczego nie objaśnią, a natomiast
zestawić je ze stosunkami dawniejszymi, jak się one ułożyły w tym samym czasie
gdzieindziej w Europie, chociażby tu sięgnąć nawet do państw najbardziej pod
względem kulturalnym i politycznym rozwiniętych.
Spotkamy
tu zatem następujące zjawiska — najpierw: co do szlachty, że w Polsce ma ona przemożny wpływ w życiu
publicznym, wyłączny dostęp do urzędów państwowych i ziemskich, zasadniczą
wolność podatkową. Niektóre z tych objawów leżą poza sferą ustrojową, n. p.
faktyczny wpływ szlachty na życie publiczne; przypomnieć jednak trzeba i co do
tego szczegółu, że to samo zjawisko powtarza się także gdzieindziej, w
Węgrzech, Niemczech, Francji itd., gdzie władcy absolutni najchętniej otaczali
się żywiołem szlacheckim, mniejsza o to, czy nagiętą do swej polityki szlachtą
„starą”, czy częściowo oparci też na tworzonej przez siebie
szlachcie tzw. „listownej” (nowej). Ustrojowa podstawa politycznego
wpływu szlachty w Polsce da się zresztą odszukać przede wszystkim w organizacji
sejmu i sejmików jako organów ściśle szlacheckich; co o tej sprawie sądzić,
wyłożyliśmy już poprzednio. Wyłączna zdolność szlachty do piastowania urzędów,
to rzecz, która w średnich wiekach wytworzyła się w całej Europie zachodniej, i
w wielu krajach przetrwała przez długie polem czasy; nie sama tylko Polska
utrzymają tę zasadę przez dalsze jeszcze stulecia, aż do w. XVIII. Utrzymała ją
może tylko w zarysach formalnie jaskrawszych, przez często powtarzane zastrzeżenia
ustawodawcze; w praktyce spotykamy stosunki bardzo podobne także w innych
zachodnich państwach europejskich. Absolutni władcy najchętniej powierzają
urzędy, przynajmniej ważniejsze, osobom szlacheckiego pochodzenia, a jeśli
nawet nieszlachcica powołają na urząd, często udzielają mu dodatkowo
szlachectwa. Jeszcze w dobie rozbiorowej władca tego pokroju, co Fryderyk II,
wszystkie ważniejsze urzędy w swym państwie powierza szlachcie. Szlacheckość
urzędów unosi się tu jeszcze wszędzie w powietrzu. Czasem rzecz sięga nawet
dalej niż w Polsce, gdyż utrzymuje się tu jeszcze częściowo wyrobiona w wiekach
średnich zasada dziedziczności urzędów w niektórych rodzinach szlacheckich, na
jaką — nie zdobyła się Polska. Wolność podatkowa szlachty, to także
powszechno-europejski wytwór średniowiecznej ewolucji społeczno -państwowej,
strzeżony jak źrenica oka, gdzie się dało, także i w czasach późniejszych przez
szlachtę. We Francji wolność podatkowa szlachty utrzymała się aż do wybuchu
rewolucji r. 1789. Przypomnijmy, że w tym samym roku, przez uchwałę Sejmu
wielkiego, szlachta polska opodatkowuje się sama „ofiarą dziesiątego
grosza”. Nie zapominajmy też, że i przedtem nieraz, w razie naglącej
potrzeby, już w wieku XVI (1520), a częściej jeszcze w w.
XVII i XVIII szlachta, przez tzw. pogłówne generalne, poddawała się wtedy
jeszcze jednorazowo, obowiązkom podatkowym.
I znowuż
— miasta. Rejestr grzechów głównych, obarczających sumienie
Rzeczypospolitej w jej stosunku do mieszczaństwa w tym okresie, pomijając
omówiony już poprzednio i do należytej miary sprowadzony brak udziału
przedstawicieli miejskich w sejmie walnym, obejmuje, z punktu widzenia
ustrojowego, następujące przede wszystkim szczegóły. Od 1496 mieszczanie tracą
prawo nabywania i posiadania dóbr ziemskich. Ustawa z r. 1565, ponawiana
później niejednokrotnie, przyznaje starostom prawo kontroli rachunków miejskich
i staje się przez to punktem Archimedesa, na którym wsparta starościńska władza
zyskuje górujący wpływ na wszelkie inne kierunki administracji miejskiej, a pośrednio
także na kształtowanie samych rad miejskich; gdyż wybrani rajcy potrzebują
najczęściej zatwierdzenia starosty, o ile miejscowo (np. w Krakowie) inne
władze nie są powołane do wykonywania tego prawa. Autonomia miejska utrzymuje
się zatem wprawdzie nadal, jak istniała w wiekach średnich, ale utrzymuje się
bardziej już tylko co do formy: jest wybierana rada, ale jej skład zależny od
zatwierdzenia organów szlacheckich, jest działalność tej rady, nawet
wszechstronna: administracyjna, skarbowa, przemysłowo-handlowa, policyjna, ale
wszystkie te kierunki działalności poddane wpływowi starościńskiemu. Co do
treści jest to już zatem tylko cień autonomii. Równorzędnie z tą przemianą, w
sądownictwie, upośledzenie mieszczaństwa ujawnia się przede wszystkim przez to,
że w najwyższej instancji dla spraw miejskich, w asesorii, instytucji wyłącznie
szlacheckiej, nie ma żadnych przedstawicieli mieszczaństwa.
Oto
główne rysy urządzeń miejskich w Polsce XVI do XVIII w.; obraz niewątpliwie
ponury. Kto je czysto zewnętrznie zestawi z stosunkami dzisiejszymi, nie będzie
szczędził zarzutów; z zarzutami takimi przeszłość nasza spotyka się tu prawie
zawsze. Warto przecież przeprowadzić pewne porównania z stosunkami miejskimi,
jak się one ułożyły gdzieindziej w dobie
współczesnej, chociażby w tak rozwiniętych organizacjach państwowych,
jak w Habsburskich krajach, czy we Francji. Porównanie to da wynik —
wprost zdumiewający; okaże się bowiem, że — ustrojowo — tamtejsze
miasta nie tylko w wielu względach podlegały w owym czasie takim samym
ograniczeniom jak w Polsce, ale częściowo znachodziły
się w położeniu znacznie jeszcze gorszym od miast polskich.
Tak
przede wszystkim w krajach habsburskich. Co do Wiednia już Maksymilian I
zarządził był r. 1517, że wybór władz podlega zatwierdzeniu jego Rządu
(Regiment). Zasadniczo istnieje tu zupełna analogia do nabytego przez starostów
polskich prawa zatwierdzania rad miejskich. Dalej jeszcze poszedł Ferdynand I
r. 1526, stanowiąc, że w radzie zasiadać mają członkowie w części tylko
powołani przez wybór, i to taki, który wymaga zatwierdzenia Rządu, w części zaś
rajcy, których mianuje bezpośrednio sam panujący. Tutaj ograniczenie posunęło
się dalej niż w Polsce, gdzie prawo mianowania rajców przez organy państwowe,
zjawia się wprawdzie, ale jako rzecz zgoła wyjątkowa, na szczególnym tytule lub
zwyczaju miejscowym oparta, i prawie że bez wyjątku w miejscowościach
podrzędnego znaczenia. Od XVI w. zjawia się też w Wiedniu osobny syndyk
miejski, jako organ panującego, dodany Radzie miejskiej dla wykonywania
kontroli nad wszystkimi jej czynnościami, oczywiście w tym sposobie, żeby na
każdym kroku przestrzegać interesów władcy; ten kształt nadzoru idzie dalej,
aniżeli pośrednia kontrola starostów polskich nad miastami. Co większa, prawo
urządzania wewnętrznych stosunków miejskich, tj. wydawania rozporządzeń ogólnej
treści, w granicach przyznanej sobie autonomii, zostaje tu uznane za wyłączną
prerogatywę panującego, z wykluczeniem władz miejskich; przypomnijmyż,
że w tym samym czasie rady miejskie w Polsce wydawały bez przeszkody liczne wilkirze miejskie, przedstawiając je do zatwierdzenia czy
to panującemu, czy innym wyższym organom państwowym tylko wtedy, kiedy chodziło
o rzeczy ważniejsze lub o szczególne zapewnienie ich wykonalności. Dodać
trzeba, że przytoczone tu ograniczenia samorządu wiedeńskiego nie miały
znaczenia ściśle miejscowego; stały się one normą, na której wzorowały się
urządzenia innych miast rakuskich, z pewnymi oczywiście odchyleniami w
szczegółach, pośród których nie brakuje ścieśnień dalej jeszcze sięgających.
Jeszcze
gorzej przedstawia się rzecz w innej dziedzinie habsburskiej w Czechach.
Reformy Ferdynanda I z r. 1528 i 1547 zniosły tu samorząd miejski prawie w
zupełności: zgromadzenia pospólstwa miejskiego, w Polsce w zasadzie wolne, w
miastach czeskich odbywać się mogą tylko za przyzwoleniem króla; wybory rad
miejskich zostają usunięte zupełnie, a członkowie ich wychodzą z nominacji
urzędników królewskich; na wzór austriackiego syndyka ustanawia się tu
starostów królewskich lub rychtarzów królewskich, z
prawem najdalej idącej kontroli organów miejskich, od r. 1706 zjawiają się
nawet osobni inspektorowie królewscy do zarządu majątkiem miast, który w
Polsce, aż do końca, mimo przyznany starostom nadzór, pozostał w ręku władz
miejskich. Nie mówić już osobno o tym, że tak samo, jak w krajach rakuskich, a
odmiennie niż w Polsce, prawo ustawowego urządzania wewnętrznych spraw
miejskich stało się również wyłączną prerogatywą monarchy.
Żeby
wyczerpać rzecz, dotyczącą krajów habsburskich, przypomnijmy jeszcze tylko
„reformę” miejską Józefa II, osobliwej uwagi godną przez to, że
zamyka rozpatrywany tu okres czasu i schodzi się prawie dokładnie z chwilą
upadku państwowości polskiej. Ograniczeniami praw pospólstwa miejskiego, daleko
idącymi ścieśnieniami jego wpływu na wybory rad miejskich, wymogiem
zatwierdzenia tych wyborów przez władze monarsze, tkwi ona w zupełności w
dawniejszym kole poglądów absolutnego władztwa na stosunek jego do idei
samorządu miejskiego, dąży zaś do większego jeszcze osłabienia stanowiska rad
miejskich przez przeniesienie punktu ciężkości na magistraty, przy czym,
przeprowadziwszy częściowe upaństwowienie funkcji magistratów, wprowadza w
resztki pozostawionego jeszcze samorządu silny czynnik rozstroju.
Żeby
wykazać, że to, co się działo w krajach habsburskich, nie było tylko zjawiskiem
odosobnionym, że powtarza się gdzieindziej w ówczesnej Europie zachodniej,
nieraz nawet w gorszym jeszcze kształcie, wystarczy przytoczyć jeszcze kilka
szczegółów porównawczych — z Francji. Znamiennym rysem dokonanych tu,
przeważnie już w ciągu wieku XVI, reform jest: nie tyle poddawanie władz
miejskich, co do spełnianych przez nie funkcji, pod kontrolę organów rządowych,
jak w Polsce, a przeważnie i w krajach habsburskich, ile raczej wprosi odejmowanie
im tych funkcji i bezpośrednie przenoszenie na władze królewskie. Zaczęło się,
co prawda, na razie, od samego tylko poddania pod kontrolę. R. 1536 wychodzi tu
edykt, że rady miejskie z zarządu majątkiem gminnym winny przedkładać rachunki
królewskim baillis i senèchaux.
Polska konstytucja z r. 1565, o przedkładaniu rachunków miejskich starostom,
jest jak gdyby żywcem z tego edyktu przejęta. Nie od rzeczy będzie podkreślić
tu moment chronologiczny: ustawa francuska wyprzedza polską o całe lat trzydzieści.
0 ile jednak w Polsce konstytucja z r. 1565 (nie licząc późniejszych jej
powtórzeń) zamknęła poczet głównych ustaw w przedmiocie ścieśnień samorządu
miejskiego, a wszystko, cokolwiek później dokonało się na jego niekorzyść, było
tylko wypływem pośredniego oddziaływania tej ustawy, o ile zresztą
oddziaływanie to nie doprowadziło nigdy do zupełnego odjęcia władzom miejskim
dawniejszych ich funkcji, jeno do rozciągnięcia nad niemi kontroli
starościńskiej, o tyle, w najbliższych zaraz czasach po roku 1536, dokonują się
we Francji reformy bardziej radykalne, prowadzące do zupełnego niemal
ogołocenia organów miejskich z atrybucji, jakie im poprzednio przysługiwały. R.
1566 i 1579 całe sądownictwo zostaje im odjęte i przeniesione na sądy
królewskie. Około tego czasu rady miejskie tracą prawo stanowienia o sprawach
handlowych w mieście; wykonują je teraz królewscy baillis
i senèchaux. Podobnież r. 1566 odjęta im
zostaje władza policyjna, na razie zwykłym organom administracyjnym monarszym,
a od t. 1667/79 osobno do tego
celu ustanawianym urzędnikom królewskim, heutenants generaux de police przekazana. Od
r. 1629 monarsze organy, podobnie jak w Czechach, uzyskują częściowy
bezpośredni udział w zarządzie majątkiem miejskim. Skutkiem tych stopniowych,
coraz dalej sięgających strat, radom miejskim pozostał już bardzo tylko
szczupły zakres czynności, a jednak, mimo to nawet, nie oszczędzono zamachów
przeciw samodzielności ich stanowiska, ostatecznie nawet przeciw samemu ich
bytowi. Od wieku XVI, na wzór tego, co się działo gdzieindziej, wybory rad
miejskich podlegają nadzorowi i zatwierdzeniu władz królewskich. Aż wreszcie
Ludwik XIV jednym ciosem przecina węzeł gordyjski: usuwa w całości rady
miejskie, na czele miasta staje mer królewski. Z zanikiem treści załamała się
ostatecznie! także i forma: z dawniejszego samorządu miast francuskich
ostatecznie — nic nie zostało.
Dość
tych przykładów. Mylili się gruntownie ci, którzy twierdzili, że Polska, jedyna
wśród ówczesnych państw, była krajem ucisku i upośledzenia mieszczaństwa;
wyrokowali zgoła niesprawiedliwie inni, którzy ją — i ją tylko — w
jaskrawym przeciwstawieniu do tego, co rzekomo istniało na Zachodzie, za ucisk
ten wyłącznie odpowiedzialną czynili, w ucisku tym, w upośledzeniu „stanu
trzeciego”, jedną z głównych przyczyn jej upadku widzieli. Błądzili też
ci, którzy w tych ścieśnieniach ustrojowej treści dopatrywali się istotnej
przyczyny ekonomicznego upadku miast polskich, niskiego stanu czy zaniku
polskiego handlu czy przemysłu. Gdyby ustrojowe ramy organizacji miejskiej
miały tu być wyłącznym, czy choćby głównym czynnikiem rozstrzygającym, pierwsze
lepsze większe miasto polskie ówczesne mogłoby się było stać Manchesterem wobec
miast zachodnich, gdzie ramy te były jeszcze ściślejsze i dotkliwiej
zacieśnione. Zagadnienie ekonomicznego upadku miast polskich pozostanie dla nas
ważnym tematem dociekań naukowych; tyle pewna, że nie można go rozwiązywać
kluczem ustrojowym, że przyczyn tego upadku szukać należy poza organizacją
miejską, która, o ile tu spełniała pewną — niewątpliwą zresztą —
rolę, mogła przecież zaważyć na szali i tylko jako moment dodatkowego,
podrzędniejszego znaczenia. Na ogół, ścieśnienie czy zniszczenie samorządu
miast, ograniczenie praw stanu mieszczańskiego, jest w tych czasach zjawiskiem ogólno-europejskim,
nie wyłącznie polskim, zjawiskiem, które ujawniło się najpierw na Zachodzie, w
najściślejszym związku z utrwalającą się tamże ideą absolutyzmu, wrogą wszelkim
przejawom samodzielnej akcji i organizacji społeczeństwa. Dopiero z Zachodu ta
polityka nieprzyjazna, z ściśle określonym programem, z ustalonymi już
kształtami, z sposobami jego urzeczywistnienia, przedostała się do Polski jako
rzecz gotowa; dostroiła się tu Polska do klasycznych wzorów „starszej
braci*. Dla tego zjawiska te występują na Zachodzie wcześniej, aniżeli w
Polsce; dla tego sposoby ograniczeń mieszczaństwa takie u nas podobne, czy
nawet takie same, jak na Zachodzie. Różnica zachodzi tylko w tym, że pobudka i
główny cel tych ograniczeń są odmienne; nie w interesie monarchii absolutnej
ścieśniano u nas prawa mieszczaństwa: dokonały się te ograniczenia raczej na
tle antagonizmu społecznego. Że mimo tę różność celów spożytkowano gotowe wzory
zagraniczne, dziwić się nie można.
Stwierdźmy
przy tym, powołując się na zestawione poprzednio szczegóły, że ograniczenia
praw mieszczaństwa nie posunęły się tak daleko, jak na Zachodzie, że nie
zastosowano u nas wszystkich tych skrajnych środków i zasad, na jakie umiano
zdobyć się gdzieindziej. Zapewniono starostom czy innym organom szlacheckim prawo
zatwierdzania rad miejskich, ale nie przeprowadzono zasady bezpośredniego
mianowania ich przez organy państwowe, ani — tym mniej — nie
usunięto rad w zupełności. Poddano zarząd władz miejskich pod nadzór
starościński, ale w zasadzie żadnej z spełnianych dawniej funkcji nie odjęto im
w zupełności, nie ustanowiono, dla ich wykonywania, osobnych urzędników
królewskich czy szlacheckich. Nawet w tym ograniczeniu, które — formalnie
— było może najdotkliwszym dla mieszczaństwa, w zakazie nabywania i posiadania dóbr ziemskich, nie wszystko w
rzeczywistości przedstawia się tak czarno, jakby się z pozoru wydawać mogło.
Przypomnieć bowiem trzeba, że nie tytko wszystkie miasta polskie jako
korporacje (gminy) miały zdolność posiadania dóbr; przysługiwała ona także jednostkom
mieszczańskim, obywatelom pewnych miast uprzywilejowanych. Przysługiwała
obywatelom wszystkich miast pruskich, ponadto zaś także, czy to już od początku
w. XVI, czy przez późniejsze nadania, mieszczanom ważniejszych miast polskich i
litewskich: Krakowa, Wilna, Lwowa. Bogatsze, zasobniejsze jednostki z pośród
mieszczaństwa, te, które przede wszystkim o nabyciu własności ziemskiej myśleć
mogły, skupiające się głównie w owych miastach uprzywilejowanych — nie
podlegały zatem ograniczeniom statutu z r. 1496. Czy ilość mieszczan innych
miast, którym zakaz statutu dawał się odczuwać, była znaczna, obliczyć się nie
da; przy slabem tętnie ówczesnego rozwoju handlowego można przecież przyjąć z
pewnym prawdopodobieństwem, że nie było ich wiele. Przypomnieć wreszcie trzeba,
że zmiana obywatelstwa miejskiego była w owych czasach rzeczą łatwą i na
szerokie rozmiary stosowaną; że więc każdy mieszkaniec miasta
nieuprzywilejowanego, noszący się z zamiarem kupna dóbr ziemskich, mógł snadno
wejść w związek obywatelski miasta uprzywilejowanego, do którego miejscowa
rada, jako jednostkę społecznie i ekonomicznie silniejszą, otwartymi
przyjmowała go ramionami. Ściśle rzecz biorąc, nie łatwo pomyśleć sobie
wypadek, żeby mieszczanin, który miał chęć nabycia ziemi i środki po temu, nie
mógł zamiaru tego urzeczywistnić w praktyce. Nie bez przyczyny też konstytucja
z r. 1621, mimo stu kilkudziesięciu lat obowiązującej mocy statutu z r. 1496,
mogła, określając rzecz jakoby całkiem zwyczajną, wyrazić się:
„mieszczanie wszyscy, którzy mają dobra ziemskie dziedziczne, mają się na
tę wojnę stawić” — i to jeszcze: „excepto
magistratu ac offieialibus”.
Nie od
rzeczy będzie stwierdzić przy tej sposobności, że zakaz nabywania dóbr
ziemskich przez mieszczan nie jest również wyłącznie polską właściwością
ustrojową; że tę samą zasadę odnaleźć można także gdzieniegdzie indziej w
zachodniej Europie. Tak n. p. w Brandenburgii, gdzie się ona wytworzyła zdawna w drodze zwyczaju, i gdzie przestrzegana była ściśle
jeszcze w dobie rozbiorowej, w czasach Fryderyka II. Nie tajono się przy tym z
pobudkami, które jej przyświecały; chodziło o to, żeby wzbogacone mieszczaństwo
nie więziło swych kapitałów w gospodarstwie rolnym, żeby je zużytkowywało w
dalszym ciągu w przedsiębiorstwach handlowych. Tym sposobem przyczynić się
mogło do żywszego rozwoju miast do podniesienia zawodów kupiecko-przemysłowych.
Oceniając rzecz z tego stanowiska, prawie że żałować trzeba, iż zakazu tego nie
przeprowadzono u nas z całą ścisłością, że przez uprzywilejowanie pewnych miast
otworzono furtę do jego obejścia. Nie byłyby znalazły zaspokojenia
wielkopańsko-szlacheckie ambicje jednostek mieszczańskich, ale byłby się
zapewne, oparty o znaczniejsze kapitały, rozwinął wydatniej handel i przemysł,
byłoby się ukrzepiło, społecznie i politycznie, samo mieszczaństwo, zasobne w
znaczniejszą ilość silnych ekonomicznie, nieciążących ku ziemiaństwu jednostek
tego stanu. I tak — potępiany wielostronnie zakaz nabywania dóbr
ziemskich przez mieszczan, cokolwiek w nim da się wytknąć pod względem
zewnętrznym i formalnym, po bliższym wglądnięciu w rzecz da się zapewne
wykreślić z rzędu ujemnych pozycji dawnego naszego ustroju społecznego.
Przypomnijmyż wreszcie —
najgruntowniejszą — reformę Sejmu czteroletniego. Prócz instytucji
plenipotentów miejskich, powołanych do udziału w sejmie i centralnych
magistraturach rządowych, a także w najwyższej instancji sądowej miejskiej,
asesorii, zapewnia ona mieszczaństwu polskiemu szereg innych, najdalej
sięgających uprawnień. Znosi zakaz nabywania dóbr ziemskich, daje dostęp do
pewnych urzędów państwowych i możność uzyskania stopni oficerskich, usuwając
wszystko, co w dziedzinie ograniczeń społecznych było dotąd najdotkliwszego,
najboleśniejszego dla mieszczan. Najważniejsza zaś rzecz, to zupełne przywrócenie
autonomii miejskiej, z usunięciem wpływu czynników postronnych, przede
wszystkim władzy starościńskiej. Rzuca się tu w oczy jaskrawe przeciwieństwo
między treścią tej pełnej, na szerokie rozmiary przeprowadzonej reformy, a
równoczesną, ciasnym poglądem absolutystycznym przepojoną „reformą”
Józefa II. Na ogół zaś — nielicząc
przetwarzającej się w tych latach gruntownie w rewolucyjnym tyglu Francji
— nie łatwo byłoby wskazać naówczas kraj, w którym samorządowi miejskiemu
zakreślonoby granice, sięgające poza to, co tu
stworzył sejm wielki. I tak Polska, o ile nawet w dobie ograniczeń praw
mieszczaństwa nie obarczyła go tym wszystkim złem, jakie je spotkało
gdzieindziej, o tyle w ostatniej jeszcze godzinie przed upadkiem swej
państwowości obsypała je hojną dłonią wolnościami, nie tylko usuwając
poprzednie niedomogi, ale ponadto jeszcze stwarzając dla innych państw wzór
naśladowania godny. Na ogół — zasady organizacyjne stanu mieszczańskiego,
jak je wytworzyła i ustaliła Polska, nie tylko w dobie reform, ale przez całe
trzy ostatnie stulecia swego istnienia, ocenione na porównawczym tle
współczesnych stosunków europejskich, wychodzą z tego egzaminu —
zwycięsko.
Wreszcie
zaś — sprawa chłopska.
Ześrodkowuje się ona głównie w tzw. kwestii
poddaństwa. Nie przesądzamy niezałatwionego dotąd w nauce sporu, jakie,
ze stanowiska ściśle teoretycznego, zakreślić należy granice pojęciu
poddaństwa, jak je zestosunkować z pokrewnymi
zagadnieniami tzw. władztwa gruntowego (Grundherrschaft)
i władztwa nad dobrami (Gutsherrschaft), czy
podciągnąć pod nie tylko elementy wzajemnego między chłopem a panem stosunku,
wykazujące znamiona publiczno-prawne, z wyłączeniem tych, których charakter
jest wybitnie prawno-prywatny. Biorąc to pojęcie w jego znaczeniu
obszerniejszym, częściowo w nauce uznanym, i dość pospolicie w praktyce
utartym, możemy mianem poddaństwa określić całość stosunku prawnego chłopa do
pana, ujawniającą się w różnych kierunkach jako węzeł daleko sięgającej
podwładności patrymonialnej a zarazem jako obowiązek najróżnorodniejszych
świadczeń, zarówno rzeczowych, jak i osobistych, na rzecz pana. W stosunku tym
grunt, na którym chłop siedzi, uważany jest za własność pana, na którym chłopu
przysługuje tylko prawo użytkowania; w zamian za to, czy jak inni twierdzą,
ponadto także z racji związku matrymonialnego, chłop uiszczać winien panu pewne
stałe czynsze, zresztą także liczne inne opłaty, często pod osobnymi nazwami
występujące, wreszcie spełniać na jego rzecz bezpłatne robocizny, tzw.
pańszczyznę, pochłaniającą, przez ciąg całego roku, znaczną część jego czasu i
pracy. Nie wolno też chłopu bez przyzwolenia pana opuścić gruntu i przenieść
się gdzieindziej; nie wolno mu nawet, w braku takiego przyzwolenia, wysłać
synów na zarobek lub naukę rzemiosła do miasta, czy też wydać córki za mąż: we
wszystkim tym poddaństwo przynosi już bezpośrednie ścieśnienie osobistej
wolności chłopa, zawiera elementy niewolnictwa, i dla tego, w odróżnieniu od
innych stron całego stosunku, ten jego składnik określany jest pospolicie nazwą
poddaństwa osobistego (Leibeigenschaft). Poza tym
wszystkim wreszcie przysługuje panu w obrębie jego posiadłości niższa władza
administracyjna i policyjna nad poddanymi, przede wszystkim zaś władza
sądownicza, nieraz bez możności odwoływania się chłopa do jakichkolwiek organów
państwowych. Przez to podporządkowanie pod władzę pańską, spełniającą tu
funkcje wybitnie publicznoprawne (poddaństwo w znaczeniu ściślejszym), chłop
jest w szerokiej mierze zdany na jego wolę czy samowolę, narażony bezkarnie na
jego nadużycia i możliwe uciążenia, i przez to popada
pośrednio w zupełną od niego zależność, sięgającą głęboko we wszystkie jego
stosunki życiowe.
Takie
poddaństwo, ustalone ostatecznie u skłonu wieków średnich, istniało w Polsce
przez trzy ostatnie stulecia jej państwowego bytu. W ciasnych, szorstkich,
gniotących ramach tej instytucji, nie na różach ścielił się żywot chłopa
polskiego. Nie zliczyć autorów, którzy nad tym jego ciężkim losem rozdzierali
szaty: rzecz, w zasadzie zrozumiała, zwłaszcza, jeśli się na nią patrzy przez
szkła dzisiejsze. Dziwniejsza to, że pospolicie rozdzierano szaty — nad
losem samej tylko ludności włościańskiej w Polsce. Oto dla próbki pogląd
jednego z historyków niemieckich: w Polsce „szlachta w bezgranicznym
dążeniu do zysków zepchnęła chłopów na stanowisko pozbawionych prawa
niewolników”, do czego, jako rzecz bardziej jeszcze znamienną, dodać
można pogląd znacznej części historyków ruskich, że ruskiemu chłopu, uciskanemu
poddaństwem w Polsce, dopiero upadek tego państwa przyniósł wyzwolenie.
Zobaczymy,
co o tym mówią fakty rzeczywiste, naukowo, w samej przede wszystkim
historiografii zagranicznej stwierdzone.
Mówią
najpierw, że instytucja poddaństwa, zanim przyszła do Polski, wytworzyła się i
ustaliła gdzieindziej — na Zachodzie, mianowicie w najbliższym Polsce
sąsiedztwie niemieckim. W Niemczech samych występuje ona na ogół w dwu
kształtach, terytorialnie mniej więcej rzeką Łabą rozdzielonych. W połaci
zachodniej, poddaństwo, oparte o t. z. „władztwo nad dobrami”,
przybiera kształt łagodniejszy, nie łączy się koniecznie z patrymonialną władzą
sądową pana nad chłopami ; w połaci wschodniej, na prawo od Łaby, poddaństwo,
wytworzone w związku z „władztwem gruntowym”, występuje w całej
swojej bezwzględności, z wszystkimi, wyliczonymi na wstępie ciężarami i
ograniczeniami. Wiadomo, jak silnie, przez bezpośrednie sąsiedztwo,
oddziaływały na Polskę niemieckie urządzenia w dziedzinie stosunków
gospodarczych i organizacyjnych ludności włościańskiej: dość przypomnieć tu
bezpośrednio poprzednie stadium ewolucyjne sprawy chłopskiej, organizacją wsi
na prawie niemieckim. Jak przedtem, tak i teraz Polska uległa wpływowi, idącemu
z zewnątrz, i nie można się nawet dziwić, że przyjęła właśnie ten kształt
poddaństwa, jaki istniał w przytykających do jej ściany wschodnich krajach
niemieckich, t. j. kształt ostrzejszy; przyjął go zresztą także inny, na
oddziaływanie z tej strony wystawiony kraj, t. j. Czechy. W ramach nowej
instytucji rozpływa się, przynajmniej co do treści, dawniejsza organizacja
osad, zasadzonych na prawie niemieckim: ewolucja tym łatwiejsza, że organizacja
ta mieściła już w sobie różne elementy poddaństwa, tylko że jeszcze nierozwinietę w całość. Bo i osadnik na prawie niemieckim
był tylko użytkowcą gruntu, którego własność należała
do pana; i on miał świadczyć panu pewne czynsze i opłaty, a nawet, jak się
czasem zdarzało, spełniać robocizny; tylko, że wszystkie te ciężary, a
zwłaszcza robocizny, nie były jeszcze tak znaczne. Wreszcie, w jedynym,
najważniejszym dla chłopów organie, w urzędzie sołtysim, który do osad tych nie
z Niemiec, jeno przez stosowne przetworzenie staropolskiej instytucji starostów
wiejskich się przedostał, był wprawdzie zadatek pewnej samodzielności w ustroju
osad wiejskich; ale przez niedostateczne obwarowanie praw urzędu sołtysiego
wobec uroszczeń pana, przez stopniowe przechodzenie sołtysa w zawisłość od
niego, w końcu przez samo zagarnięcie władzy sołtysiej ze strony panów, stanął
pomost, przez który można było dojść do wytworzenia najistotniejszego składnika
poddaństwa, patrymonialnej władzy sądowej pańskiej nad chłopami. Zrodziły się
stosunki opłakane, nie gorsze jednak, niż na wielkiej przestrzeni sąsiednich
krajów zachodnich, bez porównania zresztą znośniejsze od tych, jakie istniały
na wschód od Polski, w krajach moskiewskiego, a później rosyjskiego państwa,
gdzie kwitło w pełni poddaństwo osobiste, spychające chłopa na stanowisko
niewolnika.
Instytucja
poddaństwa, to zatem nie wytwór — osobliwie polski Zaszczyt ojcostwa tej
instytucji przysługuje innym krajom; jej miejsce urodzenia leży poza obrębem
Polski. Gotowa, istniejąca już przedtem gdzieindziej rzecz, przedostała się
dopiero z biegiem czasu do nas. Stwierdzając fakt przejęcia, i osnuwając na nim
wnioski historiozoficzne, zapiszmyź tu przynajmniej
zastrzeżenie dobrodziejstwa inwentarza, i za wszystkie grzechy, mieszczące się
w systemie poddańczym, pociągnijmy do odpowiedzialności przede wszystkim
— jego właściwych autorów. Podobnież, jeśli się komu podoba nazwać
poddaństwo instytucja „średniowieczną”, niechże o tę średniowieczczyznę nie wini samej tylko Polski, niechaj
skieruje zarzuty także przeciw innym państwom i narodom, którym ona również nie
była obcą. Przy tym — i to rzecz druga, którą podkreślić należy z
naciskiem szczególnym — niechaj nie wini Polski o to, że poddaństwo
utrzymało się tu tak długo, aż do skłonu wieku XVIII, do ostatnich chwil
istnienia Rzeczpospolitej. Bo wszędzie indziej, gdzie się ono raz ustaliło,
przetrwało również cały wiek XVIII, sięgnęło nawet częściowo, nieraz głęboko, w
wiek XIX; przetrwało zatem sam upadek Polski. Kiedy Polskę rozbierano,
tamtejsza ludność włościańska nie przechodziła z piekła ucisku poddańczego do
raju wolności obywatelskich i samodzielności gospodarczej; przedostawała się
tylko bądź to w gorszy jeszcze system ograniczeń, jak w Rosji, bądź w takie
samo w zasadzie poddaństwo, jakiemu ulegała w Polsce, jak np. w Austrii. Nie
wiedzieć, czego szukać, i co bardziej podziwiać, czy ignorancją faktów
historycznych, czy złą wolę w ocenie zjawisk dziejowych, kiedy się czyta twierdzenia,
że rozbiory Polski stały się chwilą wyzwolenia ludności wiejskiej z
„petów niewolnictwa, nałożonych przez szlachtę polską”. W krajach
habsburskich nierychlej, jak w osiem lat po pierwszym
już rozbiorze, a na czternaście tylko lat przed rozbiorem ostatnim, zdobył się
Józef II na usunięcie tego, co w systemie poddaństwa zachodniego stanowiło
najboleśniejszy wrzód, tj. elementów poddaństwa osobistego (Leibeigenschaft);
a i to ulżenie uzależnione zostało od stosownego w zachodzących wypadkach
okupu. Poza tym Józef II, podobnie jak poprzedniczka jego Maria Teresa, mimo
wybitny reformatorski kierunek swych rządów, nie ważyli się w niczym tknąć
istotnych podstaw poddaństwa: cała ich działalność skierowana tu była conajwyżej ku temu celowi, żeby usunąć czy złagodzić
najdalej sięgające wybujałości tego stosunku. W tej myśli reformowała Maria
Teresa sprawę robocizn chłopskich, Józef II sprawę jurysdykcji patrymonialnej
panów, cywilnej czy kryminalnej; ale zarówno pańszczyzny, jak czynsze i daniny,
jak użytkowe tylko prawo chłopa do gruntu, jak wreszcie i sądownictwo
patrymonialne panów utrzymały się w pełni pod rządem tych wielkich reformatorów
i — przez kilkadziesiąt jeszcze lat następnych. Bądźmy wobec nich
sprawiedliwsi, niż się to zdarza wielu historykom — nawet polskim —
wobec Polski; nie wińmy ich, że się nie zdobyli na zniesienie poddaństwa. Nie
była to rzecz, dająca się załatwić cięciem miecza gordyjskiego: był to problem,
sięgający do najgłębszych podstaw życia gospodarczego i państwowego, a ześrodkowujący
się przede wszystkim w zagadnieniu finansowym olbrzymich rozmiarów. Powinności
chłopskie w stosunku poddańczym, czynsze, opłaty, robocizny, stały się w ciągu
kilku stuleci istnienia tych stosunków jednym z najgłówniejszych czynników,
stanowiących o wartości dóbr ziemskich; a wypływały z zasady, że chłop jest
tylko użytkowcą gruntu, którego własność należy do
pana, z którego zatem, w zamian za użytkowanie, winien panu świadczyć owe
powinności. Żeby chłopa uwłaszczyć, a w związku z tym usunąć powinności, trzeba
było panu przyznać stosowne wynagrodzenie za utracone wartości — o ile
nie miał się dokonać najgruntowniejszy przewrót, formalny kataklizm w
dziedzinie stosunków gospodarczych; żeby już nie mówić osobno o
niesprawiedliwości — najdalej sięgającej. Na koszt takiej olbrzymiej
indemnizacji, choćby ją przyszło pokryć tylko częściowo — obok innych
czynników — jak tę rzecz urządzono później, nie wystarczały środki
pieniężne państwa, nawet jeszcze w XVIII wieku. I znowuż, żeby usunąć władzę
administracyjną, policyjną i sądownictwo patrymonialne panów w obrębie ich
posiadłości, trzeba było stworzyć i utrzymać całą armię urzędników państwowych
dla wykonywania funkcji, co do których dotąd właściciele ziemscy zastępowali
organy państwowe. Wiemy też, że kiedy później przyszło w istocie do zniesienia
poddaństwa, reforma ta połączyła się z inną, z gruntownym przekształceniem i
rozszerzeniem całej organizacji urzędniczej, przede wszystkim niższej. Otóż na
to olbrzymie, trwałe obciążenie skarbu nie mogło sobie pozwolić państwo nie
tylko XVI czy XVII, ale także jeszcze XVIII stulecia.
I tak
złożyło się, że stosunki poddańcze, gdziekolwiek się wytworzyły i ustaliły,
musiały przetrwać przez całe stulecia. Nie wolno wytykać, że przetrwały w
Polsce aż do jej upadku; bo upadek ten nastąpił w czasie, w którym poddaństwo
utrzymało się — i utrzymać musiało — takie w innych krajach. Znoszą
je poszczególne kraje niemieckie w różnych latach pierwszej połowy XIX
stulecia, Austria nierychlej jak r. 1848 w zasadzie,
a w praktyce dopiero w ciągu lat 1849 — 1855. Dzieje się to wszędzie w
związku z głęboko sięgającymi reformami administracji i sądownictwa, i kosztem
olbrzymich wysiłków materialnych państwa, na które ono dopiero teraz zdobyć się
zdołało. Tym sposobem stało się, iż szereg państw, które przetrwały wiek XIX,
zapisać może w swych rocznikach zaszczytny fakt zniesienia poddaństwa i
uwłaszczenia chłopów; nie może go zapisać na swoją korzyść Rzeczpospolita
polska, która do czasów tych nie dotrwała. Przez dziwne, jedyne w swoim rodzaju
rozumowanie, przez rzucającą się w oczy nieznajomość rzeczywistej ewolucji
dziejowej, czasem przez karygodną spekulacją na łatwowierność czytającej
publiczności, formułuje się na tej podstawie takie oto zestawienie: wszędzie,
gdzie istniało poddaństwo, zostało ono przez odnośne państwa zniesione, tylko
jedna Polska nie zdobyła się na zniesienie poddaństwa 1 U tego rodzaju
historiozofów nie istnieje chronologia, nie istnieje zrozumienie, czym są i
czym być mogą poszczególne stadia rozwojowe w dziejach ludzkości; polemika z
nimi jest rzeczą bezcelową. Jedno przecież pytanie należy im jeszcze postawić:
kto z nich chciałby twierdzić, iż Rzeczpospolita, gdyby była przetrwała do
wieku XIX, nie byłaby się zdobyła na zniesienie poddaństwa, jak je w tym
właśnie czasie poczęto usuwać także gdzieindziej? Dla orientacji wystarczy tu
przypomnieć przede wszystkim Konstytucją 3 maja. Z tych samych przyczyn, co i
gdzieindziej, nie wzruszyła ona, i wzruszyć nie mogła instytucji poddaństwa;
ale uznała zasadniczo pełną wolność osobistą wszystkich obywateli państwa,
zatem także i chłopów, i przez to dokonała conajmniej
tyle, co współczesna niemal reforma Józefińska, usuwająca poddaństwo osobiste;
zapewniła chłopom wyraźnie opiekę prawa, przyniosła zatem ukrócenie samowoli
pańskiej w spełnianiu jurysdykcji patrymonialnej; nadto w pośrednim niejako
potępieniu samego dotychczasowego układu rzeczy, rzuciła myśl programową, za
pomocą której stosunki chłopskie można było w znacznej części wyjąć poza ramy
właściwego poddaństwa: myśl urządzenia wzajemnego między panem a chłopem
stosunku — na zasadzie wyraźnej, obie strony wiążącej umowy. I jeszcze
nawet po tej konstytucji, uwzględniając te części Polski porozbiorowej, w
których przez pewien czas mieliśmy możność samodzielnego kierowania sprawami,
przypomnieć trzeba pewne akcje i reformy w tej sprawie Księstwa Warszawskiego i
Królestwa kongresowego. Wszystko — wytycza jasno kierunek, w jakim wypaść
powinna odpowiedź na postawione pytanie.
Nie dość
jednak stwierdzić samą współczesność istnienia stosunku poddańczego w Polsce w
zestawieniu z innymi państwami. Dla pogłębienia sprawy rozważyć jeszcze należy
kwestią: jaką — na ziemiach polskich — była jego treść w porównaniu
z poddaństwem innych krajów; czy ograniczenia chłopa nie sięgały tu może w
szczegółach dalej, czy szorstkość stosunku nie dawała mu się odczuwać
dotkliwiej, aniżeli gdzieindziej? Na to zagadnienie trzeba położyć nacisk tym
większy, że historiografia, potępiająca z urzędu przeszłość Polski, z zamitowaniem szczególnym, prawda, że z nieszczególnym
zasobem dowodów, właśnie najczęściej podnosi zarzuty niesłychanego rzekomo
ucisku chłopa polskiego. Znowuż — dla orientacji — przytoczymy
wiązkę szczegółów i spostrzeżeń, ograniczając się oczywiście do zagadnień
ustrojowej treści.
Oto więc
najpierw — stosunek chłopa do ziemi.
Jak gdzieindziej, nie jest on także w Polsce stosunkiem własności, która
przysługuje panu. Ale szanowane i uznane tu jest przynajmniej prawo chłopa do
użytkowania gruntu, silne do tyla, że panu nie wolno
naruszać go samowolnie, usunąć jednostronnie związek, zachodzący między
człowiekiem a ziemią. Sposobem nadużycia zdarzyć się mogły oczywiście także i w
Polsce wypadki, że pan wyrzucał chłopa z gruntu i zagarniał rolę dla siebie;
zasadniczo biorąc, było to jednak bezprawie, i nigdy, czy to przez zwyczaj, czy
— tym mniej — przez ustawowe zarządzenia, nie doszło do sankcji
prawnej takiej zasady. Natomiast w Niemczech już pod koniec wieków średnich, a
bardziej jeszcze w czasach późniejszych proces wyrzucania chłopów (Bauernlegen) celem zaboru ich gruntów tak dalece przybrał
na rozmiarach, że stał się ostatecznie zasadą zwyczajowo uświęconą. Zasada ta
znalazła pośredni wyraz nawet w ustawodawstwie, przez wysnucie odpowiednich
konsekwencji. Tak kiedy w Polsce nie było można pozbyć roli bez chłopa, ani
chłopa bez roli, w Brandenburgii dopuszczono tego rodzaju pozbyć r. 1681, a w
Meklemburgii jeszcze nawet r. 1757. Główna gospodarcza podstawa chłopskiego
bytu przedstawia się w Polsce jako rzecz silniej obwarowana, aniżeli w wielu krajach
niemieckich.
Bardzo
pouczające zestawienia nastręcza sprawa
pańszczyzn, jak wiadomo, jedna z najdotkliwszych, najboleśniejszych
stron całego stosunku poddańczego. Jedyne ustawy sejmowe, określające w Polsce
wymiar pańszczyzn chłopskich, to dwa statuty z r. 1520, toruński i bydgoski,
oba zobowiązujące chłopów do jednego dnia robocizny w tygodniu, tj. do 52 dni
roboczych na rzecz pana w ciągu roku. Jest to najdokładniej ten sam wymiar,
jaki obowiązywał przez kilka wieków na Węgrzech, wymiar, ze względu na ten
ostatni kraj uważany pospolicie za najłagodniejszy w porównaniu z innymi
współczesnymi państwami; nie przeszkodziło to temu, że liczni autorzy właśnie
przeciw obu statutom polskim z r. 1520 podnieśli ciężkie oskarżenia o nadmierne
obciążenie chłopów pańszczyznami. W praktyce, co prawda, przez odpowiednio
dostosowaną wykładnię statutów, przez samowolne stopniowanie, zwiększyli
panowie polscy ciężar pańszczyźniany bardzo znacznie. W drugiej połowie wieku
XVIII, za Stanisława Augusta, zapisać mógł współczesny obserwator tych
stosunków, że pańszczyzna, z typowego gospodarstwa chłopskiego (półłanka)
świadczona, wynosi pospolicie 3 dni w tygodniu, tj. około 160 dni na rok.
Połowa roboczego czasu, jakim chłop mógł rozporządzać, szła w ten sposób na
rzecz pana. Ciężar bez wątpienia bardzo dotkliwy, surowo przez historyków
wytykany Polsce, najczęściej ze słowami potępienia. Jaka szkoda, ze historycy
ci nie zajrzeli o miedzę dalej! W niewęgierskich
krajach habsburskich, w wieku XVIII, przez takie samo, jak w Polsce, samowolne
stopniowanie tego ciężaru, obowiązek pańszczyźniany tak przybrał na rozmiarach,
i tak się stał nieznośnym dla chłopa, że Maria Teresa musiała wejrzeć w tę
sprawę i postarać się o ustawowe ograniczenia samowoli pańskiej przez ustalenie
pewnych norm co do wymiaru pańszczyzn. I cóż się stało? Oto jako normę przyjęła
cesarzowa trzy dni pańszczyzny w tygodniu, zakazując podwyższania jej ponad tę
miarę. Ta norma utrzymała się bez istotnych zmian nie tylko pod Józefem II, ale
i jego następcami, aż do zniesienia poddaństwa w połowie w. XIX. Jest to ta
sama norma, jaką stosowano w Polsce aż do jej upadku, bez dalszych przekroczeń
na niekorzyść chłopa. Tutaj Polska trzyma się zresztą na równi z krajami
habsburskimi; o ileż jednak wychodzi na jej korzyść porównanie z Meklemburgią,
Pomorzem i Holsztynem, gdzie w tym samym czasie z jednego gospodarstwa,
codziennie, jak rok długi, z wyjątkiem tylko świąt, pracowało na rzecz pana po
5 ludzi i 8 koni. Mimo takie i tym podobne niewątpliwe fakty, jedna tylko Polska
miała być krajem niesłychanego ucisku pańszczyźnianego!
Dodamy
jeszcze, że na Zachodzie, oprócz zwykłej pańszczyzny, istniała jeszcze,
niezależnie od tego obowiązku, kilkuletnia, przymusowa
służba dzieci chłopskich w dworze pana (Zwangsgesindedienst);
w Polsce, jak stwierdzają urzędowe źródła pruskie z najbliższych czasów po
rozbiorze, a za niemi najpoważniejszy badacz stosunków chłopskich w Prusach (Knapp), dzieci chłopskie obowiązkowi temu nie podlegały.
Przypomnijmy dalej, że w Polsce obowiązek pańszczyźniany nie był ściśle
oznaczony tylko w dobrach prywatnych, tutaj też przede wszystkim nastręczało
się pole do stopniowego zwiększania go, do nadużyć ze strony panów natomiast w
dobrach królewskich, przez periodycznie spisywane inwentarze i lustracje,
granice obowiązku pańszczyźnianego były ściśle
określone, a przez to też możność ukrzywdzenia chłopa, przez starostę
czy ekonoma, w zasadzie usunięta. W krajach habsburskich na takie ścisłe
piśmienne ustalenie powinności chłopskich zdobyła się dopiero Maria Teresa, w
związku z swoją reformą pańszczyźnianą, przez założenie tzw. urbariów; w
Prusach zaś, gdzie takich urbariów nie było, w razie zachodzących wątpliwości,
jak daleko sięga obowiązek chłopa, przemawiało domniemanie za tym, że pańszczyzna
jest nieoznaczoną, zatem co do wymiaru od uznania pana zależną (tzw. neumärkische Vermutung).
Stwierdzimy wreszcie, że w Polsce, jak zresztą i w niektórych innych krajach, w
razie większej wydatności pańszczyzn, zmniejszały się stosunkowo daniny
chłopskie; ale w Czechach, w wieku XVIII, po trzech stuleciach rządów
niemieckich, wyśrubowano ciężar danin i posług tak wysoko, że ludność tamtejsza
sprostać im nie mogła.
Osobno zwrócimy
tu jeszcze uwagę na szczegół, rzucający dużo znamiennego światła na niniejszą
sprawę. Mamy na myśli przytoczoną już poprzednio wiadomość pisarza z epoki
Stanisławowskiej (Ostrowskiego) o normalnym w tych czasach wymiarze pańszczyzn
chłopskich, opatrzoną dodatkiem, że stosunkowo
najłagodniej ciężar pańszczyźniany ułożył się — na Rusi. Nie ma
najmniejszego powodu Wątpić o prawdziwości tego przekazu; w warunkach, wśród
których powstawało dzieło, w sposobie, w jakim było pisane, nie da się odszukać
nic, co by mogło przemawiać za rozmyśl-nem wypaczeniem prawdy. Zawierzymy tedy
podanemu przekazowi. Nie przypuścimy oczywiście ani na chwilę, żeby stwierdzone
tu korzystniejsze położenie chłopa na Rusi wypłynęło z jakichś idealnych,
czysto humanitarnych pobudek, którym i kierowali się panowie; patrząc na rzecz
trzeźwo, przyjmiemy zapewne najzasadniej, że wpłynęły na to względy rzeczowej
treści: interes materialny panów, którzy na tych wielkich, pracy ludzkiej
spragnionych przestrzeniach ziemi, przez zbytni nacisk na ciężary poddańcze,
nie chcieli zniechęcać chłopa, podsycać jego skłonności do zbiegowstwa,
owszem, raczej do tego zmierzali celu, żeby wywołać liczniejszy przypływ
żywiołów chłopskich z innych ziem Rzeczypospolitej. Jakiekolwiek jednak
działały tu pobudki wewnętrzne, sam fakt rzuca się jaskrawo w oczy: chłop ruski
znachodził się w Polsce w położeniu lepszym,
korzystniejszym, aniżeli chłop polski. Oto właściwe oświetlenie mrzonek, jakoby
w Rzeczypospolitej chłop ruski, dla tego, że Rusin, podlegał szczególnemu
uciskowi ze strony szlachty polskiej. Na chłopie ruskim bez wątpienia odbijał
się dotkliwie ciężar poddaństwa, ale odbijał się nie tylko na nim: uginał się
pod nim także chłop polski. Momenty gospodarczo-społeczne wchodziły tu
wyłącznie w grę, nie momenty narodowościowe; dla tego pod uciskiem jęczał chłop
jako taki, niezależnie od tego, jakim mówi językiem, jaką wyznaje wiarę, o ile
chodzi o różnice narodowościowe, stosunki gospodarcze, jedyne, jakie tu
rozstrzygały, ułożyły się przypadkowo w tym właśnie sposobie, że chłop ruski
zyskał stanowisko uprzywilejowane wobec chłopa polskiego. Mimo to twierdzi się
bez zająknienia, że upadek Polski wyzwolił chłopa ruskiego z nieznośnego ucisku
poddańczego — choć chłop ten w państwie rozbiorowym znalazł się w takim
samym stosunku poddańczym jak dawniej w Polsce. I jeszcze w chwili, kiedy miała
wybić ostatnia godzina poddaństwa — ok. połowy XIX stulecia — suma
świadczeń poddańczych w Galicji wschodniej, zreluowana
na wartość pieniężną, była prawie że o połowę mniejsza od sumy tychże świadczeń
w Galicji zachodniej — spuścizna, pozostawiona chłopu ruskiemu przez
Rzeczpospolitą, bez porównania korzystniejsza od tej, jaką ona przekazać mogła
własnym swoim, polskim dzieciom chłopskiego stanu.
Słów
kilka jeszcze o sądownictwie patrymonialnym
panów nad chłopami. W Polsce poddany nie miał prawa apelacji od wyroku
pańskiego do innej instancji; była to niewątpliwie jedna z najdotkliwszych
bolączek poddaństwa, otwierająca szerokie wrota samowoli pańskiej wobec chłopa.
Nie zapominajmy jednak, że bywało tak samo także i gdzieindziej, n. p. na
Pomorzu, pod panowaniem pruskim. W krajach habsburskich, w Bawarii itd. rzeczy
ułożyły się korzystniej pod względem formalnym : uznawano tu ochronę prawną
chłopa ze strony władz publicznych przeciw nadużyciom panów. Sami jednak
badacze niemieccy stwierdzają, że ochrona ta miała tylko znaczenie iluzoryczne,
gdyż ci, którzy władzę wykonywali, związani byli tysiącznymi węzłami,
poczynając od krewieństwa, a kończąc na wspólności
stanowej, z samymi panami krzywdzącymi. Praktycznie rzecz biorąc, brak ochrony
prawnej w Polsce i ochrona prawna w niektórych innych krajach, dawały ten sam
wynik ujemny. Zastrzec przy tym jeszcze należy z osobna, że brak ochrony władz
publicznych odnosi się w Polsce tylko do poddanych prywatnych; poddani dóbr
królewskich mieli ją w instytucji sądów referendarskich, do których mogli
zwrócić się każdej chwili czy to przeciw wyrokowi, czy przeciwko innemu uciążeniu ze strony starosty lub ekonoma. A wtedy rzecz
przedstawiała się korzystniej, aniżeli na Zachodzie, w tych nawet państwach,
które dawały chłopu ochronę prawną; jakkolwiek bowiem członków sądu
referendarskiego wiązał z starostami również węzeł wspólnej przynależności
stanowej, to jednak wzgląd na to, żeby przez ucisk chłopów nie niszczały, nie
pustoszały dobra królewskie, nakazywał tu wyrokującym trzymać się możliwie
linii sprawiedliwości. Ogłoszone częściowo wyroki sądów referendarskich
stwierdzają też, że chłopi dóbr królewskich wychodzili nieraz zwycięsko ze sporów
ze starostami. Wreszcie, Konstytucja 3 maja, przyznając chłopom na ogół opiekę
prawa, przyznała ją także poddanym prywatnym, i przez to zrównała ich pod tym
względem z poddanymi dóbr królewskich oraz chłopami niektórych innych krajów
zachodnich, które opiekę prawną poprzednio im już były przyznały.
Przedmiotem
najujemniejszej krytyki była niejednokrotnie uznana w
konfederacji generalnej z r. 1573 zasada, iż panu wolno skazać poddanego
„według rozumienia swego”. Że pod tak ogólnikowe postanowienie da
się podciągnąć także prawo życia i śmierci w wykonywaniu sądownictwa
patrymonialnego, przyznajemy. Gdyby przecież nic już więcej nie było do
nadmienienia o tym przedmiocie, przypomnieć trzeba, że r. 1768 wyszła ustawa,
która taką wykładnię wyraźnie usunęła. Ale trzeba tu zwrócić uwagę na inną
jeszcze okoliczność: oto, że najskrupulatniejsze poszukiwania sumiennego,
poważnego badacza (Korzona) nie zdołały ujawnić, żeby choć w jednym wypadku
patrymonialny sąd polski skazał poddanego na karę śmierci. Natomiast rozpatrzenie
materiału źródłowego z krajów niemieckich wykazało, że współcześnie w
Meklemburgii, tak samo jak w Polsce, panu przysługiwało formalne „ius vitae ac
necis” nad poddanymi, a w Saksonii naprawdę
nawet tracono chłopów na podstawie wyroków, wydanych w sądach pańskich.
Otóź i wynik: Rozważając
wewnętrzną treść poddaństwa polskiego, nie spotkamy tu, w szeregu uciążeń i ograniczeń chłopa, niczego takiego, co by
wybiegało poza granice, ustalone w poddaństwie krajów zachodnich. Wszystko złe,
które obarczało chłopa, nie wyłączając ograniczeń najdalej sięgających,
znajduje odpowiedniki w współczesnych urządzeniach poddańczych innych krajów. W
niejednym przecież szczególe i kierunku system poddaństwa polskiego przedstawia
złagodzenia w porównaniu z systemem innych państw. Uzupełniając, a raczej
prostując częściowo jedno z poprzednich spostrzeżeń, powiemy tedy: Kiedy Polskę
rozbierano, jej ludność włościańska nie zyskiwała przez to bynajmniej, w nowych
państwach rozbiorowych, wolności obywatelskiej i samodzielności gospodarczej,
nie we wszystkim nawet przedostawała się w ramy takiego samego co do treści
systemu poddańczego, jakiemu ulegała w Polsce; owszem, w niejednym kierunku jej
położenie mogło się pogorszyć i pogarszało się rzeczywiście. Mimo to twierdzenie,
że Polska w trzech ostatnich stuleciach istnienia, czy choćby w chwili upadku,
nie tylko była państwem ucisku poddańczego „kat egzochen”,
ale zarazem ucisku, posuniętego do najdalszych, gdzieindziej nieznanych granic
— uchodzi nieraz jeszcze dzisiaj za dowód gruntownej znajomości dziejów,
za wyraz trzeźwego, sprawiedliwego poglądu historiozoficznego!
Wyczerpaliśmy
zasób ważniejszych zagadnień, o które pospolicie ociera się krytyka
dawniejszych naszych urządzeń społecznych i państwowych. Rozpatrywaliśmy je
przede wszystkim z tego punktu widzenia, czy i o ile przedstawiają one jakieś
szczególne nam tylko właściwe wady ustrojowe, za
które do odpowiedzialności należałoby pociągnąć same tylko przeszłość Polski,
przeciwstawiając je urządzeniom innych państw, które wad tych nie posiadały; i
czy wszystkie te niedostatki, razem wzięte, lub którykolwiek z osobna były tego
rodzaju, że przesądzały z góry o braku żywotności organizmu Rzeczypospolitej;
czy tedy, w ślad za tym, upadek Polski uważać trzeba za proste, naturalne i
konieczne następstwo dziejowe owego wadliwego ustroju, jaki sobie wytworzyliśmy
w czasie samoistnego bytu państwowego. Nie od rzeczy będzie zszeregować
uzyskane wyniki, wykluczając oczywiście z góry wszystko, co niektórzy badacze
kładli wprawdzie na karb naszych niedomagań
ustrojowych, co jednak w toku poprzednich wywodów okazało się zjawiskiem
pozaustrojowym.
Główny
powód ujemnej, często bardzo dotkliwej krytyki tych urządzeń tkwi niewątpliwie
w tym, że oceniając je, zapominamy o czasie, do którego one należą, i
przykładamy do nich miarę stosunków dzisiejszych. W takim zestawieniu ujawniają
się sprzeczności najjaskrawsze; właśnie bowiem od schyłku XVIII stulecia,
głównie zaś w ciągu wieku XIX, w całym cywilizowanym świecie dokonał się
najgruntowniejszy przewrót urządzeń społecznych i państwowych, na jaki ludzkość
w dobie poprzedniej zdobyć się jeszcze nie zdołała; przewrót, który podważył i
zburzył, albo przynajmniej zasadniczo przekształcił znaczną ilość dawniejszych
stosunków, stwarzając w ich miejsce nowe, nieznane przedtem kształty ustrojowe.
Że zaś te nowe kształty uważamy za najodpowiedniejsze, za dostosowane najlepiej
do naszych potrzeb, za najkorzystniejsze dla dalszego naszego rozwoju, więc dla
kształtów dawniejszych, jak je wykazuje ustrój Rzeczypospolitej, nie tyle
doskonałych, co dzisiejsze, trudno nam zdobyć się na uznanie; bez porównania
łatwiej, skłaniamy się tu do potępienia. Potęguje nasz sąd ujemny ta
okoliczność, że inne państwa, które się ostały, w okresie, w którym sprawa
przemian ustrojowych stała się dojrzałą, przeprowadziły same przez się
odpowiednie reformy, i przez to ustrój swój do potrzeb dzisiejszego życia
dostosowały; Polska, której państwowość nie dotrwała do tego okresu, o
urzeczywistnieniu tych reform sama już myśleć nie mogła. Nieraz, zapominając
mimo woli, czy z rozmysłu, o tych zgoła odmiennych warunkach zewnętrznych,
przeciwstawiamy skutkiem tego Polskę tamtym państwom: tym ostatnim przypisujemy
żywotność, zdolność prawidłowego i postępowego przekształcenia się i rozwoju,
Polskę, która upadła z urządzeniami dawniejszymi, a nowych nie wytworzyła i nie
ustaliła, uważamy za typ państwa, pod względem ustrojowym zacofanego, na
„średniowiecznej” podstawie organizacyjnej opartego, idei postępu i
rozwoju niedostępnego.
Przez
takie procesy myślowe doszło do sformułowania wielkiego aktu oskarżenia przeciw
ustrojowi dawnej Polski; na jak kruchej podstawie opiera się ten akt, wypływa z
zestawionych właśnie uwag. Rzeczowy i sprawiedliwy sąd musi zapomnieć o
teraźniejszości, musi ogarnąć dokładnie i wmyśleć się w stosunki owych czasów, które ma ocenić,
i dopiero, jeśli ujęty w ramy owych stosunków porównanie przyniesie wynik dla
Polski ujemny, wyrok potępiający będzie można uznać jako zasadny.
Oczywiście,
znajdą się tu urządzenia i zasady ustrojowe, których nawet z urządzeniami
ówczesnych państw nie będzie można porównywać czy zestawiać: gdyż Polska, jako
osobna indywidualność państwowa, wytworzyła
też pewien zasób instytucji samorodnych, jakich gdzieindziej nie
spotykamy. Jednakże i tych instytucji nie można, celem porównania, zestawiać z
dzisiejszymi; należy je raczej ocenić bądź
to ze względu na samą ich wewnętrzną treść i wartość, bądź też na tle ogólnych
stosunków współczesnej doby. A i w tych wypadkach sąd nie zawsze
wypadnie ujemnie; i nie zawsze znowuż sąd, nawet zasadnie ujemny, stanie się do
tyla silnym potępieniem, jak je nieraz spotykamy w
historiografii dzisiejszej. Że Polska, przejmując do budowy swojego sejmowania
zasadę przedstawicielstwa stanowego, istniejącą na kontynencie europejskim,
zdołała tchnąć w nią nieznaną tam jeszcze podówczas myśl organicznego
zespolenia władzy monarszej z sejmującymi stanami, w tym dopatrzymy się zapewne
rzeczy dodatniej, jak gdyby zapowiedzi dzisiejszego układu stosunków. Liberum
veto, wraz z łączącą się zasadą zrywania sejmów, było niewątpliwie zjawiskiem
poważnie ujemnym; ale już w początkach rządów Stanisława Augusta cała podstawa
tej instytucji zostaje podważona, a pod koniec jego panowania instytucja sama
zniesiona.
Ale przeważna część urządzeń wewnętrznych polskich
znajduje odpowiedniki w urządzeniach innych współczesnych państw europejskich.
I nie mogło być inaczej: gdyż, cokolwiek zresztą Polska w dziedzinie tej
stworzyć mogła samorodnego, musiała przecież trzymać się ogólnych ram rozwojowych
współczesnego świata cywilizowanego, i do ram tych, na podobieństwo innych
państw dostroić także swoje urządzenia; przy czym zdarzało się nieraz, że
przejmowała wprost gotowe wzory zachodnie, przystosowując je, z tymi lub owymi
zmianami, do swoich potrzeb. A właśnie w tej grupie urządzeń, wspólnych z
resztą ówczesnego świata, znajduje się przeważna część takich, o które
pospolicie pociąga się do odpowiedzialności sarnę tylko Polskę; jak gdyby ona
zawiniła przez to, że ewolucyjnie nie wyprzedziła całej ludzkości ówczesnej, że
stosowała u siebie to, co stosowały takie inne państwa jako rzecz,
odpowiadającą stosunkom i potrzebom tych czasów. Przykładając do Polski równą
miarę wymagań, trzeba będzie wszystkie te zarzuty i obwinienia cofnąć jako —
nieuzasadnione. Nie zdobyła się Polska na ideę prawdziwego parlamentaryzmu i
miała sejm oparty na zasadzie przedstawicielstwa stanowego; ale ta sama zasada
przenikała ustrój sejmowy całego współczesnego kontynentu europejskiego. Nie
tylko w Polsce, ale także w wielu innych państwach sejmiki czy sejmy
prowincjonalne zdobywają sobie szereg ważnych uprawnień w dziedzinie spraw
ogólno-państwowych, i przez tę swoje odśrodkową organizacją sprowadzają
ociężałość funkcji centralnej machiny rządowej. W zachodnich państwach wytwarza
się wprawdzie absolutyzm, do jakiego nie doszło w Polsce, nie dla tego, żeby
obawa społeczeństwa przed „absolutum dominium” była tam mniejsza,
aniżeli u nas, jeno dla odmiennego niż w Polsce zestosunkowania
głównych czynników władzy państwowej. Ale ten absolutyzm, o ile skuteczniej niż
władza rządowa polska tłumić zdołał objawy anarchii społecznej, o tyle sam
znowu przyniósł anarchią z góry, anarchią samych władz rządowych. Nie
zapobiegła wytworzeniu i utrwaleniu absolutyzmu zachodniego zasada elekcyjności
tronu, gdzieniegdzie przez dłuższy czas utrzymana; ta sama zasada, którą
poczytuje się mylnie za szczególną właściwość urządzeń polskich i jedną z
głównych przyczyn niedostatecznego utrwalenia tu silnej władzy rządowej.
Podobnież nie do samej Polski tylko da się zastosować spostrzeżenie o
niedostatecznym rozwinięciu i zróżnicowaniu organizacji urzędniczej; także
bowiem niektóre inne państwa, o silnej zresztą budowie wewnętrznej, stoją pod
tym względem mniej więcej na równi z Polską. Też same spostrzeżenia nasuwają
się także przy rozważaniu stosunków społecznych. Uprzywilejowane stanowisko
szlachty, ujawniające się głównie w wolności podatkowej i w prawie wyłącznego
dostępu do ważniejszych urzędów państwowych, to rzecz istniejąca w tym czasie
nie tylko w Polsce, ale także w wielu innych krajach. Ścieśnienia samorządu
miejskiego, defekt, z osobliwym naciskiem podkreślany tylko co do Polski, nie
sięgają u nas dalej, aniżeli w innych państwach ówczesnych, kroczących na czele
cywilizacji i gospodarczego rozwoju; naprawdę przedostały się one do Polski
dopiero z owych państw zachodnich, jako rzecz gotowa i wzór do naśladowania. I
tak samo jedna z największych bolączek ówczesnego ustroju społecznego,
poddaństwo chłopskie, ze wszystkimi prawnymi i gospodarczymi ograniczeniami i
ciężarami ludności włościańskiej, to zagraniczny towar, wprowadzony do Polski,
i to taki, który przedostawszy się do naszych ziem, nie zmienił tu bynajmniej
gatunku swego na pośledniejszy, aniżeli na Zachodzie.
Wszystkie te niedomogi ustrojowe, jak je określamy i
pojmujemy, oceniając rzecz z dzisiejszego punktu widzenia, o ile utrzymały się
u nas aż do chwili upadku Rzeczypospolitej, czy też do lat najbliższych przed
upadkiem, istnieją w przeważnej mierze przez
cały ten sam przeciąg czasu także i w innych państwach zachodnich;
niektóre, n. p. ścieśnienia samorządu miejskiego poddaństwo chłopskie,
gdzieniegdzie brak centralnych organów sejmowych i t. p., wysterczają nawet w
czasy późniejsze, w dobę porozbiorową. W
nielicznych tylko kierunkach zapisać się tu da jakaś wcześniejsza reforma na
Zachodzie, n. p. usunięcie elekcyjności tronu, czeskiego czy
węgierskiego, już w ciągu wieku XVII; i tutaj jednak defekt ten trwa przez
znaczną część rozpatrywanego okresu trzech ostatnich stuleci istnienia
Rzeczpospolitej. Kiedy indziej czas
dokonanej w Polsce reformy schodzi się najdokładniej lub prawie całkiem
dokładnie z chwilą przeprowadzenia jej na Zachodzie. R. 1789 upada
wolność podatkowa szlachty francuskiej, i w tymże samym roku przeprowadzone zostaje
opodatkowanie szlachty polskiej; r. 1781 Józef II znosi w swoich krajach
poddaństwo osobiste; w dziesięć lat później staje w Polsce konstytucja,
uznająca pełną wolność osobistą chłopa. Były
też reformy w Polsce wyprzedzające
odpowiednie zmiany na Zachodzie, n, p. przeniesienie ważnych funkcji
wojskowych odśrodkowego organa sejmikowego na sejm, zarządzone już r. 1717, z
którym w krajach habsburskich zestawić można przeniesienie takichże
funkcji z sejmów ziemskich na władze rządowe, dokonane dopiero za Maryi Teresy;
albo: wielka reforma miejska konstytucji kwietniowej z r. 1791, która w
ukształtowania pełnego samorządu miast wyprzedziła wszystko, cokolwiek w tej
dziedzinie istniało w owych czasach w wielu innych państwach zachodnich.
Nie mamy
zamiaru przeczyć, że w tym czy owym kierunku
stosunki ułożyły się w Polsce mniej pomyślnie, aniżeli w współczesnych
państwach zachodnich. Żeby już nie dotykać omówionej poprzednio instytucji liberi veto, należącej do grupy samorodnych wytworów
ustrojowych Polski, zwrócimy tu przede wszystkim uwagę na zjawisko niewątpliwie
ujemne, odbijające jaskrawo od tamtoczesnych urządzeń
zachodnich: na rozluźniony stosunek podwładności organów rządowych wobec
naczelnej władzy monarszej. Dodajmyż jednak zaraz,
że, jak liberum veto już w początkach doby Stanisławowskiej znacznie zostało
ograniczone, a u schyłku tej epoki zupełnie zniesione, tak też i luźna budowa
rządowej machiny państwowej, przez ustanowienie Straży r. 1791 gruntownej
poddana została naprawie. Zaznaczymy też jeszcze, że cały szereg innych rozbieżności między zasadami ustrojowymi
Polski, a współczesnym stanem rzeczy na Zachodzie, jakkolwiek formalnie dawałby
powód do ujemnej dla nas krytyki porównawczej, nie przedstawia w praktyce dalej sięgającego znaczenia: mimo odmienne
zasady formalne, życie ułożyło się tu i tam w jednakowym mniej więcej sposobie
i kształcie. Nie miały w Polsce miasta przedstawicielstwa w sejmie, jakie
gdzieindziej przyznawano mieszczaństwu; ale wpływ tego przedstawicielstwa był
na Zachodzie pospolicie tak bez znaczenia, że równał się jak gdyby zupełnemu
wykluczeniu mieszczaństwa z obrad sejmowych. Istniał w Polsce od końca wieków
średnich zakaz nabywania i posiadania dóbr ziemskich przez mieszczan, ale przez
uprzywilejowanie pewnych ważniejszych miast i łatwą sposobność nabycia ich
obywatelstwa, wszystkie ekonomicznie silniejsze jednostki stanu mieszczańskiego
znalazły możność nabywania własności ziemskiej. Nie mieli w Polsce poddani
prywatni prawa apelacji od patrymonialnego sądu pańskiego do władzy publicznej,
jakie im przysługiwało w Niemczech; ale i w Niemczech to prawo apelacji było
bez znaczenia wobec węzłów rodzinnych i stanowych, jakie łączyły panów z
przedstawicielami władz. Przyznano w Polsce panom prawo skazywania poddanych
chociażby na śmierć, kiedy gdzieindziej — przynajmniej nie wszędzie
— nie zdobyto się na wyraźne określenie tak daleko sięgającego prawa;
mimo to nie ma śladów, żeby panowie polscy prawo to w istocie stosowali,
natomiast są dowody, że stosowano je tam, gdzie przepisu nie było — w
niektórych krajach niemieckich.
Dodajmy
jeszcze, że zasady ustrojowe polskie,
ocenione chociażby bezwzględnie, w niejednym
szczególe przedstawiają się jako lepsze i doskonalsze w porównaniu z
tymi, jakie sobie współcześnie ustalono na Zachodzie. Jeśli instytucja sejmików
wraz z wykonywanymi przez nie funkcjami spowodowała rozbicie i
zdecentralizowanie jednolitej akcji machiny państwowej, to przecież istniał w
Polsce organ wyższego rzędu, centralny dla całego państwa, z instytucja
sejmików organicznie związany sejm, który ujemne następstwa takiego stanu
rzeczy pokaźnie umniejszał; ale na Zachodzie były kraje, gdzie ponad sejmami
prowincjonalnymi nie było żadnego odpowiedniego organu centralnego, któryby je
spajał w jednolitą całość. Bardzo wyraźnie owe dodatniejsze
właściwości naszego ustroju występują zwłaszcza w dziedzinie stosunków
społecznych, w organizacji stanu mieszczańskiego i chłopskiego. Nie uznano w
Polsce, jak gdzieindziej, pełnego prawa organów rządowych w przedmiocie
bezpośredniej nominacji władz miejskich, tym mniej zaś nie skasowano łych władz
w zupełności, jak się to działo w niektórych innych krajach. Poddano rady
miejskie pod nadzór starostów, ale w sam wewnętrzny skład tych władz nie
wtłoczono żadnych organów ściśle królewskich, jak gdzieindziej. I nie odebrano
tym władzom spełnianych przez nie najważniejszych funkcji, prawa urządzania
wewnętrznych stosunków miejskich przez wilkirze,
władzy sądowniczej czy policyjnej, jak się to stało w innych krajach,
przenosząc je w całości, lub przynajmniej częściowo, na organy ściśle monarsze.
Podobnież w zakresie stosunków chłopskich — związek poddanego z ziemią,
na której siedział, przedstawia się w Polsce jako trwalszy, aniżeli w
Niemczech, a wymiar, czy to pańszczyzny właściwej, czy pokrewnych jej
świadczeń, jak służby dworskiej, nie dochodzi do tych granic, jakie tu i ówdzie
ustaliły się na Zachodzie. Gdyby na zasadzie porównań chcieć z tych szczegółów
wysnuć wnioski, należałoby tu uznać Polskę za wzór do naśladowania dla innych
państw, i nie oszczędzić im zarzutu, iż za wzorem tym nie poszły.
Osobno
jeszcze, w związku z tokiem dotychczasowych rozważań, podkreślimy tu znaczenie reform Wielkiego sejmu, przede wszystkim
zaś obu wielkich jego konstytucji,
kwietniowej i majowej. Były one, żeby powtórzyć sąd nasz, gdzieindziej
już wypowiedziany, reformą ustrojową Polski in capite et in membris,
i to zarówno w dziedzinie stosunków prawno-państwowych, jak i w zakresie
organizacji społecznej. Podważyły charakter stanowy sejmu, uznając posłów za
przedstawicieli ogólnego interesu państwowego, a w związku z tym wzbroniły
zaopatrywać ich w instrukcje sejmikowe i usunęły w całości liberum veto.
Utrwaliły podstawę królewskości przez wprowadzenie dziedzicznego tronu, a przez
zorganizowanie Straży umożliwiły stworzenie silnego rządu monarszego, usuwając
równocześnie instytucją, która nieraz działalność jego paraliżowała:
konfederacje. Mieszczaństwu nie tylko przyznały pewien udział w sejmie i w
najwyższych magistraturach rządowych, nie tylko usunęły jego ograniczenia
stanowe, zapewniając mu dostęp do urzędów, stopni oficerskich i prawo nabywania
dóbr ziemskich, ale przywróciły też w pełni, i bez zastrzeżeń istotnej
doniosłości, prawo samorządu miejskiego. Ludność wiejską wreszcie, choć z
więzów poddaństwa wyzwolić jeszcze nie mogły, uznały za obywatelstwo wolne,
poddały pod opiekę prawa i wskazały zarazem, jak gdyby programowo, drogę
umowną, jako środek, za pomocą którego w przyszłości stosunki chłopskie dałyby
się urządzić poza ramami poddaństwa. Biorąc całość reformy, i zestawiając ją z
współczesnymi urządzeniami innych państw zachodnich, z jedynym chyba wyjątkiem
przetwarzającej się gruntownie w rewolucyjnym ogniu Francji, nie znajdziemy
żadnego istotniejszego momentu, co do którego nowo urządzona Polska stałaby w
tyle poza innymi państwami. A były tu ponadto jeszcze rzeczy, którymi
wyprzedzono znaczną część innych państw, z których wyziera świt nowych na
wskroś idei, jakie państwa te urzeczywistniły naprawdę dopiero później, np.
uznanie sejmu za przedstawicielstwo ogólnych interesów państwa, albo liberalna
na wskroś, duchem szczerości przejęta reorganizacja samorządu miejskiego.
Żeby
jednak — na razie — nie uwzględniać reformy Czteroletniego sejmu,
której doniosłość, zdaniem wielu, obniża się przez to, że nie było już czasu i
możności przeprowadzenia jej w praktyce, żeby przypatrzyć się tylko owym ramom
ustrojowym, jakie przed tą reformą istniały, w których obrębie Polska
przetrwała trzy ostatnie stulecia swojego bytu — zapytajmyż
ostatecznie, wznawiając kwestią, na początku tych rozważań określoną: czy w
istocie ten ustrój Polski był taki zły i defektowny,
tak wadliwie zbudowany, że nie wystarczał do zapewnienia państwu warunków
życia, że więc w wadach tego ustroju tkwi główna, jeżeli nie wyłączna przyczyna
upadku Polski? Go tu przytoczymy jako odpowiedź, to wynik i synteza
szczegółowych zestawień, jakie przeprowadziliśmy poprzednio. Z zestawień tych
wynika zaś niewątpliwie, i z konieczności — odpowiedź przecząca. Nie była
Polska „Chrystusem narodów”, ale nie była też naczyniem szczególnej
nieprawości, wstecznictwa czy upadku; i tak samo jej ustrój z trzech ostatnich
stuleci, o ile ani nie był rzeczą doskonałą, ani formacją, wynoszącą się
szczególnie ponad ustroje innych tamtoczesnych
państw, o tyle znowuż nie opierał się na zasadach, w których, na tle stosunków współczesnych, można by się
dopatrzyć znamion jakiejś osobliwej niedoskonałości, jakiejś znacznej niższości
wobec tamtych ustrojów. Był — na ogół — przeciętnym ustrojem ówczesnego państwa zachodnio-europejskiego.
Główne podstawy, na których się oparł, ogólne ramy, w które był ujęty, były
takie same, czy podobne jak gdzieindziej. Nie znaczy to, żeby był prostą tylko
kopią, niewolniczym naśladownictwem tego, co istniało gdzieindziej; owszem
posiada on odrębną indywidualność, czy to przez wytworzenie pewnych instytucji
własnych, nieznanych gdzieindziej, czy też przez przetworzenie zasad wspólnych,
w odpowiednim dostosowaniu do miejscowych potrzeb, do poziomu i widnokręgów
naszej duszy narodowej. Ale ten indywidualizm jego nie odbiera mu i nie zaciera
w nim ogólnych znamion ustrojowych zachodnio-europejskich. I nie mogło być
inaczej: gdyż główne podstawy, i warunki kulturalnego, gospodarczego i
politycznego życia Polski były w wielu względach te same, co i w innych
krajach, musiały tedy w dostosowanym do tych warunków ustroju stworzyć
podobieństwa, nawet tożsamości. Z tym wszystkim liczyć się winna najpoważniej
historiozofii, oceniając wartość naszych zasad ustrojowych, przede wszystkim
zaś jej sąd, ustalający zagadnienie winy upadku Polski. Przeważna część
defektów naszego ustroju, którym dzisiaj przypisuje się pospolicie znaczenie
przyczyn tegoż upadku, to niedostatki, które tkwią także w ustroju innych
ówczesnych państw zachodnich. Z tymi
defektami tamte państwa przetrwały wiek XVIII, a podjąwszy myśl reform w
chwili, w której przyszedł na to stosowny czas, utrzymały się po dziś dzień, i
utrzymają niewiadomo jak długo jeszcze w przyszłości, nieraz jako organizacje
potężne, na czele rozwoju ludzkości kroczące; gdzież
więc zasadna podstawa do twierdzenia, że takie same w XVIII wieku defekty
ustrojowe Polski musiały w owym czasie spowodować jej upadek?
Żeby zaś
znowuż uwzględnić to, co w odróżnieniu odzachodnich,
było indywidualną właściwością ustroju polskiego przypomnijmy, że są tu nie
tylko urządzenia, w wzajemnym zestawieniu występujące jako rzeczy gorsze, ale
także i takie, które ustrój ten wyróżniają korzystnie od tamtych. Niechże przynajmiej owe zjawiska dodatnie wciągnięte zostaną w
rachubę przy zestawieniu ogólnego bilansu winy i rzekomych przyczyn upadku
Polski; niewątpliwie przyczynią się one do złagodzenia sądu, cokolwiek zresztą
mniemać będziemy o samych, szczególnie polskich ujemnych właściwościach
ustrojowych. Czy zaś mniemać możemy zasadnie, że one właśnie sprowadziły upadek
państwa, to rzecz, której na niekorzyść naszą nie wolno przesądzać zbyt
pospiesznie i z powziętym z góry uprzedzeniem. Czy zgubiło Polskę liberum veto,
to samo liberum veto, które jej nie zgubiło w czasie największego swego
rozkwitu, w dobie zrywanych ciągle sejmów, a na trzydzieści bezmała
lat przed ostatecznym upadkiem Polski do tego stopnia stępiło swe ostrze, że
przez cały okres Stanisławowski nie tylko już nie bruździ prawidłowej
działalności sejmów, ale nie może nawet przeszkodzić jej pełnemu,
wszechstronnemu, bez porównania żywszemu, niż kiedykolwiek dawniej, rozwojowi?
Czy zgubił Polskę brak dostatecznej organizacji władzy rządowej, kiedy właśnie
przez cały okres Stanisławowski sprawa organizacji tych władz, przede wszystkim
centralnych, a częściowo i niższych, raźno postępuje naprzód, przybierając
kształty coraz doskonalsze, aż do organizacji Straży, w niejednym już względzie
zbliżonej do ustroju dzisiejszych ministerstw? Czy zaś poza tym znajdzie się
jeszcze co innego z szczególnie polskich defektów ustrojowych, co by się
zaliczyć dało do przyczyn, rozstrzygających stanowczo o braku żywotności
naszego organizmu państwowego?
W
poszukiwaniu za tymi przyczynami z pewnością ustrzeżemy się utopii, której
zdają się hołdować niektórzy, jakoby Polska, skostniawszy w wytworzonych ramach
ustrojowych, nie była potrafiła sama z siebie przetworzyć ich odpowiednio, w
miarę nasuwających się z biegiem czasów nowych potrzeb i zmieniających się
stosunków narodowego życia. Żeby już nie przypominać zdarzeń z XVI czy XVII w.,
które nieraz składają świadectwo rychłego u nas zrozumienia tych potrzeb, i
rychłego dostosowania się do nich, podkreślimy tylko trzydziestoletni okres
ciągle powrotnych, często głębiej sięgających reform za Stanisława Augusta, zakończony
ostatecznie wielkim dziełem Czteroletniego sejmu i jego Konstytucją majową. Na
głosy puszczyków, że „Polska upadła z średniowiecznym ustrojem”, i
że — jakoby niezdolna do reform — „upadła
bezpowrotnie”, Konstytucją ta jest odpowiedzią dostojną i —
druzgocącą.
Zdobądźmyź się ostatecznie na
sprawiedliwy sąd wobec dawnego naszego ustroju państwowego. W czym naprawdę
kształty jego przedstawiają się jako wadliwe, w tym nie oszczędzimy mu
zasadnej, usprawiedliwionej krytyki. Ale nie obarczymy go zarzutami o to, że
należąc do wcześniejszego stadium ewolucyjnego, nie był tak doskonałym, jak
ustroje państw, istniejące w stadium ewolucyjnym dzisiejszym. I nie potępimy go
dla tego tylko, iż nie odciął się jaskrawo i zasadniczo od wszystkiego, co się
składało na organizacją innych państw tego samego okresu, żyjących w podobnych
warunkach rozwojowych. Jak tamtym państwom ówczesny ich ustrój wystarczał do
życia i do zapewnienia sobie warunków życia na przyszłość, tak i nasz mógł nam
wystarczyć do tych samych celów. Był zatem
— współcześnie - wartością na ogół dodatnią; a przez to dziś,
choć, w zmienionych warunkach, nie miałby już wartości praktycznej, winien nam pozostać szanowną, czcigodną pamiątką
przeszłości naszej dziejowej, do której zbliżać się nam z uznaniem i
czcią ze względu na spełnioną w swoim czasie służbę, nie — powziętym z
góry uprzedzeniem i potępieniem. Potępienie to tym mniej zasadne, że pogląd, jakoby w niedostatkach naszego ustroju
tkwiła istotna przyczyna upadku Polski, okazał się błędnym.
Wyczerpaliśmy
pytanie, które stanowi część wielkiego zagadnienia historiozoficznego,
rozpatrywanego bezmała od półtora wieku w
dziejopisarstwie naszym i zagranicznym: co było właściwą, istotną przyczyną
upadku państwowości polskiej? Ujawniły się tu na ogół: w historiografii
zagranicznej dążność wybitna, żeby winę upadku Polski przypisać Polsce samej; w
historiografii polskiej w przeważnej części pewna wstydliwa obawa szukania
przyczyn tego zdarzenia poza obrębem Polski, w samem ułożeniu się stosunków
zewnętrznych doby rozbiorowej. I tak jeden i drugi obóz, w ostatnich zwłaszcza
kilkudziesięciu latach, zeszły się w poglądzie, że przyczyn tych szukać należy
w Polsce samej: bądź to w pewnych, z góry danych warunkach jej życia
dziejowego, bądź, co gorsza, w oczywistych jej zawinieniach. Odpowiednikiem do
tego ostatniego twierdzenia jest pogląd, bądź to wypowiadany bez ogródek, bądź
też wysnuwany domniemalnie, że upadek państwa był
ekspiacją win samej Polski. Uwagi, jakie tu zestawiliśmy, wykazały bezzasadność
jednej tylko z przesłanek całego poglądu, a mianowicie, jakoby przyczyna upadku
tkwiła w stosunkach ustrojowych Polski. Wartości i zasadności innych przesłanek
nie mieliśmy zamiaru badać, ani też nie posiadamy do tego legitymacji. Ale już
i ten częściowy wynik, jaki się dał uzyskać, przedstawia dla oceny całej
kwestii znaczenie pierwszorzędne, bo stosunki ustrojowe, z istoty rzeczy, są
jednym z najistotniejszych warunków żywotności państwa; muszą też najpoważniej
zaciężyć na szali, kiedy chodzi o rozwiązanie określonego powyżej zagadnienia.
Nie bez przyczyny też historiografia, zwłaszcza nowsza, obwiniając Polskę o
sprawstwo własnego upadku, na wady nasze ustrojowe bądź to wyłączny, bądź
przynajmniej główny i najsilniejszy kładła nacisk. Jeśli zasadnym jest wywód
poprzedni, że w wadach tych przyczyn upadku dopatrywać się nie wolno, znaczną
część zagadnienia winy będzie można uważać za załatwioną — w kierunku
przeczącym. O innych szczegółach zagadnienia niechaj wypowiedzą zdanie inni
powołani. Go tu niewprawnym okiem laika dostrzec można, zasługuje przecież na
zaznaczenie: że także owe inne, rzekome przyczyny upadku bądź to z góry proszą
się same o wyłączenie, bądź też są przedmiotem diametralnie sprzecznej oceny w
historiografii samej, i przez to znowuż tracą na dowodności. Uważano na
przykład, że Polska nie mogła utrzymać swej państwowości ze względu na
niekorzystne położenie geograficzne, mając otwarte w znacznej części wobec
sąsiadów granice. Mniejsza tu o nowsze badania naukowe, które wywodzą, że
terytorium Rzeczpospolitej stanowiło właśnie zamkniętą dla siebie całość
geograficzną; dodać przecież jeszcze trzeba, że niektóre inne państwa o
granicach otwartych, żeby przypomnieć chociażby wielkie księstwo moskiewskie,
nie tylko byt swój zachowały, ale w potężne monarchie przetworzyć się
potrafiły. Mniemano, że przyczyną naszego upadku była wrodzona Słowianom
niezdolność stworzenia i utrzymania silniejszej organizacji państwowej, przy
czym przeoczano, że przecież sama Polska taką silną organizacją, mimo wielkie
nawet przeszkody zewnętrzne, sama z siebie nie tylko wytworzyła, ale i przez
długi czas utrzymać zdołała; i że inne ludy słowiańskie, przez krótszy lub
dłuższy czas, na taką organizacją się zdobywały, i częściowo nawet, w
olbrzymiej terytorialnie monarchii po dziś dzień ją utrzymały. Przyjmowano
także, przechodząc do rzeczy mniej zasadniczych, że upadek nasz spowodowała
błędna polityka zewnętrzna doby rozbiorowej, oparta na niekorzystnych
sojuszach; twierdzenie takie, postawione przez jednego z historyków, zwalcza
bezwzględnie historyk inny, mniemając, że sojusz ów był właśnie dowodem
politycznego rozumu, rzeczą pod każdym względem wskazaną i zbawienną. I tak
chwieją się i coraz bardziej rozpływają w niwec jedna
po drugiej przesłanki, na których opiera się pogląd o przyczynach upadku Polski
— tkwiących w niej samej. Z zaczarowanego koła, że przecież tylko takie
przyczyny nas zgubiły mimo to wszystko trudno nam się wyzwolić; to też w miarę,
jak zawodzą tamte rzeczy, stwarzamy poglądy nowe, nieraz osobliwe, byleby tylko
nie odbiegać od głównej tezy. Wszak niedawno zjawiło się twierdzenie, iż
bylibyśmy mogli uratować nasz byt państwowy, gdybyśmy w krytycznej chwili byli
wydali z siebie geniusza militarnego, któryby nas byt poprowadził do
zwycięstwa. Jeżeli tylko tyle naszej winy, żeśmy go nie wydali, możemy zasypiać
z spokojnym sumieniem. Że zaś w grupie tych poglądów zjawiają się już takie
twierdzenia, najlepszy w tym dowód, jak wiotką, jak coraz mniej pewną staje się
teza o zawinionym przez sarnę Polskę upadku jej państwowości. I nie można
przesądzać, czy nie zbliża się chwila, w której, po tylu najliczniejszych,
różnorodnych, mozolnych próbach uzasadnienia owego poglądu, po tylu zawiłych,
subtelnych nieraz wywodach, poświęconych jego udowodnieniu, trzeba będzie przecież,
starą, wypróbowaną metodą Kolumba, sięgnąć po odpowiedź, która była i jest tu
zawsze pierwszą z brzegu — i najprostszą: że właściwą, rozstrzygającą
przyczyną upadku naszej państwowości, istotną „causa efficiens”
tego zdarzenia, jest: pożądliwość złączonych, więc przemożnych, na zgubę Polski
sprzysiężonych sąsiadów. I to nie tylko w tym znaczeniu, że upadek ten
spowodowany został bezpośrednio rozbiorami, jakich dokonali sąsiedzi; ale i w
tym, że gdyby nie rozbiory, nie istniała ani konieczność dziejowa upadku, ani
też nie brakło warunków po temu, żeby Polska przetworzywszy w stosownym czasie
urządzenia swoje na równi z innymi państwami, przetrwała razem z niemi, przez
dalsze stulecia, jako organizm żyjący i — żywotny.
Niniejsza rzecz przeznaczona była zrazu
na odczyt publiczny; rozrosła się jednak pod piórem do rozmiarów obszerniejszej
rozprawy. Zewnętrzna jej faktura dostosowała się jednak do pierwotnego celu:
odpadł balast cytatów, stwierdzających poszczególne fakty, na które w uwagach
niniejszych przyszło się powołać. Że zasadność każdego faktu najsumienniej
sprawdzono i rozważono, nie potrzeba podkreślać z osobna; w danym razie każdy z
powołanych tu szczegółów może być poparty cytatami ze źródeł i literatury. Co
do stosunku niniejszych uwag do dawniejszych prac samego autora, zaznaczyć
trzeba najpierw, że w niektórych ustępach zużytkowane i przypomniane zostały
własne jego spostrzeżenia, pomieszczone w artykułach w Kwart. Hist. XVIII
89—93, XXI 221—291 i XXV 448, 451—452. Niektóre znowuż
poglądy, zawarte w innych dawniejszych jego pracach, o ile odmienne od
niniejszych, wymagają stosownego sprostowania.