Bohdan Wasiutyński
Centralizm a samorząd
„Przegląd
Narodowy”, rok X, nr 2, marzec-kwiecień 1921
W jednym
z pierwszych artykułów uchwalonej Konstytucji czytamy: „Rzeczpospolita
Polska, opierając swój ustrój na zasadzie szerokiego samorządu terytorialnego,
przekaże przedstawicielstwom tego samorządu właściwy zakres ustawodawstwa,
zwłaszcza z dziedziny administracji, kultury i gospodarstwa, który zostanie
bliżej określony ustawami państwowemu" Urzeczywistnienie tej zasady
wprowadziłoby gruntowną zmianę do przemożnych tendencji czynników kierowniczych
w państwie polskiemu Zacytowany bowiem ustąp konstytucji zapowiada nie tylko
szeroki samorząd w zakresie administracji, lecz również przekazanie
organizacjom samorządu terytorialnego części władzy ustawodawczej, czyli
obdarzenie ich autonomią.
Jest to
pośrednie potępienie dotychczasowych dążeń centralistycznych i unifikacyjnych.
W sferach rządowych i sejmowych te dążenia motywowano potrzebę zespolenia
dzielnic, które przez sto pięćdziesiąt lat prawie rozwijały się w zgoła
odmiennych warunkach politycznych, prawnych i gospodarczych. Zniwelowanie tych
różnic administracyjnych, społecznych i ekonomicznych, tych odrębności na
drodze ustawodawczej i zarządzeń władzy wykonawczej uchodziło za | środek
zjednoczenia moralnego byłych zaborów.
Takie
postępowanie, o ile nacechowane było dobrą wiarą, zdradzało zupełne zapoznawanie
psychologii zbiorowej. Istotnie, absolutne państwa policyjne w 17 i 18 wieku
potrafiły złamać przywileje i odrębności stanowe, które wykazywały tendencje
odśrodkowe, rozbijały państwo na szereg organizacji niemal niezależnych,
dbających wyłącznie o interesy egoistyczne. Centralizm absolutnych monarchii
uznano wskutek tego za niezbędne stadium do wytworzenia się współczesnych
państw narodowych. W znacznej mierze jest to rozumowanie post hoc ergo
propter hoc. Prąd narodowy, który ogarniał coraz szersze warstwy,
przypisano wytworzeniu centralizacji władzy w osobie monarchy i zależnej od
jego woli biurokracji. W rzeczywistości poczucie jedności narodowej opiera się
przede wszystkim na imponderabiliach,
a bynajmniej nie na działalności unifikacyjnej rządu. Klasyczny kraj samorządu
— Anglia, przechowująca z pietyzmem wszelkie antykwarskie odrębności,
dostarcza nie mniej, niż Polska, która utraciła własną państwowość, argumentu
stanowczego przeciwko powyższemu poglądowi. Jedność narodowa i polityczna
Niemiec urzeczywistniła się nie wskutek policyjnego centralizmu Prus, lecz
wbrew ich pierwotnym dążeniom na podstawie wspólnej kultury i wspólnej tradycji.
Wysiłki unifikacyjne,
cechujące rządy absolutne, wydawały wręcz przeciwne wyniki, jeżeli chodziło o
przymusowe wytworzenie jedności politycznej. Klęski Austrii, wbrew polityce
józefińskiej, ujawniły tak silne dążenia odśrodkowe. I te zmusiły do gruntownej
przebudowy państwa Habsburgów na zasadzie autonomii krajów. Skutki niwelacyjnej
polityki Rosji widzimy obecnie w całej pełni. Centralizm przeto, jeżeli nie
jest oparty na poczuciu narodowym, nie posiada żadnej siły jednoczącej.
Wspólność natomiast kultury i pochodzenia stwarza węzły tak silne, jakie
obserwowaliśmy w czasie wojny, kiedy samorządne kolonie brytańskie dobrowolnie
wysyłały na pomoc Anglii liczne zastępy swych obywateli. Federacyjny ustrój
Stanów Zjednoczonych, Kanady lub Australii nie przeszkadza wytworzeniu się jedności
narodowej w tych krajach.
Biurokracja,
która z natury swej jest niesłychanie konserwatywna, nie posiada zdolności
przystosowania się do otoczenia i zrozumienia psychologii ludności, stanowi
bardzo nieudolne narzędzie zjednoczenia dzielnic. System pruski, wywołując
głęboką niechęć w Niemczech południowych, sprzyjał raczej, wbrew dążeniom
warstw oświeconych, utrzymaniu mozaiki państwowej Rzeszy, a metody biurokracji
pruskiej w Nadrenii, czy w Hanowerze, nie mówiąc już o Alzacji, podsycały raczej
tendencje separatystyczne.
Łatwo
było przewidzieć, że okres po odbudowaniu państwa polskiego najeżony będzie
ogromnymi trudnościami. Psychologia ogółu skłonna jest zawsze zwalać winę za
niedomagania nie na obiektywne okoliczności, lecz na nieudolność lub złą wolę
grup i jednostek. Dlatego opinia publiczna w poszczególnych dzielnicach obarcza
częstokroć rząd i jego przedstawicieli większą odpowiedzialnością, niż nakazuje
bezstronność. Całkowita wszakże odpowiedzialność spada na czynniki rządowe za brak
umiejętności rządzenia, która się wyraziła w dążnościach centralistycznych,
bowiem było rzeczą jasną, że rozgoryczenie ludności musi się przejawić w formie
reakcji przeciwko władzom centralnym. Coraz częściej słyszy się zarzuty
przeciwko narzuceniu przez urzędników galicyjskich austriackiego biurokratyzmu
całej Polsce; w Galicji nie ustają skargi i sarkazmy na powierzanie wysokich
urzędów w Kongresówce ludziom „z domowym wykształceniem"; Małopolska
Wschodnia utrzymuje, że w dziedzinie odbudowy rząd szczególnie faworyzuje mało
zniszczoną Małopolskę zachodnią kosztem zrujnowanej wschodniej połaci kraju
itp. Gdyby rząd ogłaszał sprawozdania rachunkowe, niewątpliwie posypałyby się
oskarżenia, że jedne dzielnice są uprzywilejowane, a inne pokrzywdzone!
Najsilniejsze
i najenergiczniejsze protesty rozlegają się w Wielkopolsce i na Pomorzu. Jest
to objaw całkiem usprawiedliwiony. Dzielnice te, najwyżej stojące pod względem ogólnego
poziomu kultury ludności, najzamożniejsze, z najlepiej zorganizowanym życiem
zbiorowym, przyzwyczajone do sprawnej i uczciwej administracji, zarówno
świadomie, jak instynktem samozachowawczym bronią się przed obniżeniem swego
poziomu cywilizacyjnego i moralnego, przed zubożeniem wskutek błędnej polityki
gospodarczej. Rozmyślnym oszczerstwem jest oskarżenie ich o separatyzm
polityczny. Jeżeli wzmagał się opór przeciwko unifikacji, który podzielają
wszyscy osiedli tam ludzie z innych dzielnic, zespoleni z miejscowym życiem,
była to reakcja przeciw niwelowaniu poziomu byłego zaboru pruskiego do jakiegoś
przeciętnego ogólno-państwowego, pochylającego się ku najniższemu. Rażą
społeczeństwo miejscowe nieuczciwość i nieudolność nasyłanych urzędników,
chorobliwa dążność ogromnego pomnożenia liczby urzędników i pracowników w
zunifikowanych gałęziach administracji, tolerowanie i popieranie rozkładowych
czynników przez władze państwowe, rozrzutna a niesprawna gospodarka. Przecież
przezorna i oszczędna ludność wielkopolska i pomorska poniosła niesłychane
straty na walucie polskiej, co przypisuje nieopatrznej polityce ekonomicznej
rządu warszawskiego. Nigdzie jednak w masach poczucie jedności narodowej nie
jest silniejsze i głębsze, niż w Wielkopolsce. Dała ona tego dowód w czasie
wojny, dążąc niezłomnie do zjednoczenia i nie skąpiąc ofiar dla braci z innych
dzielnic, dotkniętych pożogą wojny, daje wciąż, kiedy zachodzi potrzeba
bronienia wschodnich granic Ojczyzny, Lwowa lub Wilna.
Właśnie
w sprawach polityki ogólnonarodowej nikną wszelkie nieporozumienia dzielnicowe
i naród cały występuje jednolicie. Bowiem podstawy zjednoczenia są
duchowe— wspólne dzieje i tradycje, wspólna kultura, wspólne dążenia
narodowe. Mechaniczne zaś centralizowanie wedle pomysłów lub zachcianek
biurokratycznych działa wręcz odwrotnie, potęgując odwieczne odrębności temperamentu,
umysłowości, psychiki, ponieważ przymusowe łączenie uwidocznia nie cechy
wspólne, lecz przeciwstawne.
Biurokratyczne
rządy, najłatwiejsze, gdyż nie wymagające indywidualnej twórczości, dążą do
podciągnięcia różnorodnych form życia pod jeden strychulec, utożsamiają to z
porządkiem, chciałyby, aby kształty życia zbiorowego był tak jednolite, jak
zewnętrzne formy aktów urzędowych. Sądzą, że można przeskoczyć od razu różnicę
para stuleci cywilizacji, która dzieli np. Polesie od Wielopolski. Biurokracja musi
się pogodzić z tym, że dzielnice zachodnie mają i mieć będą intensywniejszy
obrót gospodarczy, gęstszą znacznie sieć kolejową, drogową, pocztową i
telefoniczną, większe wymagania kulturalne i potrzeby szkolnictwa, inne
zagadnienia administracyjne, niż ziemie wschodnie. Biurokracja musi się liczyć
z tym, że centralizacja państwa policyjnego jest niemożliwą do stosowania w
epoce demokratycznych praw ludności, która bronić się będzie przed
zarządzeniami, spychającymi ją na niższy poziom.
Konstytucja
przyznaje obywatelom prawo do instytucji samorządnych. W interesie samej
biurokracji leży rozwój samorządu, jeżeli nie jest ona zaślepiona w swą
wszechwładzę. Chociaż bowiem prawnie nie jest ona odpowiedzialna za sprawowanie
władzy, w społeczeństwie podnosi się fala coraz większej niechęci do
urzędników, która może przybrać daleko idące i dla państwowości szkodliwe
kształty. Podzielenie się przeto z przedstawicielami społeczeństwa faktyczną
odpowiedzialnością za bieg spraw publicznych stanowić winno i dla biurokracji
pożądane zabezpieczenie.
Dotychczas
przeważała tendencja, nieprzychylna istotnemu samorządowi. Każde ministerium
dążyło do jak największego zakresu władzy, a więc i do posiadania największej
liczby urzędników, wykonywających w powiatach i województwach czynności, które
powinny należeć do organu samorządu, i do powiększenia rozporządzalnych
kredytów. Rosły przeto zastępy biurokracji i wydatki państwowe, pomimo
rozpaczliwego położenia skarbu. Gdybyśmy przynajmniej posiadali rząd istotnie
parlamentarny, można by mieć nadzieję, że powstanie skuteczny hamulec dla
wzrostu liczby urzędników i wydatków. Solidarny, jednolity gabinet nie kieruje
się chęcią poszczególnych ministrów do rozszerzania ich pola działania; te
względy podporządkowuje programowi partyjnemu, partia zaś liczy się opinią
ogółu, jako wyborców. W Polsce bezwątpienia opinia jest za zmniejszeniem
zakresu działania biurokracji i za oszczędnością w wydatkach państwowych. Ale
nie potrafi ona jeszcze skutecznie wyrażać swej | woli, a łatwo idzie na lep
agitatorów, odwracających jej uwagę od zagadnień państwowych. Niema zatem
moralnej odpowiedzialności wobec wyborców czynników rządzących za sprawowanie
władzy. Natomiast te czynniki umieją, choćby wzorem austriackim, posługiwać się
aparatem rządowym dla jednania sobie zwolenników politycznych. Tak w Małopolsce
aparat rządowy używany jest do wzmocnienia pozycji stronnictwa ludowego,
unifikacja zaś w Wielkopolsce, wbrew postawie ludności, popierana jest
gwałtownie przez koła lewicowe, które mają nadzieję przy pomocy urzędników
zdobyć sobie w tej dzielnicy trwałe podstawy. Przy tej metodzie biurokracja
staje się narzędziem walki politycznej, ku zupełnemu obniżeniu jej powagi i
moralności i ku szkodzie podstaw państwowości.
Centralizm
państwowy po części utrwala opłakany stan skarbu państwa. W normalnych
okolicznościach, kiedy każdy uchwalony przez parlament wydatek musi mieć
pokrycie budżetowe, czyli odbija się postaci w podatków na kieszeni wyborców,
Sejm raczej byłby hamulcem dla wymagań budżetowych rządu. U nas jednak Sejm
jest bardzo hojny i nakłada wciąż na rząd nowe obowiązki finansowe, ponieważ
tej hojności nie towarzyszy podwyższanie podatków, lecz tylko zwiększona
produkcja banknotów, rujnująca w skutkach gospodarstwo narodowe. Gdyby zakres
samorządu był dostatecznie szeroki, duża część wydatków obciążyłaby jego budżety,
a organizacje samorządu nie rozporządzałyby, jak rząd, prasą drukarską dla
pokrycie swych potrzeb, lecz tylko prasą podatkową, prowadziłyby przeto
oszczędniejszą i racjonalniejszą gospodarkę groszem publicznym. Trzeba by wszakże,
żeby, wbrew dotychczasowej praktyce, rząd nie zdejmował z organizacji
samorządnych ciężaru ponoszenia wydatków, lecz uznał pewne ich kategorie dla
nich za obowiązkowe, a z drugiej strony rozgraniczył źródła dochodów rządu i
samorządu, dając mu samodzielne podstawy finansowe, zamiast liczenia na ciągłe
subwencje i pożyczki ze skarbu państwa.
Konstytucja
idzie bardzo daleko w zapowiedziach decentralizacji administracji i nawet
ustawodawstwa. Przewiduje samorząd nie tylko gminny i miejski, oraz powiatowy,
lecz
również prowincjonalny (wojewódzki), jak i samorząd gospodarczy instytucji,
reprezentujących interesy organizacji ekonomicznych. Zapowiada
„dekoncentrację" administracji, czyli obdarzenie organów
administracji prowincjonalnej szerokimi pełnomocnictwami w rozstrzyganiu spraw
miejscowych bez odwoływania się do ministerstw, i udział wybranych
przedstawicieli ludności w wykonywaniu zadań administracji państwowej. Nakazuje
ścisłe rozgraniczenie źródeł dochodowych państwa i samorządów. Ustala zasadę,
że nadzór nad samorządem wykonywać będą wydziały samorządu wyższego stopnia.
Rozstrzyganie sporów o legalność aktów administracji ma być przekazane sądom
administracyjnym. Wcielenie w życie tych zasad konstytucji rozwiązałoby wiele
niedomagań wewnętrznych. Zniknąłby spór o „separatyzm", gdyby
województwa otrzymały „właściwy zakres ustawodawstwa, zwłaszcza z
dziedziny administracji, kultury i gospodarstwa", oraz przeprowadzona była
„dekoncentracja" administracji. Umożliwione zostałoby wówczas
przystosowanie ustaw do tak odmiennych potrzeb poszczególnych dzielnic, ustałyby
zarzuty dezorganizowania przez władze centralne życia zbiorowego dla celów
politycznych i wskutek nieobmyślonych lub doktrynerskich, schematycznych zarządzeń.
Spadłaby nadmierna odpowiedzialność za nieudolność we wszystkich dziedzinach
rządu centralnego. Organy samorządu odpowiadałyby same za sprawność znacznej
części administracji i za dobór sił wykonawczych.
Rozwój
instytucji samorządu wykazuje równoległość z rozwojem kierowniczych idei
politycznych i ustroju konstytucyjnego państwa. Idea narodu, jako władzy
zwierzchniczej w Rzeczypospolitej, uznanie decydującej roli w państwie
przedstawicielstwa narodowego, którego właściwie organem ma być gabinet ministrów,
pociągnąć winny za sobą oparcie ustroju państwowego Polski na podstawach
szerokiego samorządu. Jeżeli wszyscy obywatele powołani są do wyłaniania
najwyższych organów swej woli, to przysługiwać im winno prawo wpływania
decydującego na kształtowaniu się I życia zbiorowego w ciaśniejszych granicach
prowincji, powiatów i gmin. Nie można, uznając prawo przedstawicieli ludności
do kierowania państwem, odmawiać go w instytucjach, rozstrzygających o
potrzebach lokalnych.
Oczywiście,
mogą instytucje samorządu w pewnych okolicznościach działać mniej sprężyście,
niż organy biurokratyczne. Jednak dzielnice, stojące najwyżej pod względem
cywilizacyjnym, przy takiej decentralizacji, zabezpieczone byłyby przed
obniżającą je niwelacją, gdyż w nich samorząd rozwinąłby przystosowaną do
potrzeb działalność administracyjną i ustawodawczą. Wszędzie zaś samorząd
stanie się szkołą wychowania obywatelskiego. Trudno spodziewać się zrozumienia
skomplikowanych zagadnień państwowych od szerokich mas ludności, a od jej
przedstawicieli rozważnej pracy ustawodawczej w Sejmie, dopóki polityczne
wykształcenia obywateli odbywać się będzie głównie na wiecach przez
demagogicznych agitatorów. Dopiero zetknięcie się w administracji publicznej z
realnymi zadaniami, których nie rozwiążą frazesy, dopiero praca w organizacjach
samorządu uczy praktyki życia zbiorowego. Jednostki, które zmagały się z
trudnościami wcielenia w życie haseł, projektów i pomysłów w ramach
szczuplejszych samorządu, z daleko lepszym przygotowaniem i poczuciem
odpowiedzialności spełniać będą obowiązki reprezentantów narodu w ciałach
parlamentarnych.